Są dni, które przebiegiem nas na tyle demolują, że człowiek czuje jakby postarzał się o rok. Są momenty, które czujemy, że wywracają znane nam otoczenie do góry nogami. Człowiek wstaje z łóżka następnego dnia i widzi, że musi się zaadaptować do nowych warunków. Zmienić plany. Zamiast grać o podium, grać o utrzymanie. Zamiast bić się o majstra, bić się o odzyskanie honoru. Zamiast dominować, spróbować nawiązać walkę. Ten weekend był wymagający dla wielu zawodników Ligi Pool Bilarda. Dla wielu próbą ognia, której nie przeszli.

Jesteśmy na półmetku wiosennej edycji a tydzień temu swój pierwszy mecz zagrał Piotr Ptaszyński. Później jednak wystartował w rozgrywkach Mateusz Gajewski, który po raz pierwszy uruchomił białą bilę w minioną niedzielę. Bydgoszczanin przystąpił do gier z pozycji pretendenta przynajmniej na miejsca medalowe w pierwszej lidze. W ciągu jednego dnia zamierzał wpisać się w ten scenariusz i dogonić stawkę przynajmniej pod względem ilości rozegranych gier. W miarę upływu czasu, Mateusz plan ten raz lepiej, raz gorzej, ale wypełniał. Męczył się z Marcinem Jamroziakiem, z którym mimo początkowych problemów, ostatecznie wygrał 7:5. Podobny scenariusz Gajewski zaliczył w kolejnym spotkaniu z Krzysztofem Borowczykiem. Tu również początkowe problemy na początku meczu, zmusiły go do większego wysiłku i uratował to spotkanie. Emocji było tu jeszcze więcej, gdyż Mateusz zwyciężył dopiero po deciderze 7:6. Bardziej komfortowo grało mu się z Maciejem Górnym, który postawił mu opór niczym mityczna polska kawaleria drugiej wojny światowej przeciwko niemieckim czołgom. Wynik mógł być tylko jeden. 7:2 dla Mateusza.

gorny
Maciej Górny

I to by było tyle jeśli chodzi o pozytywne strony niedzieli Gajewskiego. Po półtoragodzinnej przerwie przyszło na prawdziwą weryfikację. Mecz z Mistrzem Ligi – Tytusem Pawlakiem. Gdy podczas przerwy między partiami do baru dotarła informacja o tym, że Tytus wygrywa 4:0, było to lekkim zaskoczeniem. Tylko lekkim, bo Mateusz już przyzwyczaił wcześniejszymi spotkaniami tego dnia, że początki spotkania nie są jego mocną stroną. I że dopiero w drugiej części meczu wrzuca wyższy bieg. Wychodzi na to, że skrzynia biegów uległa awarii – wyższego biegu nie było. Pawlak-Gajewski 7:0. Pogrom na szczycie. Tego nikt się nie spodziewał. Tytus tym samym wyrównał krok z Nikodemem Jankowiakiem, który trzy dni wcześniej tym samym wynikiem ograł Krzysztofa Borowczyka. Tandem ten już wyraźnie uciekł reszcie stawki i nie ma wątpliwości, że to któryś z nich zgarnie tytuł Mistrza Ligi. Dość prawdopodobne, że będzie o tym decydowało bezpośrednie starcie między nimi, które odbędzie się…. ….a jakże – w ostatniej dziewiątej kolejce gier.

A od miejsca trzeciego do dziesiątego – mizeria. Każdy wygrywa z każdym, mimo że czasem grają w meczu aż trzynaście partii. Stało się tak we wspomnianym meczu Borowczyka z Gajewskim, który dodrapał się jednak póki co najniższego stopnia podium. Stało się tak również w spotkaniu Szymona Grewlinga z Maciejem Górnym. Do tego zwycięstwa Maciej Górny jako ostatni pierwszoligowiec pozostawał bez zwycięstwa w tej edycji. Skromne i nerwowe 7:6 dla Macieja spowodowało jednak, że teoria „każdy może wygrać z każdym”, przynajmniej jeśli mowa o zawodnikach z miejsc 3-10, jak najbardziej jest prawdopodobna i ma zastosowanie.

Jedynie z kronikarskiego obowiązku należy też wspomnieć o zwycięstwie Tytusa Pawlaka 7:5 nad Marcinem Jamroziakiem. W innych czasach byłby to mecz na szczycie. W czasach obecnych jest to zwycięstwo obrońcy tytułu Mistrza Ligi z zawodnikiem środka tabeli, który przegrał dwa razy więcej spotkań niż wygrał.

robert
Robert Łuczkowski

W drugiej lidze tytani się zachwiali. Mamy nowego lidera. Niepokonany i deklasujący przeciwników Michał Pomianowski, w miniony weekend znalazł się w alternatywnej rzeczywistości i niczym trzy miesiące temu, gdy był w pierwszej lidze, zaczął zbierać gongi po kolei od każdego. Najpierw Robert Łuczkowski stale pretendujący do pierwszej ligi udowodnił Michałowi, że to właśnie on powinien zająć jego miejsce w wyższej klasie gier. Po wyrównanym spotkaniu Robert wygrał to spotkanie 5:4. Potem bez krzty respektu Mikołaj Stęsik rozprawił się z Michałem 5:2. Po tej burzliwej dla Pomianowskiego sobocie, zajmuje on miejsce w środku tabeli. W przeciągu trzech traumatycznych godzin z zawodnika jadącego autostradą do pierwszej ligi, zmienił się w bilardzistę walczącego jedynie o miejsca barażowe. Tym sposobem nie ma już niepokonanych zawodników w drugiej lidze.

Ciekawą osiągnięciem może pochwalić się Daniel Koza. Po wygraniu spotkania z Jakubem Wielińskim… …spadł o jedno miejsce w tabeli. Małe różnice punktowe oraz przede wszystkim wygrana walkowerem Wielińskiego z Wodkiewiczem, spowodowały, że sąsiedzi Daniela w tabeli skuteczniej przesuwali się w kierunku jej szczytu niż Daniel, zdobywający jedynie dwa punkty w wygranym meczu. To również dowód jaki ścisk panuje wśród szóstki zawodników za liderem Łuczkowskim i dowód na to, że kolejność tu może zmieniać się jak w kalejdoskopie, praktycznie co rundę gier.

Czarną serię kontynuuje Tomasz Grygier. Pięć spotkań – pięć porażek. Tym razem jego ciemiężycielem okazał się być Maciej Stęsik. Spotkanie od początku kontrolował Maciej, który objął prowadzenie i już go nie oddał. Mecz bez historii i bez walki. Grygier zajmuje przedostatnią pozycję, tylko dlatego, że Wacław Wodkiewicz zakręcił się ze sprawami prywatnymi i nie mógł rozegrać dwóch spotkań, przez co zanotował dwa walkowery i jest dwa punkty pod kreską.

Za nami piąta runda gier. Co się rzuca jeszcze w oczy to skuteczność zawodników. Jest ona dramatycznie niska. Gdy spojrzymy na listę partii z kija, zobaczymy tam jedynie dwa wpisy. Dwie partie z kija wbite w pierwszej połowie edycji. Dla porównania przypomnijmy, że w całej poprzedniej zimowej odsłonie Ligi Pool Bilarda 12ft wpadło ich 16. Kto odpali w drugiej części sezonu?