Bohaterowie kultury masowej, tacy jak Hans Kloss, Waldemar Pawlak czy Batman, lubią wracać. Do tego powrotów fikcyjnych bohaterów z filmów „Och Karol 2" , „Sztos 3", „Piła 8” czy „American Pie 12” jest więcej niż comebacków do kraju naszych zdolnych studentów szorujących gary w angielskich knajpach. W Lidze snookera niczym w popkulturze – stare wraca niczym nowoopakowane cacko. Marek Leichert, Marcin Dzbanuszek, wracają do pierwszej ligi. Hubert Miężalski awansuje do drugiej, w której spędził wiele edycji. A to jeszcze nie koniec, bo przecież baraże przed nami. Jednak znów wraca aktualna nieśmiertelne filozoficzne pytanie branży rozrywkowo-gastronomicznej: co lepsze - stary kotlet niż nowy pasztet?

 

Wśród wielu przeróżnych zawołań tłumu jest wiele, które wciąż są popularne. Od lat słyszymy „Jarosław Polskę zostaw zbaw”, nacjonalistyczne „Polska cała tylko biała”, nieśmiertelne (nie wiedzieć czemu) „Precz z komuną”. Hasło, które zawodnicy, obserwatorzy, osoby postronne (nie śmiem ich nazwać kibicami) w naszej Lidze, mogą od czasu do czasu sobie w myślach powtarzać, to wszelkie personalne wariacje uniwersalnego powiedzonka, które zapewne za parę tygodni znów będzie aktualne „Polacy, nic się nie stało”. Bila wbita przez przeciwnika jakimś babolem, z którego zrobi dużego brejka, bądź co gorsza będzie to bila na frejma, niewbita kula na wygraną partię, głupie błędy skutkujące porażką – nic się nie stało. Zawsze będzie kolejny frejm, kolejny mecz, kolejna edycja. Coraz więcej takich myśli, gdyż coraz więcej ucieka szans na ostateczny sukces w tej edycji.

 

Cztery, a właściwie to trzy i pół kolejki edycji Ligi Snookera Wiosna 2012 za nami. Część zawodników po długim weekendzie najwyraźniej mentalnie nie była gotowa przystąpić do pojedynków i tak większość spotkań ostatniej rundy została przełożona. Spośród mniejszej ilości spotkań możemy jednak znaleźć parę perełek.

Lato (choć trudno w to uwierzyć, bo do kalendarzowego jeszcze sporo) zawitało nie tylko do sklepów z ciuchami, w postaci letnich kolekcji, czy na ogródki działkowe, gdzie rozpalanych majówkowych grillów było więcej niż uczestników demonstracji antyrządowych, czy też celebrytów w programach śniadaniowych. Po długoweekendowych melanżach w temperaturach po raz pierwszy zaznanych tego roku, trzeba było po przerwie ponownie stawić się przy dwunastostopowych stołach do bilardu angielskiego i wrócić do ligowej szarzyzny pasjonującej rywalizacji.

„Stoi na stacji lokomotywa, Ciężka, ogromna i pot z niej spływa…”
Wierszyk Tuwima przychodzi mi na myśl w na początku każdej edycji ligowej. Tu mecz przełożony, tu awansem, w tabelach rozgardiasz i pustki. Jeszcze nic nie wiadomo, a już wyglądamy faworytów i ewentualnych kandydatów do spadku wśród tych, którym poszło nadzwyczaj dobrze lub nadzwyczaj źle na starcie.

Żyjemy w czasach, kiedy to co chwila jesteśmy zaskakiwani faktem, że w naszym kraju jest czegoś za mało. Za mało pracy dla młodych ludzi, za mało perspektyw dla ludzi ze wsi, za mało pieniędzy dla górników, pielęgniarek albo innej jakiejkolwiek grupy zawodowej umiejącej zorganizować się na tyle, żeby powybijać szyby w sejmie albo sparaliżować blokadami duże miasto. Brakuje też dobrych lekarzy, fachowych adwokatów, skutecznych menedżerów oraz niezłych piosenek i sukcesów sportowych. Nie brakuje natomiast jak zwykle problemów, wiochy, żenuy, przegięć, pieprzenia bez sensu i nepotyzmu. Nawet ostatnimi czasy rząd Donalda Tuska, wychodząc konfrontacyjnie naprzeciw problemom rachunkowości krajowej, dokonał bilansu i okazało się, iż przede wszystkim brakuje Polsce Polaków, bo przez to, że jest tak mało młodych, ci starzy muszą przekładać o ładnych parę lat marzenia o spokojnej „EMce”. Liga Snookera po raz kolejny udowadnia, że jest krzywym zwierciadłem wielowymiarowej otaczającej nas rzeczywistości. Nam też brakuje – ściślej mówiąc jednego zawodnika.

Ostatnie dwa weekendy to zmagania, które często giną w cieniu pierwszo i drugoligowych potyczek. Ustalono (najczęściej) metodą sportową ostateczną kolejność w trzeciej lidze, prawie w ogóle nie spotykaną w tych rejonach Ligi, czyli „najlepszy z trzech”. Za nami również mecze barażowe o różnych scenariuszach: tych najbardziej zaciętych jak i tych, które odbyły się tylko na papierze.

 

Nie przypominam sobie takiej Ligi jak ta. Mógłbym rzec, że mieliśmy do czynienia z największą ilością nieprzewidzianych wzlotów i upadków, ale przecież taki właśnie jest snooker, że czasem ci potencjalnie słabsi trafiają na swój dzień i wywracają do góry nogami tabele. Utytułowanym zawodnikom klubowym, którzy standardowo zaliczani są do grona faworytów miny rzedły niejednokrotnie przez ostatnie trzy miesiące. Summa summarum na wszystkich trzech levelach wtajemniczenia tryumfowali ci, z którymi liczyć trzeba się było.

Żyjemy w rzeczywistości zaprzeczeń i paranoi. Z jednej strony artysta, drący publicznie Biblię, bo tak ma i tak lubi, z drugiej „artystka” twierdzi, że napisali ją ludzie lutujący wino i zioła. Sąd mówi, że niszczyć przedmioty kultu można a wyrażać o nich opinii – nie. Albo kochany przywódca Korei Północnej, który na wskroś nienawidził wszystkiego, co reprezentują sobą kultura i świat Zachodu, w swojej ostatniej drodze został wieziony przez dwa Cadillaki. Przegrać 1/3 wszystkich swoich pojedynków i wygrać Ligę? Da się? Da.

Ostatnimi czasy można poczuć się dziwnie spoglądając na tabele – zwłaszcza tę pierwszoligową. Dopada nas uczucie niezrozumienia tego co się dzieje i trudności nazwania co właściwie widzimy. Jest to dyskomfort psychiczny, który odczuwamy spoglądając chociażby na katalog pewnego dużego wydawnictwa, gdzie z jednej strony można wybrać książkę „Tajemnice Jana Pawła II" a z drugiej strony „spiralę do przepychania odpływów” czy „bransoletkę antyalergiczną”, po lewej „Grecja klasyczna" a po prawej „dyskretne kocie WC” albo gdzie znajdziemy zestawienie pozycji „Josef Mengele – doktor z Auschwitz” z „praktycznym koszykiem na biustonosze”. Słowem – mentalne zmieszanie.

Passa Krzysztofa Górniaka przerwana.  Można powiedzieć, że dwukrotnie, bo po pierwsze przegrał mecz, a po drugie przegrał aż trzy frejm w miniony weekend. Tym samym ani w pierwszej, ani w drugiej lidze nie uchował się już nikt z czystym kontem w kolumnie przegranych.

Pobity najwyższy brejk tej edycji, już tylko dwóch zawodników bez porażki w pierwszej i drugiej lidze, zmiana lidera w każdej klasie rozgrywek, niecodzienne dziwne sytuacje – to zdarzenia które przyniosła nam ostatnia runda gier pierwszej edycji Ligi Snookera w roku 2012. To dopiero czwarta kolejka, więc jak stare, kaukaskie przysłowie obieraczy cebuli głosi, teraz to się dopiero zacznie.

Wróciłem do Ligi. Szybki awans do średniej klasy rozgrywek i apetyt na zasilenie najlepszej grupy wiosną. Wydawało mi się, że będzie łatwo, ale chyba się przeliczyłem i to zdrowo. Nie brałem pod uwagę tego, że świat nie stoi w miejscu. Moi przeciwnicy, których niegdyś pozostawiałem wyraźnie za sobą, dzisiaj są bogatsi w doświadczenie i umiejętności, które ja częściowo utraciłem.

Ostatnimi tygodniami każdy z nas mógł się poczuć jak mieszkaniec Wysp Brytyjskich. Niestety – tylko w kategorii otaczającej nas pogody. Wietrznie, mokro i zimno. Śnieg pada tak często jak brejki dwudziestopunktowe w trzeciej lidze a znika tak szybko jak poczucie sporej grupy zawodników, że w tej edycji mogą coś więcej osiągnąć niż w poprzedniej. Niby mamy za sobą drugą kolejkę, ale to dopiero w ten weekend rozgrywki ruszyły pełną parą. Pierwsza kolejka (już chyba tradycyjnie) stała się małym prologiem, przez liczne przekładanie spotkań. Dość powiedzieć, że w inauguracyjny weekend w pierwszej i drugiej lidze odbyły się jedynie trzy spotkania.

Czterdziestu jeden śmiałków zgłosiło się do zimowej edycji Ligi Snookera 12ft. Zmagania zaczynają się w już najbliższy weekend. W trakcie rozgrywania tej odsłony Ligi nie uświadczymy po drodze żadnych przerw świątecznych, więc edycja minie szybko. Pierwszo i drugoligowcy zakończą pojedynki już 10-11 marca a trzecioligowcy tydzień później. 24-25 marca zostaną rozegrane ostatnie mecze barażowe.