6redPo to się nie tylko gra, ale także z doskoku ogląda turnieje - aby oprócz ekscytacji z własnego występu doświadczyć jej również z powodu kuriozalnych wyników, przez które firmy bukmacherskie poszłyby z torbami. Emocjonalne kombo trafia się wtedy, gdy jest się samemu osobą sprawiającą turniejową niespodziankę. Co prawda Arek Kaźmierowski rozstawiający po kątach zawodników w grupie B to nie to samo co Legia Warszawa lejąca Celtic Glasgow, ale łapiecie mechanizm. Tego dnia w fazie rozgrywek grupowych, każdy chciał być Arkiem Kaźmierowskim.

6red po raz pierwszy w swojej historii odbył się w formie umożliwiającej każdemu wygłodniałemu snookera, najedzeniem się grą do syta. Rozgrywki grupowe, w których szesnastu zawodników rozegrało w sumie 53. frejmy były nowością w porównaniu do edycji lat przeszłych tego turnieju. W założeniu spodziewaliśmy się ostrej selekcji prowadzącej do oczywistych rozwiązań w kwestii awansu tych, a nie innych zawodników do fazy pucharowej. Te przypuszczenia okazały się błędne. Bardzo. Jak bardzo – niech świadczy o tym fakt, że tylko jeden zawodnik nie doznał porażki na etapie gier grupowych a także tylko jeden snookerzysta nie zaznał w tej fazie zwycięstwa. Poza tą dwójką każdy wygrywał i przegrywał. Obaj grali w grupie B, co sprawiło, że to właśnie ona była najbardziej spolaryzowana. Zwyciężył ją wspomniany Arkadiusz Kaźmierowski, którego warsztat i umiejętności eksperci przed turniejem oceniali w większości na co najwyżej trzecie miejsce w grupie. Tymczasem Kaźmierowski rozprawił się w sposób niepozostawiający cienia wątpliwości z Markiem Leichertem, Rafałem Zimniakiem i Tomkiem Wojtowiakiem. Czyli każdego przewiózł 2:0. Największym pechowcem z turniejowego grona okazał się wspomniany Wojtkowiak. To jemu jako jedynemu nie udało się w miniony weekend wygrać spotkania.

Zmagania w pozostałych grupach były bardzo wyrównane a przytrafiające się niespodziewane rozstrzygnięcia w meczach były witane przez ogół z zainteresowaniem i zaciekawieniem na twarzy niczym letnie oberwanie chmury w środku niepoważnie upalnego dnia. W grupie A zwyciężył Marcin Gdula. Rzecz jasna nie obyło się bez porażki z jego strony. Dotkliwie pobił go w otwierającym meczu Sebastian Wawrzyniak, który przez gorszy bilans frejmów zajął ostatecznie drugie miejsce w grupie.

Najbardziej zacięta okazała się grupa C. To tutaj zwycięzca grupy zaliczył swą jedyną porażkę z zawodnikiem z ostatniego miejsca (Duda 0:2 Kozicki). To tutaj rozegrano najwięcej desajderów – połowa spotkań wymagała trzech frejmów by wyłonić zwycięzcę pojedynku. Tu też do ostatniego frejma ostatniego meczu ważyły się losy awansu aż trzech zawodników. Gdyby trzecią partię w meczu Żuchowski-Duda wygrał ten pierwszy – w drabince znalazłyby się nazwiska Gazda (zwycięzca grupy) i Żuchowski (miejsce drugie w gr. C). Zwyciężył  jednak Szymon Duda i to on został triumfatorem grupy. Za nim się uplasował Piotr Gazda, co jest kolejną z licznych niespodzianek turnieju.

W grupie D z kłopotami (a jakże) zwyciężył Tytus Pawlak. Analogicznie jak Duda jedyną porażkę zanotował z zawodnikiem z ostatniego miejsca grupy – Marcinem Jamroziakiem. Spotkanie pomiędzy Pawłem Deckertem a Marcinem Dzbanuszkiem było meczem o to kto z nich wyjdzie z grupy z miejsca drugiego. Może wynik byłby inny, gdyby panowie o tym wiedzieli w momencie jego rozgrywania. Fakt wagi meczu wypłynął dopiero pod koniec rozgrywek gr. D. Wygrał Paweł. Wyraźnie. 2:0.

Faza pucharowa to kolejny emocjonalny rollercoaster. Passa Kaźmierowskiego skończyła się gdy spotkał na swojej drodze Pawła Deckerta. Co prawda gdyby Arek w czwartym frejmie wbił czarną na 2:2, decydująca partia mogłaby się potoczyć różnie. Tę jednak wbił Paweł i to on wygrał ćwierćfinał 3:1.

Zdecydowanie najciekawszym meczem pierwszej rundy pucharowej było jednak spotkanie między Sebastianem Wawrzyniakiem a Szymonem Dudą. Początkowo zapowiadało się na szybkie 3:0 dla Szymona. Po wygraniu dwóch frejmów stracił jednak wigor a inicjatywę przejął Sebastian. Kolejne partie wędrowały na jego stronę. Skończył dopiero, gdy na swoim koncie miał już komplet wygranych frejmów wymaganych do zwycięstwie w meczu. Spotkanie obfitowało w notowane brejki i obaj zawodnicy do listy brejków dopisywali kolejne pozycje.

Najwyższe podejście w turnieju należało jednak do Marcina Gduli. Można by rzec – ponownie, gdyż we wcześniejszym turnieju, czyli Team Grand Prix również do niego należał najwyższy brejk zawodów (41). W spotkaniu z Piotrem Gazdą tym razem udało mu się ustrzelić 49. oczek. Osiągnięcie to tym bardziej należy docenić, gdy przypomnimy sobie fakt, że graliśmy w odmianę jedynie na sześciu czerwonych.

W półfinale o dziwo dość łatwo z przeciwnikiem uporał się Rafał Zimniak. Wawrzyniaka siły witalne zapewne zostały wyczerpane we wcześniejszym starciu z Dudą i pozostawał jedynie tłem dla lepiej dysponowanego kolegi. Zimniak do przodu 4:1.

Drugi półfinał to klasyczna ucieczka spod topora. Paweł Deckert prowadził już 3:0 z Marcinem Gdulą i potrzebował jedynie jednej partii by uzyskać awans do finału. Partii tej nigdy nie zdobył. Kolejne cztery frejmy wygrał Gdula, mimo że w niektórych Deckert uzyskiwał dwudziestoparopunktową przewagę.

Finał według początkowych założeń miał toczyć się do pięciu wygranych. Na tym etapie turnieju wygłodniali gry snookerzyści byli jednak już mocno przejedzeni. Za zgodą wszystkich zainteresowanych modus obniżono z BO9 do BO7. Co ciekawe – decyzję tę zainicjowali sami zawodnicy, gdy Rafał Zimniak wyrównał stan meczu na 3:3. Był to etap środkowy z jego serii wygranych frejmów, kiedy to od stanu 3:1 dla Gduli wygrał kolejne trzy odsłony. Finał zacięty jak na ciekawy turniej przystało, zakończył się zwycięstwem 4:3 Rafał Zimniaka. Gratulacje!