teamgplogoTakie kolejki przed otwarciem klubu zdarzają się tylko raz w roku. Było jak przed otwarciem Biedronki w pierwszym dniu sprzedaży  tabletów w promocyjnej cenie, czy jak w Lidlu, kiedy rzucono na półki tanie crocsy. Taka gromadka zbiera się pod klubem tylko raz w roku, gdyż ma to miejsce przy okazji rozgrywania turnieju Team Grand Prix, kiedy to na każdy stół przypada w tym samym czasie sześciu zawodników. Unikatowy w swojej formie turniej, rokrocznie cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Odsłona 2014 nie była wyjątkiem.

Zawody rozpoczęliśmy z przeświadczeniem, iż dziwnym zbiegiem okoliczności również tegoroczny Team GP potoczy się identycznym systemem gier co we wszystkich latach poprzednich. I znów jak co roku mieliśmy rywalizować w dwóch grupach podzielonych na cztery i pięć drużyn. W sobotę wieczorem okazało się, że na niedzielne mecze nie dotrze Szczecinek w składzie Zbijowski, Artymko, Urbański, czyli drużyna Czy Jest Tu Jakiś Cwaniak? (widocznie dopatrzyli się jakiegoś konkretnego). Na szczęście ta niepoważna decyzja o zapisaniu się do turnieju a potem rezygnacji z niego nie wpłynęła ujemnie na przebieg zawodów. Grupy wyrównały się pod względem liczebnym a terminarz niedzielny udało się zreorganizować tak, by nie było przestojów.

Skutkiem tego okazało się, że w sobotę wszystkie mecze rozegrała grupa A. Tego dnia mieliśmy najwięcej sytuacji, które stanowią sól tego turnieju. Emocje, które mogą wystąpić tylko na tych zawodach, gdzie wcale nie chodzi o to kto wbije ostatnią czarną, bo zaraz przecież jest ustawiany nowy frejm, tylko o to, która ze sztafet wpadnie pierwsza na linię mety, podczas gdy obie zbliżają się do niej w równym tempie. Gdy drużynie Nie Ma Problemu (Smorawski, Zimniak, Rogoza) brakowało poniżej dziesięciu punktów do zwycięstwa, najsilniejszy jej zawodnik, czyli Paweł Rogoza, będący akurat na ostatniej zmianie, był niejako gwarantem tego, że wygrana nie wymknie się tej ekipie z rąk. Zwłaszcza, że Szwagrom (Siudziński, Poźniak, Jamroziak) w tym samym momencie brakowało do zwycięstwa blisko czterdziestu punktów. Szaleńczy finisz najpierw Przemysława Poźniaka, kontynuowany później przez Filipa Siudzińskiego podniósł ciśnienie krwi Rogozie i spółce niczym taśmy Wprost całej ekipie rządzącej. Kulminacja nastąpiła w momencie gdy okazało się, że Filip wbił czerwoną i biała toczyła się w kierunku niebieskiej potrzebnej do wygrania meczu. Próba pozycjonowania była jednak przedobrzona i biała zamiast stanąć w rozsądnej odległości od bili za pięć punktów, praktycznie się z nią zlepiła. Szwagry kolejnej szansy nie dostali. Rogoza na więcej nie pozwolił i licznik punktowy ekipy Nie Ma Problemu zatrzymał na liczbie 125. O osiem oczek większej niż przeciwników.

Jeszcze większe emocje mogliśmy zaobserwować w starciu grupy Owski (Bukowski, Żuchowski, Śniegowski) z drużyną grającą już trzeci rok w takim samym składzie, ale znów pod innym szyldem. Kuśnierz, Wawrzyniak i Białek w tym roku to Sprawa Otwarta. Wynik oscylował wokół remisu praktycznie przez cały mecz. Przewaga do ostatnich punktów nie zarysowała się wyraźniej na korzyść którejkolwiek ze stron. Maciej Śniegowski i Bartłomiej Kuśnierz prowadzący swoje drużyny na ostatniej zmianie, a w ostatniej edycji Ligi Snookera grający po przeciwnych stronach rozgrywek (Kuśnierz – 1 liga, Śniegowski – 4), na finiszu szli ramię w ramię i łeb w łeb. Po serii niewykorzystanych szans przez Kuśnierza szansy na meczbola doczekał się Śniegowski. W obiektywnych warunkach była to bila względnie łatwa. Niebieska z punktu, do środka, z większego kąta i średniego dystansu. W subiektywnych warunkach tego meczu – trudność wbicia była porównywalna z próbą zawiązania sznurowadeł z założonymi rękawicami bokserskimi… …przez Steviego Wondera. Śniegu nie trafił. Beri dopełnił formalności, kończąc mecz kilkunastopunktowym podejściem. 130:116 dla Sprawy Otwartej i sprawa zamknięta.

W ostatnim meczu grupy A zmierzyły się drużyny, które były już pewne awansu. Jednak nie wiedzieli tego zawodnicy ani Nie Ma Problemu ani Sprawy Otwartej, ani de facto ktokolwiek, gdyż w momencie rozgrywania spotkania, wszyscy byli przeświadczeni, że rozgrywki tej grupy będą kontynuowane dnia następnego z drużyną Czy Jest Tu Jakiś Cwaniak?. Historia potoczyła się jednak inaczej. Wygrało trio Smorawski/Zimniak/Rogoza, co może niespodzianką zapewne nie jest. Jest nią jednak rozmiar zwycięstwa, gdyż wygraną 58 punktami w meczu do 120 punktów nad etatowymi medalistami Team GP do takowych należy zaliczyć. Wszak liczono się z porażką Brazylii w półfinale, ale nie w rozmiarze 1:7.

Niedziela to już zmagania grupy B. Rozpoczęło się od małego zaskoczenia – drużyna Starszaków (Deckert, Kasiński, Miężalski) skazywała się sama na pożarcie w tej grupie, więc szansy na choćby jedyne zwycięstwo szukali w meczu ze szczecińsko-stargardzkim The Muppet Show (Flantowicz, Kukułka, Czupryniak). Mecz z przytupem zaczęli rocznikowo starsi zawodnicy. Zaskoczeni przyjezdni od początku praktycznie gonili. Trudno powiedzieć czy ta pogoń mogła zakończyć się sukcesem. Być może na dłuższym dystansie – tak. W tym meczu grano jednak do granicy 120 punktów i to Starszaki pierwsi wpadli na linię mety.

W drugim ich spotkaniu mieliśmy emocji co niemiara. Sam wynik końcowy, mimo że z różnicą 39 punktów, sugeruje jednak ciekawy przebieg zmagań. Starszaki poczuli, że drugie zwycięstwo jest w ich zasięgu a zatem i awans do fazy pucharowej. Ich przeciwnicy, czyli Po Wszystkiemu (Gdula, Górski, Zdeb) mieli jednak inne plany niż oddanie seniorom zwycięstwa. Marcin Gdula na swojej ostatniej zmianie przy stu kilkunastu punktach swojej ekipy, kluczył i lawirował białą bilą przede wszystkim mając na względzie to, by nie pozostawić Tadeuszowi Miężalskiemu oczywistych wbić. 117 punktów na liczniku przeciwników mogło przecież zwiastować zakończenie meczu dwoma bilami czy nawet jednym faulem. Gdula doczekał się swoich szans, które obrócił w wygraną ku uciesze swoich pobratymców. Drużyny zaczęły sobie gratulować za udział w spotkaniu, zaczęto rozkręcać kije i pakować je do futerałów. Powstała już pomeczowa atmosfera, gdy Marcinowi zwrócono uwagę o możliwości kontynuowania brejka. I w tym luźnym już klimacie z kilku początkowych punktów, Gdula ukulał największego brejka turnieju. Gdy na licznik jego drużyny zatrzymał się na 156 punktach, oznaczało to, że ich kapitan zakończył swoje podejście na 41 punktach.

W tym samym czasie na drugim stole toczył się mecz zgoła odmienny. Hiszpańska Inkwizycja (Doberschuetz, Szuba-Jabłoński, Górniak) rozprawiła się z The Muppet Show w sposób niezwykle brutalny. Zdominowali ich w sposób bezdyskusyjny a uczuciami swoich przeciwników przejęli się niczym Rosjanie opiniami Zachodu przy zajmowaniu wschodniej Ukrainy. 26:121 i druga porażka postawiła Muppetów w na tyle beznadziejnej sytuacji, że szykowali się powoli już do wyjazdu.

Spółka Flanotwicz/Kukułka/Czupryniak podeszła do gry z Po Wszystkiemu jak do meczu o honor. Szanse wyjścia z grupy były tylko teoretyczne, bo potrzebowali zwycięstwa praktycznie z tak dużą przewagą punktów, z jaką przed chwilą przegrali. Okazało się, że morale w ich drużynie nie upadło a postawienie ich pod ścianą zadziałało motywująco. Z kolei u Po Wszystkiemu wyszarpnięte zwycięstwo podziałało na tyle demobilizująco, że w swoim ostatnim meczu w ogóle nie potrafili się odnaleźć. Efekt? Kuriozalny wynik 120:29 dla Muppetów i to oni dzięki małym punktom awansowali do półfinału.

Mecze fazy pucharowej już nie były tak zacięte. Najmniejsza różnica punktowa to ½ finału między Sprawą Otwartą a Hiszpańską Inkwizycją. Wiktor z Karolem i Krzysztofem wygrali to spotkanie zezwalając przeciwnikom na zdobycie sumy trzech czwartych wymaganych do zwycięstwa punktów.

W drugim półfinale The Muppet Show polegli, odpowiadając jedynie nieco ponad jednym punktem na każde dwa zdobyte przez Nie Ma Problemu. Spotkanie zakończyło się wynikiem 204:115 na korzyść tych drugich. W ten sposób szczecinianie stali się drużyną, która poniosła najbardziej sromotną porażkę zarówno w rozgrywkach grupowych jak i w fazie pucharowej. I odjechała do domu z pucharami za trzecie miejsce!

Finał toczył się w wyrównanej atmosferze tylko przez pierwszą zmianę. Po przekroczeniu granicy 70 punktów Hiszpańska Inkwizycja utrzymywała tempo przyrostu punktów, podczas gdy Nie Ma Problemu zaczęło łapać zadyszkę. Od tego momentu przez kolejne zmiany przewaga albo rosła, albo utrzymywała się względnie na tym samym poziomie. Ostatni mecz turnieju zakończył się zwycięstwem hiszpańskich inkwizytorów 260:134. Dla Krzysztofa Górniaka jest to odzyskanie tytułu po dwóch latach. Dla Wiktora Doberschuetza i Karola Szuba-Jabłońskiego jest to pierwszy tytuł zwycięzcy Team Grand Prix w ich karierach.

Po zakończeniu turnieju drużynowego w klasyfikacji SummerTime pojawiło się 10 nowych nazwisk. Oczywiście nastąpiło wiele przetasowań – im niżej tym o większą liczbę pozycji. Zmienił się lider – zwycięzcę Otwartych Mistrzostw Wielkopolski, Rafała Jewtucha, zdetronizował Wiktor Doberschuetz i to on póki co niesie w to gorące lato palmę pierwszeństwa.

Kolejna okazja do awansu w letnim rankingu to turniej 6red. W tym roku po raz pierwszy w tę odmianę snookera na sześciu czerwonych zaczniemy od zmagań grupowych. Zapraszamy! Zapisy do środy 30 lipca!