omw2014Co tu wiele opowiadać… Szkoda, że to święto snookera w Poznaniu się skończyło. Co roku jest tak samo, bo spotykają się w naszym skromnym klubie ludzie z całego kraju, którzy dzielą z Wielkopolanami radość gry, niejednokrotnie sprawiając nam manto pokazując, że jeszcze sporo pracy przed rodzimymi zawodnikami, aby mogli równać zacząć konkurować z krajową czołówką. W tym roku nie było sensacji co prawda, choć takowe się zdarzały w historii Otwartych Mistrzostw Wielkopolski, ale parokrotnie ostatecznemu tryumfatorowi widmo porażki zajrzało głęboko w oczy.

 


Zwyciężył faworyt. Faworyt długo wyczekiwany w Poznaniu i bez wątpienia gwiazda polskiego snookera, a również najbardziej utytułowany zawodnik jakiego mieliśmy okazję gościć w naszym klubie. Rafał Jewtuch, bo o nim mowa, próbował się jednak wstrzelić w powiększone kieszenie poznańskich stołów dość długo. Można powiedzieć, że zeszło mu do finału, kiedy to w przyjacielskiej atmosferze w końcu mogliśmy zobaczyć go w dobrej dyspozycji – brejki  42, 43 i w końcu 59 pieczętujące zwycięstwo nad Michałem Ebertem.


Podium Otwartych Mistrzostw Wielkopolski 2014
Od lewej: Michał Ebert, Rafał Jewtuch, Wiktor Doberschuetz


Dla poznaniaków, którzy od święta widują live podejścia tak okazałe, to z pewnością rarytas skonsumowany z uwielbieniem w niedzielny wieczór. To nic, że nie został pobity klubowy brejk 81 autorstwa Adama Stefanowa, swobodę gry zarówno popularnego Jewty jak i Eberta oglądało się bardzo przyjemnie.
I pomyśleć, że dla Rafała turniej mógł się zakończyć na ćwierćfinale, kiedy to wyraźnie lepszym i o dziwo dojrzalszym zawodnikiem w pierwszej partii był Paweł Rogoza (Szczecin). Co by nie mówić występy na imprezach międzynarodowych i ciągły kontakt ze ścisłą krajową czołówką musiały zacząć procentować po latach ciężkich treningów, więc zupełnie bez kompleksów przed czterokrotnym Mistrzem Polski szczecinianin bił Jewtę ile sił w… tipie.
Jeśli można powiedzieć, że w drugim frejmie Paweł Rogoza miał meczbola, ale obronną ręką wyszedł z opresji przeciwnik, to w trzecim frejmie Paweł miał MECZBOLA DO KWADRATU i już wszyscy, prawie ze łzami w oczach, żegnali „Pana Komentatora”. I nagle stał się cud… Po brejku 50pkt Pawła, fatalnie spudłowana brązowa bila daje ostatni cień szansy na powrót do meczu Jewtuchowi. A ten, ze stoickim spokojem, niemal uśmiechem na ustach jakby kontrolował sytuację przez cały czas wbija 22 i doprowadza do dogrywki.

Brązowy medalista - Krzysztow Drążkiewicz


Dogrywkę przyszło mu otwierać, ponieważ Paweł wygrywający losowanie zdecydował, że sam tego robić nie chce. Mieliśmy okazję zobaczyć piękne techniczne „odstawienie” białej i czarnej na boczne bandy, zagranie a’la John Parrott. A potem skromne brawa, a potem przepiękna czarna po przekątnej ku uciesze publiczności. I bynajmniej nie chodziło o to, że Rogoza nie miał kibiców, ale o to, że kibiców miał ten… słabszy. Mistrza poznajemy jednak po tym jak wbija decydujące bile i nie ukrywam, że prawdopodobnie byłby to największy zawód tego turnieju, gdyby Jewta padł już w „ćwiartce”.
A co by było, gdyby nie było go już w po pierwszym spotkaniu? Bo przecież fenomenalnie wygrany frejm, bez użycia chybienia, a przy kilku snookerach z rzędu postawionych w końcówce drugiej partii, przez Marka Żuchowskiego (Poznań) zwiastował sensację. Dodam, że Jewta pogubił na nich całkiem sporo punktów. Miałem jednak wrażenie, że tak samo w tym, jak i późniejszym pojedynku przeciwko  Casimiro „Kazikowi” Licciardi z Wrocławia późniejszy tryumfator zawodów kontrolował sytuację i całkiem dobrze się bawił, choć parę z jego zagrań dla wybrednej publiki było co najmniej zbyt agresywnych.


Marek Żuchowski


A co by było, gdyby to Wiktor Doberschuetz jako ostatni zawodnik naszego klubu, dał radę w półfinale sprawić sensację? Pewnie byśmy się cieszyli, ale skończyło się znów tylko na wypiekach na twarzy zgromadzonych. Wikuś pokazał jednak charakter. Pierwszy frejm padł jego łupem, a potem niestety było już gorzej i uległ 1:2. Niemniej gratulacje, puchar i medal, uściski i brawa jak najbardziej zasłużone. Co godne podkreślenia, w drugiej partii Jewcie odpadł tip, lecz klubowa Kropelka okazała się na tyle skuteczną, że jeszcze ten kawałek martwej organicznej materii zdołał wbić parę brejków powyżej 40 punktów.
Podobną stawkę zgarnął, jako turniejowa „dwójka”, Krzysztof Drążkiewicz - na co dzień trenujący we wrocławskim klubie Fuga Mundi. Przez parę godzin utrzymywał się na czołowym miejscu na liście brejków po zdobyciu 45 punktów w ćwierćfinale, ogrywając Karola Szuba-Jabłońskiego. Później został zdetronizowany kolejno przez Doberschuetza – 46 punktów oraz Rogozę – 50 oczek, a finalnie jak już wiecie przez Jewtucha – 59. Wracając do Drążkiewicza to zagrał tzw. swoje. Mecz z Michałem Ebertem w półfinale był zacięty, lecz wyraźnie szansa na odzyskanie tytułu z 2010 roku uskrzydlała jego przeciwnika i ostatecznie Krzysztof musiał zadowolić się miejscem trzecim.

OMW 2010 przypominajka
trzy ostatnie mecze Michał Ebert wygrywał w disajderach, a tytuł wydarł Kamilowi Zubrzyckiemu odrabiając straty po przegranych dwóch frejmach w meczu do trzech wygranych.

Lista brejków OMW, które skrzętnie notowaliśmy na każdym turnieju kształtuje się następująco.

Otwarte Mistrzostwa Wielkopolski miały oczywiście swoich cichych bohaterów. Cztery kolejne spotkania zagrał wspominany już Karol Szuba-Jabłoński. Dla wielu wielki talent, być może powracający do zielonego stołu na dobre, bo najwyraźniej tęskni ostatnimi czasy za snookerem. Zauważyć należy dobrą grę Marcina Gduli, który w drodze do ćwierćfinałów odprawiał kolejno Piotra Słodzinkę, Krzysztofa Górniaka i Bartosza Olchówkę. Szczególnie dwa ostatnie nazwiska wykreślone z turnieju każą pogratulować dyspozycji Marcinowi.
A poza tym, czworo z pięciu zawodników  (Olchówka, Żygadło, Licciardi, Hołysz) odpadło w pierwszych pojedynkach. Na szczęście jak już wiemy, zawodnik elitarnych polskich rozgrywek TOP16 – Krzysztof Drążkiewicz honor Górnego Śląska obronił sam. Porażki wrocławian nie będą niczym nadzwyczajnym, jeśli zauważymy, że jedynie pięciu zawodników z rozstawionej 16-tki nie odpadło w swoich inauguracyjnych potyczkach. Ciakawostką jest również to, że Paweł Deckert rozegrał tyle samo spotkań co zwycięzca turnieju, czyli aż pięć i wyeliminował go dopiero w ćwiartce Doberschuetz.
W turnieju zagrały cztery panie co zdarzyło się po raz drugi w historii  (wcześniej w 2011), ale nie jest najlepszym osiągnięciem jeśli chodzi o frekwencję płci pięknej, bo w 2009 roku mieliśmy przyjemność gościć ich aż pięć. Marzena Łagowska, Gosia Kaniewska, Monika Sułkowska i Ania Gruszkiewicz z kijem w dłoni rozświetlały mroczne klubowe wnętrze tylko przez pierwszą rundę. Na szczęście, bez kija, pozostały z nami w połowie do późnego popołudnia w niedzielę, a w połowie do samego, samiusieńkiego końca Mistrzostw, również Świata w piłce nożnej.

Maciej Śniegowski podczas egzaminu sędziowskiego


Pierwszy raz w historii zdarzyło się, że nie zagrał w OMW Przemysław Pietrzykowski. W dodatku nie przysłał usprawiedliwienia i jeśli to czyta, niech wie, że to mu płazem nie ujdzie. Podobnie zresztą postąpimy z Pawłem Przewłockim, który najwyraźniej myśli, że pięć razy gościć jego osobę to dla nas wystarczająco. Największym zaskoczeniem jednak była nieobecność Bartka Zacniewskiego, zwycięzcy z 2009 i 2011 roku. Brakwało nam także kontuzjowanego Marka Leicherta (uczestnik OMW w latach 2009,2010,2011,2013), którego mamy nadzieję zobaczyć jeszcze w trakcie Summer Time przy stole.

Prawdziwym ewenementem było w tym roku to, że nie musieliśmy przyznać walkowera w żadnym ze spotkań, a mimo to, turniej z małymi wahnięciami szedł swoim drabinkowym rytmem od piątku do niedzieli. Prawdopodobnie to, że częściowo mecze były sędziowane przez najmłodszych stażem adeptów, którzy albo zdawali egzamin na sędziego klasy klubowej, albo jako świeżo upieczeni sędziowie przystąpili do zdobywania doświadczenia podczas gier turniejowych, mocno pomogło utrzymać w ryzach czas rozgrywanych spotkań mimo ich zaciętości. Gościnnie ćwierćfinał posędziowała również Monika „147” Sułkowska, a sprawiedliwym w finale został bardzo zaangażowany i  dobrze rokujący arbiter – Adam Komisarek.

Dziękujemy Wam za to, że chcieliście z nami dzielić pasję. Jak co roku nawet nie jesteśmy w stanie zliczyć sumy kilometrów jaką pokonali zawodnicy spoza Poznania aby walczyć o tytuł Mistrza Wielkopolski. Serdecznie zapraszamy Was na kolejne imprezy tego lata i oczywiście na OMW2015 z roczym wyprzedzeniem, będzie jeszcze lepiej!

 

PS. Pewnie widzieliście, ale trochę mediów o nas mówiło ;)
WTK i TVP Regionalna
w obu przypadkach materiał o nas jest mniej więcej w środku serwisu.