W klubie 12ft raz do roku odbywają się zawody, które żadne z serwisów bukmacherskich nie odważyłoby się włączyć do swojej oferty. Zmagania nazywane potocznie „turniejem wyrównanych szans” praktycznie w każdym meczu przynoszą mnóstwo emocji. Idea Handicap Poznań Open jest taka, że każdy powinien mieć takie same szanse na wygranie meczu czy w ogóle turnieju. Dzieje się to poprzez oddawanie punktów zawodnikowi słabszemu na początku każdego frejma przez zawodnika teoretycznie mocniejszego. Są to różne wartości i zależą one od wskaźnika handicapu przypisanego każdemu snookerzyście. Czasem zanim uruchomiono białą bilę na tablicy widniał już wynik 0:3 w punktach, a czasem 0:57, co było rekordem wielkości różnic handicapów.

teda
Dominik Teda

Jak zwykle organizatorzy zostali zarzuceni przez zawodników całą stertą próśb o uwzględnienie ograniczeń ich dyspozycyjności. Godziny spotkań w drabince zostały ustawione tak, by te zapytania spełnić. Stąd w sobotę poznaliśmy nawet jednego półfinalistę, mimo że jeszcze dwa mecze pierwszej rundy nie zostały rozegrane. Bohaterem sobotnich gier był Dominik Teda [11]. Margoninianin w turnieju posiadał najniższy handicap, przez co oddawał przeciwnikom jedynie 11 punktów otrzymując w zamian od nich czasem o wiele więcej. Dominik bez skrupułów wykorzystywał tę przewagę. W pierwszym spotkaniu pokonał Arkadiusza Karbiaka [40], który w trakcie obu frejmów odrabiał dwudziestodziewięciopunktową stratę. Ostatnie słowo należało jednak do Tedy, zwłaszcza w drugim frejmie, który zakończył się wbiciem przez niego czarnej. W drugim spotkaniu Dominik zmierzył się z Pawłem Deckertem [54], z którym na początku każdej partii prowadził „z urzędu” 43:0. Zawodnicy goniący od startu dużą stratę czasem nie wierzą w powodzenie tej misji. Teda wygrał oba frejmy wyraźnie, a w jednym z nich wygrałby nawet bez początkowego handicapu. Inna sprawa, że w tym meczu szczęście mu również parę razy dopisało. Trzecie spotkanie to był już mecz o puchar. W ćwierćfinale spotkał się z głogowianinem Jarosławem Strugałą [30]. Mecz zakończył się wynikiem tylko dwa razy widzianym w sobotę – 2:1. Ostatnia partia kończyła się w dramatyczny sposób. Było widać, że Dominik nie jest turniejowym zawodnikiem i maratony meczów pod rząd nie wpływają na niego zbyt dobrze. Zmęczenie dawało znać o sobie, czego najbardziej jaskrawym przykładem była faul na ostatniej czarnej. Faul, który odwrócił wynik trzeciego frejma do stanu 73:67, przez co spotkanie wygrał Strugała.

W sobotę zadebiutował w turnieju jeden z dwóch wrocławian. Bartosz Olchówka [62] zmierzył się z Marcinem Jamroziakiem [56]. Mecz nie stał na zbyt wysokim poziomie, ale był raczej z tych wyrównanych. Coś jak mecz polskiej piłkarskiej ekstraklasy między zespołami środka tabeli. Dwukrotnie w końcówkach lepszy okazał się Olchówka i zwyciężając 2:0 szykował się już na kolejnego przeciwnika. Wojciech Ptak [29] postawił mu zdecydowanie większy opór. Mimo wbitego brejka 24 Bartosz przegrał pierwszą partię. Brejk 26 w drugim frejmie i dobra gra złożyły się na skuteczną niwelacje straty 33 oczek z początku różnicy handicapów. Ptak nie odpuszczał jednak i frejm zakończył się na ostatnich bilach. Trzecia odsłona to już gorsza gra Wojtka. Nie stanowił on zagrożenia dla swojego przeciwnika i ostatnią odsłonę przegrał różnicą czterdziestu punktów.

Klasycznym dla turnieju HPO meczem rozpoczęły się niedzielne zmagania. Mikołaj Stęsik [57] podejmował Adama Wrzeciana [25]. Dostaliśmy to co chcemy od tego turnieju. Dwóch zawodników, którzy w normalnych warunkach stoczyliby ze sobą przeciętny, niezapadający w pamięć mecz, tutaj walczyli do ostatniej bili. I to w każdym frejmie. A było ich trzy, gdyż po pierwszych dwóch mieliśmy remis. Mikołaj dorzucił w międzyczasie brejki 29, 26. Na zaciętą całość przez panujące emocje aż się przyjemnie patrzyło. Kolejne spotkanie Mikołaja z Tomaszem Kasińskim [34] wyglądało podobnie. Z tą drobną różnicą, że mimo iż frejmy były do końca zacięte, to widzieliśmy je tylko dwa. Oba padły ofiarą Stęsika.

Jeden z najciekawszych meczów o ile nie najciekawszy stoczyli ze sobą Krzysztof Drążkiewicz [75] oraz Jakub Wieliński [18]. To właśnie w tym spotkaniu mieliśmy największą różnicę punktową na początku każdego frejma. Mimo że było to aż 57 oczek, to Drążkiewicz w każdym frejmie brał się na poważnie do roboty. Wiedział, że nie może zostawiać gry przeciwnikowi, bo wbijanie przez niego pojedynczych czerwonych bil powoduje, że nie miałby z czego nadrobić takiej straty. I ta taktyka się udawała. W pierwszym frejmie Kuba niewiele powbijał a wrocławianin go dopadł dwoma susami w wielkości 20 i 49 punktów. Te dwa brejki ustawiły sytuację i Krzysztof ze spokojem wygrał pierwszą partię, przy okazji zajmując pozycję na szczycie listy brejków. Kolejna, a właściwie dwie kolejne to mordęga, maraton, próba nerwów, taktyka wyniesiona na rzadko widziany w klubie 12ft poziom. Wieliński uciekał a Drążkiewicz potrzebował co chwile a to 6 a to 4 snookery i punktów z fauli po nich. Po praktycznie godzinie udało się doprowadzić do prawie remisowego stanu. Krzysztof musiał wbić jedynie ostatnią czarną… …której nie wbił. Zostawił ją blisko kieszeni, z czego skorzystał Wieliński. Rekordowy wynik zanotowaliśmy w tej partii – 119:116. Decydujący, trzeci frejm był również zacięty. I skończył się w identyczny sposób – ostatnią czarną wbił Kuba.

W tym samym czasie, gdy przegrywał Drążkiewicz na stole obok odpadał drugi przedstawiciel Dolnego Śląska. W ćwierćfinale spotkali się dwaj zawodnicy z handicapem powyżej 60 punktów. Zatem na starcie praktycznie nie było żadnej różnicy punktowej. Tą robił już w trakcie meczu zawsze Tytus Pawlak [67]. Brejk 46 punktów w pierwszej partii wystarczył aby przejąć kontrolę nad frejmem. W drugim już takich spektakularnych brejków nie mieliśmy, ale Tytus cały czas dominował nad przeciwnikiem. Oba frejmy zakończyły się bezdyskusyjnym zwycięstwem Pawlaka.

Podobny przebieg miała drugi niedzielny ćwierćfinał. Nikodem Jankowiak [40] trzymał przez obie partie na dystans Mikołaja Stęsika. Przewaga z handicapu na początku frejma wynosząca 17 oczek z biegiem czasu była coraz bardziej powiększana.

Ostatni ćwierćfinał rozegrał się między Jakubem Wieliński a Tomaszem Sobczakiem [21]. Wynik obu frejmów mógłby sugerować, że jeden z nich miał zawsze sporą przewagę na początku każdego frejma. Wszakże pierwszy zakończył się różnicą prawie 30 punktów a drugi prawie 50. Nic bardziej mylnego. Wieliński na początku frejma zawsze miał 3 punkty więcej od Sobczaka, który od razu po przystąpieniu do gry sukcesywnie demolował przeciwnika. Sobczak 2:0 Wieliński.

sobczak
Tomasz Sobczak

W półfinale przytrafiła się nam jedyna dogrywka w całym turnieju. Jarek Strugała po przegranym, aczkolwiek zaciętym pierwszym frejmie, w drugiej partii postawił jeszcze większy opór Sobczakowi. Panowie nie czaili się zbyt długo w dogrywce drugiego frejma. Dość szybko Tomek postawił kropkę nad „i” i zameldował się w finale. A tam czekał już na niego Nikodem Jankowiak.

Nikodem, który w półfinale z kłopotami, ale jednak pokonał Tytusa Pawlaka. Różnica 27 punktów w handicapie na korzyść Jankowiaka podziałała motywująco na Tytusa w pierwszym frejmie. Odrobił, przejął kontrolę, wyszedł na prowadzenie, wygrał. W drugim i trzecim frejmie już było trudniej. Zmęczenie ciągłym gonieniem, zwłaszcza gdy przeciwnik się ogarnął i utrzymuje przewagę. Tej walki z wiatrakami Pawlak nie mógł wygrać. Kolejne dwie partie z ogromną różnicą punktową wygrał Nikodem.

Przebieg finału był chyba zaskoczeniem. Spotkali się w nim zawodnicy o handicapach [21], czyli Sobczak i [40], czyli Jankowiak. Przewaga prawie dwudziestopunktowa okazała się jednak wystarczająca, żeby zblokować na dobre przeciwnika. Tomasz nie oddał ani jednej partii i wszystkie trzy finałowe frejmy zdecydowanie wygrał.

W ogóle występy Tomka w tym turnieju należy wziąć pod lupę, bo paru ciekawych rzeczy możemy się dowiedzieć. Tomasz wygrał dziewięć frejmów i nie przegrał ani jednego. W finale, poszczególne partie kończyły się takim rezultatem, że wygrywałby je i bez przewagi handicapu. W ogóle gdyby turniej był rozgrywany według zwykłych reguł a nie z przewagą handicapów ze wspomnianych dziewięciu frejmów i tak by wygrał osiem. Jedynie półfinałowa partia ze Strugałą, która zakończyła się po dogrywce, byłaby przegraną. Brawo!

Turniej Handicap Poznań Open corocznie dostarcza nam różne scenariusze oraz garść statystyk do analiz. Tegoroczny dość jasno wskazywał, że o wiele częściej wygrywali zawodnicy z niższym handicapem niż niższym. W poprzednich latach bywało, że pół na pół wygrywali jedni i drudzy. Tym razem snookerzyści z niższym wskaźnikiem wygrywali prawie 65% frejmów.

Po tych zawodach najwięcej punktów rankingowych zdobywali zatem ci zawodnicy, którzy nie mają być w zwyczaju na tak dalekich etapach turnieju. Spowodowało to spore zamieszanie w klasyfikacji snookerowej Cyklu SummerTime. Pierwsza dziesiątka ranking jest bardzo spłaszczona i między pierwszym Pawłem Deckertem a dziesiątym Szymonem Grewlingiem jest jedynie sześć punktów różnicy. Kolejne zawody, rozgrywane w najbliższy weekend, czyli drużynowe Team Grand Prix będą mieć kluczowe znaczenie przy ustalaniu kształtu pierwszej szesnastki klasyfikacji, dla której przewidziany jest turniej finałowy SummerTime.