Przez te ponad 10 lat istnienia klubu nie broniliśmy się przed bilardem angielskim. Raz do roku ktoś zdejmował ze stołu wszystkie bile oprócz żółtej, czerwonej i białej i próbował swoich sił w tej zacnej dyscyplinie. To stanowczo zbyt mało, aby zainteresować bywalców na tyle, aby sklecić z tego zawody, dalej zwane turniejem. W dodatku enigmatyczność przepisów, które nie tyle trzeba było przeczytać, co zrozumieć, dodatkowo odstręczała wszystkich nawet od prób.


Aż tu nagle, pewnego dnia, profesor fantastyki taktycznej, ulubieniec klubowiczów, przesiąknięty sfermentowaną pszenicą, geniusz zapału, przecieracz szlaków, legendarna postać poznańskiego bilardu, imć Śniegu, zaczął piłować i coraz chętniej sparować i lubować się w bilardzie angielskim. Nie, żeby jakaś za tym szła obsesja, ale zaraza z pewnością, bo po kilku wzajemnych sparingach z włodarzami przybytku na ul.Za Bramką zrodził się pomysł na wciśnięcie turnieju w ramy cyklu Summer Time 2017. Śniegu zaś, jak sam mawiał o zachodzie słońca snując dymek przed klubem - niekiedy nawet śnił o hazardach i kanonach. Ba, sparowałem z nim wielokrotnie i widziałem, że smykałkę do gubienia białej ma niezwykłą…
...no może nie do końca tak było, ale krztyna prawdy w tym jest.
W każdym razie, w bilard angielski zagraliśmy.
I to w czterech grupach.

Nietypowo, zacznę od tej, w której niespodzianki się sypały, a w dodatku nie będę musiał odpadać od wątku naszego bohatera. Grupa C. Pawlak, młodszy Stęsik, Śniegowski i Słodzinka. Pechowa grupa, bo wiadomo było od dawna, ze Śniegu jest mocny, ale pozostałych trzech sroce spod ogona nie wypadło. Pierwszy mecz między Pawlakiem i Słodzinką ustawił dalsze gry, a przynajmniej dozę ambicji Słodzinki, który po porażce na kolejne nie mógł sobie pozwolić.
W spotkaniu z Maciejem Stęsikiem zadanie miał łatwe, bo tenże doświadczenie w BA miał zerowe i zanim się połapał to był koniec meczu. Ale za to w grze z Maciejem Śniegowskim już tak różowo nie było, bo ten go prał, lał i demolował, wbijając parę efektownych brejków zaznaczał swój teren. Przewaga wynosiła prawie non stop 20 lub więcej punktów i nagle Słodzince “przyżarło”. Brejk 8, brejk 7 i wynik wynosił już tylko 43:53 dla Śniega. A potem… tu kanonik, tam hazardzik i 11 punktów w brejku, czerwona ląduje na punkcie niebieskiej, cięcie i wbicie i…. przypadkowe zgubienie bili rozgrywającej i 17 punkt w brejku i nieszczęśliwy przeciwnik mógł zacząć zbierać siły na mecz z Pawlakiem.
I zebrał! I to jak! Na otwarcie brejk 23, potem dobitka i po kilku wizytach przy stole wynik brzmiał 34:0. Tytus nie wiedział co się dzieje… I wyglądało na to, że taki zaskoczony będzie trwać dalej, ale nagle się spiął i zaczął punkt po punkcie straty odrabiać, a kiedy odrobił to punkt po punkcie zaczął odjeżdżać i mecz koniec końców wygrał.
Maciejowi Stęsikowi w dwóch ostatnich meczach już szło zdecydowanie lepiej i wyniki wskazują, że połapał się o co chodzi w tej grze, ale niestety przeciwnicy połapani byli znacznie lepiej.

Skoro już olałem chronologię, to przejdę do trzyosobowej grupy D, ze starszym Stęsikiem, Borowczykiem i Wampirem Jamroziakiem w składzie. Najważniejsze stało się w meczu otwarcia. Zapachniało też sensacją z miejsca, bo po zaciętej walce, Krzysztof Borowczyk, który był najpiękniejszym przykładem na to, jak można wyciągać wnioski i uczyć się nowej dyscypliny bilardowej w trakcie potyczki, wziął i rzutem na taśmę wygrał mecz z Jamroziakiem. Jednym punktem!
Któż jednak nie zna Wampira, otrzepał pióra, zamoczył głowę w zlewie i poszedł grać z Mikołajem Stęsikiem i wygrał wyraźnie różnicą 21 punktów. Ostatni mecz o być albo nie być w turnieju siłą rzeczy pozbawiony był możliwości knucia i ustawek, wiadomo było tylko tyle, że jeśli Stęsik z Borowczykiem wygra różnicą większą niż 41 punktów, to wyjdzie do dalszych gier z pierwszego miejsca. Jeśli mecz wygrałby Borowczyk, to to miejsce zająłby właśnie on.
Stęsik wygrał… różnicą 42 punktów.

W grupie B za to, na dzień dobry porażki doznał Sebastian Wawrzyniak. Nie połapał się w przepisach, nie połapał się w taktyce, a wbijanie swojej bili rozgrywającej do kieszeni było dla niego wbrew naturze. Ale za to nas ubawił i sam się uśmiał, jak się okazało, że da radę pobić Wiktora Doberschuetza. Na szczęście, wszyscy w grupie się bawili świetnie i zaciętość pojedynków nie słabła do samego końca, a rozjemcą okazała się Kinga Pietrzak, czyli jedna z najlepszych bilardzistek jakie polska ziemia zrodziła. Jak już skumała o co kaman to zaczęła wygrywać i to z taką skutecznością na wbiciach, że niektórym dech zaparło. Reasumując - odpaliła z dalszych gier Wawrzyniaka i Daniela Kozę, przegrała tylko z Doberschuetzem, ale całkiem możliwe, że tylko dlatego, że jeszcze nie wiedziała na czym ta gra polega ;)

A jak już jesteśmy przy niezorientowanych, to dorzućmy do tego grona Krystiana Ćwikłę, który się nie orientował ale wbijał, że hoho i to mu wystarczyło na 3 zwycięstwa w grupie, a także Marcina Karłyka, który przepisów douczał się w samo południe tuż przed turniejem. Zrobił to na tyle skutecznie, że wespół z Krystianem zdominował grupę A i Tomasz Bystrzyński z Maciejem Szulczewskim mogli zagospodarowywać sobie sobotę w mniej bilardowy sposób.

I tak, szczęśliwie i w radosnej atmosferze dotarliśmy do ćwierćfinałów.
Oprócz tego jednego, gdzie Wiktor ustrzelił grubego zwierza wbijając 27, 23, 17, 11… To reszta ćwiartek pita była z rozkoszą, mniej więcej po równo. W sumie to nieźle się trzymał Marcin Wampir Jamroziak z Krystianem Ćwikłą, ale mniej więcej od 50 punktu ten drugi przyspieszył i skończyło się 66:100.
Mikołaj Stęsik imponował na wbiciach przez cały dzień i to przeważyło szalę na niekorzyść Marcina Karłyka, który kanony i owszem, ale z hazardami troszkę niedomagał.
Tytus Pawlak zaś przespał początek meczu z Kinga Pietrzak podobnie jak w grupie zdrzemnął się w meczu ze Śniegiem, ale déjà vu wypełniło się w całości i straty odrobił. Pierwsze prowadzenie objął wbijając czerwoną na 86:84, a potem wyglądało jakby odzyskał kontrolę nad spotkaniem i nagle Kinga ruszyła raz jeszcze do ataku i ze stanu 93:92 dotarła w dwóch podejściach do granicy stu punktów. Tak to jest, kiedy chłopak czeka w półfinale - mówili zebrani…

W półfinałach, po szalejącym Wiktorze, wbijającym wszystko jak leci, nie pozostał ślad. Ale za to Mikołaj Stęsik osiągnął ekstremum swojej wbijalności i w sumie bez angielsko bilardowej finezji na kanonach, prawie samymi hazardami, wykończył Wiksa 100:78. Bardzo podobnie wyglądał mecz Krystiana z Kingą - gapiłem się jak nie mają żadnego respektu przed wbiciami na stołach dwunastostopowych i idą na wojnę totalną, w której to on okazał się lepszym.

A skoro musiał ograć swą dziewczynę, to honorową sprawą było ograć również Mikołaja Stęsika w finale. Ten jednak, bardzo długo się trzymał w okolicach remisu i tanio skóry nie sprzedawał. Ostatecznie jednak uległ 120:73. Ja jednak, tak grającego Stęsika jak w tym turnieju nigdy jeszcze nie widziałem i żałowałem, że mamy tylko puchar za I miejsce.
Ów puchar, pod pachę wziął ze sobą Krystian Ćwikła, pod drugą zaś przytuliwszy Kingę Pietrzak, zniknął wraz z nią za progiem naszego klubu…


...a nie, cofnąłem ich bo nie zapłacili wpisowego jeszcze, ale to w sumie nieistotne.

GRUPY

DRABINKA

BREJKI


PS Są jacyś chętni na mini ligę bilardu angielskiego?