Kolejne święto snookera w Poznaniu za nami. Wydarzenie, które popularnością nieco zbiło z pantałyku samych organizatorów. Zagęszczenie osób na metr kwadratowy było podobne jak na trybunach piłkarskiego szlagieru Lech-Legia, a sumaryczna liczba zawodników oscylowała wokół liczby osób na średniej demonstracji antyrządowej. I tu nie ma znaczenia, czy mówimy o liczbie podanej przez TVP czy gazeta.pl. W 2017, po dziewięciu latach organizowania Otwartych Mistrzostw Wielkopolski, pobiliśmy rekord frekwencji, notując 54 nazwiska na liście startowej.

Oprócz oczywistej, najliczniejszej grupy poznaniaków, 12ft gościł w miniony weekend sporo zawodników przyjezdnych. Najliczniejsza grupa, bo sześcioosobowa pojawiła się ze Szczecina, bądź dokładniej mówiąc z zachodniopomorskiego. Toruń wystawił czteroosobową delegację a Warszawa mniejszą, ale za to ładniejszą trzyosobową. Nie zawiedli również dwaj stali goście z Głogowa. Pojedynczych przedstawicieli mieli na OMW również mieszkańcy Zielonej Góry, Lwówka, Wrocławia, Ostrołęki czy lubelskiego.

 

PIĄTEK, PIĄTECZEK, PIĄTUNIO

Duże zainteresowanie turniejem stanowiło organizacyjne wyzwanie. Sprowadzało się to do tego, że wiele meczów trzeba było rozegrać w niezbyt wygodnych dla wszystkich godzinach. Dotyczy to przede wszystkim piątku i pojedynków w środku dnia. Pierwszy mecz OMW2017 rozpoczął się już o 10:00 w piątkowy poranek. W historii zawodów tylko raz i to za porozumieniem zawodników, mecz rozpoczął się wcześniej, bo już w czwartek o 22:00. Miało to miejsce w 2011 roku. W pierwszym spotkaniu tegorocznych OMW wystąpiła Wiktoria Jendrzejczyk wraz Krzysztofem Borowczykiem. Jak na pierwszy mecz, pierwszej rundy, dostarczył on całkiem przyzwoitą dawkę emocji. Co prawda skończyło się zwycięstwem Borowczyka 2:0, jednak druga partia ważyła się do ostatniej bili. Nawet jedna wygrana partia przez Wiktorię byłaby nielichym wydarzeniem.

Piątkowe spotkania ruszały powoli. W wyniku kolejnego starcia tym razem rozpoczętego w południe, młodziutki Dawid Jachimowski, musiał w niesmaku powrócić do domu. Odesłał go tam Tomasz Bystrzyński. Po godzinie piętnastej turniej ruszył pełną parą. Największą piątkową niespodzianką było zwycięstwo Wojciecha Ptaka nad Michałem Potyszem, czyli zawodnikiem, który dwa lata temu dotarł do 1/8 finału, gdzie walczył jak równy z równym z rozstawionym wówczas z numerem pierwszym, Pawłem Rogozą.

W piątek kilku zawodników rozpoczęło swój pewny pochód po kolejnych rundach drabinki. Nikodem rozpoczął od zwycięstwa 2:1 nad Piotrem Gazdą, by następnie pewnie pokonać 2:0 Marcina Karłyka. Kolejne swoje spotkanie Nikodem rozgrywał w już sobotę – los tak chciał, że było ono również w godzinach późnowieczornych. Trudno powiedzieć czy miało to również wpływ na nierówną grę Jankowiaka. Ostatnie swoje spotkanie z torunianinem Lechem Dąbrowskim przegrał, pomimo rozegrania swojego najlepszego snookera w całym turnieju. Grę tę mogliśmy obserwować we frejmie pierwszym, w którym to Nikodem pobił swoją „życiówkę” wbijając brejka 40. W kolejnych dwóch odsłonach był cieniem samego siebie. Oddał pole Dąbrowskiemu, a jak się też wkrótce okazało, również cały mecz.

jachim
Robert Jachimowski i Marcin Dzbanuszek

Mało znany fakt – Paweł Jachimowski rozegrał w turnieju bardzo dużo gier. Spośród wszystkich 54 uczestników, tylko Maciej Relich zanotował o jeden występ więcej. U Roberta było ich 5. I o żadnym nie można powiedzieć, że był przyjemnym spacerkiem. Zaczęło się meczem o 17:00 w piątek, skończyło się meczem o 17:00 w niedzielę. Pierwszą ofiarą wyrzuconą za burtę turnieju był Przemysław Tic. Skóry tanio nie sprzedał, bo mimo że w Lidze Snookera 12ft dzielą ich najczęściej trzy klasy gier, to w turnieju OMW, oglądaliśmy trzeci, decydujący frejm. Tak wyrównane spotkanie również miało miejsce w kolejnym pojedynku – z Marcinem Dzbanuszkiem. Warunkiem, który Robert musiał spełnić by wygrać mecz, to umieć się wyrwać ze stylu gry narzuconym przez Dzbanuszka. Łatwiej poszło już w kolejnym starciu. Łatwiej a to głownie dzięki przeciwnikowi. Głogowianin Tomasz Leśniak oddał frejma Robertowi, mimo że miał go praktycznie w garści. Niedzielne pojedynki to już decydująca faza. Jachimowskiemu udało się wygrać i tego dnia. Jego wyższość musiał uznać Maciej Śniegowski, który jak mało który zawodnik podczas tego turnieju miał na twarzy wyrytą wręcz determinację. Jak to na Roberta przystało – wygrał w trzecim, decydującym frejmie.

mark
Jacek Mark i Maciej Szulczewski

 

 

 

LINIA WYSOKIEGO NAPIĘCIA TORUŃ – WARSZAWA

Sobota to już turniej pełną gębą. Wyciszenie atmosfery niczym w bibliotece, czy na mszy kościelnej. Skupienie wypełniające salę gier było czasami tak gęste, że powietrze można było kroić nożem. Tego też dnia płeć piękna tłumnie przystąpiła do zawodów. Rozstawienie w turnieju spowodowało, że dwie przedstawicielki z Warszawy musiały się zmierzyć z torunianami. Jak to zazwyczaj na wczesnych rundach rozgrywek bywa, sam wynik nijak nie odzwierciedla przebiegu spotkania. Małgorzata Kanieska przystąpiła do frontalnego ataku i z zaskoczenia wzięła Andrzeja Mikołaskiego. Kilkudziesięciopunktowa przewaga jednak w miarę upływu frejma topniała. Kolejna partia to nadal przesuwanie się punktu ciężkości przewagi. Po początkowo równym okresie gry obu stron, Mikołajski w końcu odpalił. 2:0, ale jakże ciekawe 2:0.

O wiele więcej napocić się musiał Jacek Kubacki w starciu z Marzeną Łagowską. Matka chrzestna klubu 12ft poważnie przestraszyła swojego przeciwnika. Kubacki na pewno nie spodziewał się takiego oporu, więc utracony frejm przysporzył mu niezłą dawkę stresu. Niespodzianki jednak nie było – decydujący frejm wpadł na konto przedstawiciela miasta pierników i Kopernika.

Spośród czterech pań grających w OMW 2017 największe nadzieje pokładano w Annie Gruszkiewicz. Paradoksalnie trafiła ona na najtrudniejszego przeciwnika wśród wszystkich rywali kobiet. Jacek Mark uporał się z ostatnią przedstawicielką kobiet dość pewnie wygrywając spotkanie bez straty partii.

 

ROZSTAWIENI DO EGZEKUCJI

System rozgrywek wydawał się dość sprawiedliwy w tym roku. Zawodnicy zostali umieszczani w drabince według zeszłorocznych klasyfikacji sztandarowych rozgrywek PZSiBA - TOP 16, a następnie według rankingu PORS. Kolejnym kryterium było najwyżej osiągnięte miejsce kiedykolwiek w Lidze Snookera 12ft. Na papierze wszystko to wyglądało sensownie. Życie jednak boleśnie zweryfikowało fakt rozstawienia dwóch ósemek zawodników w późniejszej fazie turnieju. Spośród 16 rozstawionych zawodników, którzy w teorii powinni stanowić najsilniejszą grupę wśród całej stawki, równo połowa z nich od razu po pierwszym swoim meczu pożegnała się z turniejem.

Do rangi katów rozstawionych zawodników urośli Maciej Relich i wspomniany już Robert Jachimowski. Maciej był przez wielu postrzegany jako minimum potencjalny finalista, jeśli nie zwycięzca całego OMW. Od pierwszej rundy hasał z meczu na mecz nie tracąc w pięciu spotkaniach ani jednego frejma. Przez rundę rozstawionych zawodników przeleciał jak ekspres, który nie zwalnia na pomniejszych stacjach. Marcin Jamroziak i Marcin Małyska, odprowadzali jedynie go wzrokiem, znikającego w oddali kolejnych rund turnieju.

 

TOP = OUT?

karol
Antoni Kowalski, Karol Szuba-Jabłoński, Łukasz Uciechowski

Największe kozaki grają wśród najlepszych. Dla zwykłego snookerzysty z życiówką brejk 23, z poziomu klubowych rozgrywek jest dalej do TOP16 niż z TOP16 do Main Touru. Zatem trzej zawodnicy, grający w OMW, którzy w zeszłym roku brali udział w tych elitarnych rozgrywkach z automatu byli postrzegani jako żelaźni kandydaci to tytułu Mistrza Wielkopolski. Ale ale. Życie ten fakt zweryfikowało brutalnie. Wspomniany Marcin Małyska, rozstawiony w turnieju z numerem trzecim, nie odcisnął żadnego piętna na poznańskich zawodach. W pierwszym spotkaniu odpadł. Rozstawiony z dwójką junior Antoni Kowalski powalczył, lecz przegrał ostatecznie 1:2 już w swoim pierwszym meczu z lokalnym watażką Karolem Szuba-Jabłońskim. Sensacja wyeliminowania w pierwszych grach najwyżej rozstawionych zawodników wisiała w powietrzu, gdy Sebastian Wawrzyniak przy stanie meczu 1:1 z Pawłem Rogozą w decydującym frejmie otrzymał łatwą ostatnią czerwoną do wbicia. Układ na stole był korzystny, by dopiąć zwycięstwa, zwłaszcza, że Wawrzyniak był całkiem nieźle dysponowany tego dnia. Rogoza obronił honor najlepszych zawodników, jak to się później okazało, obronił całkiem nieźle.

Ćwierćfinały przyniosły nam gry z zawodnikami, których nie do końca byśmy się tu spodziewali. Obecność na tym etapie turnieju Lecha Dąbrowskiego czy Roberta Jachimowskiego była raczej niespodziewana. Inna sprawa, że gdy prześledzimy sobie ich koleje na przestrzeni naszego turnieju oraz przeciwników, z którymi przyszło im się mierzyć, to nasze zdziwienie nieco maleje. Zarówno Dąbrowski jak i Jachimowski zakończyli swoje występy tuż przed strefą medalową.

Półfinały to już crème de la crème poznańskich zawodów. Pomyłka może kosztować frejma. Pomyłka wiązała się z tym, że przeciwnik wbijał brejka na tyle dużego, że frejm często można było spisać na straty. Co ciekawe – zaciętość, wyrównany bój, pojedynek łeb w łeb – nie są to epitety, którymi byśmy określili mecze półfinałowe. Były one dość jednostronne.

 

SKRADZIONY FINAŁ

W niedzielny wieczór przyszedł czas na ostatni mecz Otwartych Mistrzostw Wielkopolski. Jak to mówi Tomasz Hajto: truskawka na torcie. Paweł Rogoza spotkał się w finale z Krzysztofem Górniakiem. Dla stałych bywalców 12ft, jest to typowy klasyk rozgrywek letnich. Ci dwaj zawodnicy ścierali się na różnych etapach turniejów na przestrzeni ostatnich siedmiu-ośmiu lat wielokrotnie. Co więcej – skład finału był identyczny jak w 2012 roku, kiedy to wówczas wygrał Rogoza.

Panowie zaczęli niestandardowo. Żadnego etapu wyczekiwania, żadnych rezerw strategicznych – od początku byli nastawieni na wbijanie z minimalną dozą zagrań defensywnych. Pierwsza partia to próba ucieczki Górniaka. Próba, którą popsuła bila niebieska, gdy na złość Krzysztofowi nie wpadła. Podszedł Paweł i wyczyścił stół do końca z trudnego układu, gdyż do zwycięstwa potrzebował ostatniej czarnej.

Rogoza (21) 61:53 (32) Górniak

Druga partia to popis kunsztu obu zawodników. Obrazki jak z Eurosportu. Po otwarciu i serii odstawnych przyszedł czas na wbijanie. Wynik otworzył Górniak brejkiem 46. Po pomyłce Rogoza natychmiastowo odpowiedział brejkiem 55, po czym „wywalił się” na żółtej będącej początkiem „snookerowego przedszkola”, czyli sekwensu kolorów ustawionych na swoich puntach. Na tym poziomie umiejętności miała to być formalność. Takiej okazji nie przepuścił Górniak – od razu przystąpił do wbijania i zatrzymał się dopiero po różowej z brejkiem 20. Bo czarnej już nie potrzebował. Co ciekawe – na wynik całkowity frejma składają się tylko dokładnie te trzy brejki.

Rogoza (55) 55:66 (46, 20) Górniak

Odsłona trzecia to kolejny scenariusz wyrwania, czy tez skradzenia w ostatniej chwili frejma przeciwnikowi. Krzysztof Górniak zaatakował w środku partii, gdzie ucieczka zakończyła się po ostatniej czerwonej sprzątniętej ze stołu. Przy kompletnym sekwensie na stole, Krzysztof prowadził 22 oczkami. No oczywiście, że to było za mało. Czego Rogoza nie dokonał we frejmie poprzednim, dokonał w tym. Co prawda nie wszystkie bile kolorowe stały na swoich kolorach, co jednak nie przeszkodziło Pawłowi zaliczyć pełnych 27 punktów po wbiciu ostatniej czarnej.

Rogoza (27) 49:44 (33) Górniak

Tylko czwarta odsłona pojedynku finałowego była zdecydowanie inna. Tutaj Rogoza nie dał szansy na rozpędzenie się przeciwnikowi. Pozwolił mu na zdobycie dwóch punktów, samemu wbijając brejki 36 i 30. Gdy kończył tego drugiego, mecz już był rozstrzygnięty. Ostatnie punkty w finale powędrowały na licznik Górniaka w wyniku faulu jego przeciwnika. Paweł Rogoza po pięciu latach odzyskał tytuł Mistrza Wielkopolski! Gratulacje

Rogoza (36, 30) 81:6 Górniak

trio

Krzysztof Górniak, Paweł Rogoza, Ariel Trębocha

Finał po raz pierwszy w histori 12ft był nadawany na żywo za pośrednictwem facebooka. Raczkujemy jeszcze w tym temacie, więc jakość nie powala. Nagranie całego finału można obejrzeć poniżej.

 

 

Kolejne Mistrzostwa za nami. Mistrzostwa, które w obecnej formie istnieją dzięki zawodnikom, tłumnie na nie przybywającym. Z tego miejsca należą się podziękowania bez wyjątku wszystkim za udział w tym poznańskim święcie snookera. Zwłaszcza osobom, które dostosowały swoje plany, by móc rozegrać swoje mecze w bardzo niekorzystnych godzinach piątkowego środka dnia.

Zawody oczywiście są zaliczane do snookerowej klasyfikacji SummerTime. Na czele, dzięki zwycięstwu w OMW – Paweł Rogoza.

Drabinka turnieju
Lista brejków
Galeria zdjęć
Nagranie finału
Klasyfikacja SummerTime