shootoutPierwszy raz miałem okazję brać udział w turnieju z limitowanym czasem na uderzenie. Ależ ja wiele traciłem przez ostatnich parę lat… Turniej jest emocjonujący zarówno dla widza jak i zawodnika w najwyższym stopniu. Były totalne demolki tam gdzie się ich nie spodziewaliśmy, były też bile wbite w ostatnich sekundach, które ściskały gardło jednym a innych oblewały serce miodem. Był też Szubek, który grał jak z nut, pokazując momentami swoją wirtuozerię w dziedzinie koncentracji.


Niespodzianek doczekaliśmy się już na etapie gier grupowych, kiedy to mocną grupę D już w sobotę zamiatać rozpoczął Rafał Zimniak. Konia z rzędem temu, kto stawiał na jego pięć zwycięstw, z których tylko jedno zakończyło się na tyle okazałą przewagą, że podczas ostatnich 30 sekund przeciwnik nie miał szans na odrobienie strat. Cztery końcówki pozostałych pojedynków zakończyło się na granicy porażki, ale jednak – 3 punkty lepszy od Marcina Gduli, 3 punkty od Marcina Wampira Jamroziaka, 5 punktów od Marka Żuchowskiego i w końcu 7 od Jakuba Kozubskiego Rafał odjechał odpoczywać po ciężkim turniejowym dniu i w sobotnią noc marzyć o zwycięskim ćwierćfinale dnia następnego. Drugie miejsce w grupie zajmuje Gdula z 4 zwycięstwami na koncie.
Podobnie czuć się mógł i Tytus Pawlak. Grupa A chociaż mniej liczna miała trzech bardzo mocnych zawodników aspirujących do gry w ćwierćfinałach i to oni właśnie rozdzielali karty od początku do końca. Doberschuetz i Wawrzyniak musieli uznać wyższość Pawlaka, a sami rozstrzygnęli losy miejsca drugiego, również premiowanego awansem, a lepszym okazał się ten młodszy.
W niedzielę, dnia drugiego, grę rozpoczęli trzej faworyci, czyli Paweł Rogoza, Krzysztof Górniak i Karol Szuba-Jabłoński. Jedni nazwą to pechem, inni wręcz przeciwnie, ale los nieubłaganym będąc sprzęgł ze sobą Pawła i Krzyśka w jednej grupie. Wyraźnie zdegustowani takim obrotem rzeczy zawodnicy uzupełniający skład do pięciu nazwisk (Kasiński, Kozicki, Smorawski) próbowali ze wszystkich sił ugrać cokolwiek z dominującym Górniakiem i powalczyć ze słabiej dysponowanym Rogozą. I udało się raz, Marcinowi Smorawskiemu, który sprawił nie lada sensację ogrywając zawodnika TOP16 krajowych rozgrywek 89:78. Po zakończeniu tego spotkania wszystko wskazywało na to, że maszyna do wbijania w postaci Krzysztofa Górniaka jest tak rozpędzona, że ostatni pojedynek, na szczycie, będzie tylko formalnością i Paweł odpadnie z rozgrywek.
Górniak, który zdemolował wspomnianą trójkę przeciwników kolejno 165:43, 225:50 oraz 166:33 jest pewnym faworytem do zwycięstwa w ostatnim grupowym pojedynku. Nic jednak bardziej mylnego. Widmo przedwczesnego pożegnania podniosło szczecinianinowi poziom koncentracji tak wysoko, że mimo goniącego zaciekle wynik Krzysztofa nie dał sobie wyrwać zwycięstwa kończąc mecz wynikiem 177:144. Pełen nadziei Marcin Smorawski parokrotnie nadzieję na awans tracił i odzyskiwał, kiedy w paru podejściach Górniak odrabiał stratę 50 czy 40 punktów i wynik znów stawał się otwarty. Zadecydowały ostatnie 3 minuty i rozważna gra Rogozy… i Marcin spadł na niewdzięczne, trzecie miejsce.
Grupa D to głównie walka o 2 miejsce, bowiem Karol Szuba-Jabłoński zlał wszystkich na kwaśne jabłko. Wręcz fenomenalnie zaprezentował się z Pawłem Deckertem wbijając brejki 40, 40 i 31. A w tle walka Marka Leicherta z Piotrem Słodzinką o awans – mecz bez historii, Marek był poza zasięgiem i wyjątkowo gładko pokonał poznaniaka 80:22 i uzupełnił skład ćwierćfinałów.
A te zapowiadały się znakomicie…
Na początek Tytus Pawlak z Markiem Leichertem, czyli wewnętrzny pojedynek wągrowiczan. Od początku ostro, do końca zacięcie, ale to ciągle grający z kontuzją kolana Leichert ostatecznie zagra w półfinale.
Tuż obok Górniak bierze srogi odwet za porażkę w OMW2014 i odprawia z kwitkiem Marcina Gdulę ogrywając go różnicą 43 punktów.
W drugiej sesji niepokonany do tej pory Rafał Zimniak zagrał z Pawłem Rogozą. Emocje były, ale młodszy Rogoza zdominował końcówkę spotkania i wygrał pewnie 98:148.
Na drugim stole „dwaj przyjaciele z boiska”, czyli Doberschuetz kontra Szuba-Jabłoński. Co tu się działo! Zwroty akcji co minutę, przechylona szala 3 minuty przed końcem na stronę Karola (20 punktów przewagi) wraca do Wiktora, który wspaniale kontruje przeciwnika zostawiając mu na minutę przed końcem bardzo trudną niebieską przez cały stół. W dodatku Szubek tę niebieską wbija, poprawia niewiele łatwiejszą różową i wychodzi na prowadzenie, a potem umiejętnie się broni lub sprzyja mu po prostu szczęście i pozostająca na stole czarna bila gwarantuje mu występ w półfinale.
A dalej jest już tylko lepiej. Mecz Karola z Krzysztofem przejdzie do historii znów dzięki nieprawdopodobnej niebieskiej na parę sekund przed końcem meczu, po przekątnej, z niewdzięcznego kąta. Czyściuteńko! Mecz zakończył się wynikiem 103:101 dla Szubka, który udźwignął ciężar tego jednego jedynego zagrania wartego mistrzostwa, które zdobył pół godziny później.
W drugim półfinale raczej zgodnie z przewidywaniami Rogoza rozbił Marka Leicherta różnicą 80 punktów i bez zbędnych nerwów dotarł do finału.
Finału, którego wynik dawno zdradziłem, ale myślę, że nikt nie spodziewał się, ze będzie on tak zdominowany przez Karola. Zwycięstwo łatwe, wręcz banalne. Niektórym się zdawało, że Paweł nie miał momentami ochoty już grać – tak bardzo mu nie żarło, ale z drugiej strony dojrzałość i koncentracja Szubka godne uznania. 132:38 obrazuje mniej więcej jak ten mecz wyglądał.
Gratulacje dla Karola, podziękowania dla wszystkich za bardzo przyjemny turniej!  Chciałoby się rzec, że jak za starych dobrych czasów… Tylko jak to rzec, jeśli Karol dopiero co zdał maturę i po dwóch latach rozbratu ze snookerem powraca w świetnym stylu na klubowe łono. Mam nadzieję, że przez najbliższe 5 lat nie będziemy mieli problemów z namówieniem go do raczenia naszych oczu grą na równie wysokim poziomie co w tegorocznym ShootOucie – tym bardziej, że w generalnej klasyfikacji przeskoczył Marcina Gdulę i jeśli zdecyduje się na grę w Lidze Snookera to wskoczy automatycznie do 1 Ligi (oczywiście pokrzyżować mu plany może Paweł Rogoza, ale najprawdopodobniej zawodnik TOP16 utrzyma w mocy swoje postanowienie i do ligi poznańskiej nie przystąpi).


Karol Ty nie myśl, Ty wracaj!