12ft Cup 2017 przeszedł już do historii . Każdy snookerofil,  który podczas tych dwóch emocjonujących dni znalazł lukę w czasie aby wyrwać się z domu, móc stawić czoła najlepszym snookerzystom kraju, bądź poobserwować grę spijając nektary bogów  (coca cola i kawa ). Jakby popatrzeć na zaktualizowany już ranking … poprzestawiało się ale lider cały czas niezmiennie na tronie pozostaje ten sam. Były zaskoczenia, były zwroty akcji – dobry film akcji można by było nakręcić. Zostały przebłyski i myśli o tym co zmieniać i jak iść dalej aby znaleźć się w tej 16 wybrańców, która zagra finał summertime. Nie bez powodu nadmieniłem o finale, ponieważ zostały już tylko trzy turnieje aby odrobić straty w rankingu. Dość rozważań – przejdźmy do sedna.

DRABINKA
BREJKI

 


SOBOTA
Wszedł do klubu Andrzej po urlopie, aby zagrać turniej. O 9:00, gdy otworzył zamek w drzwiach , przyszedł jego rywal z uśmiechem na twarzy. Gość w dom, mecz przegrany - tym sposobem Jachniewicz został poturbowany przez Robińskiego. Zadowolony ze swej gry Mateusz, rywalizował dalej, a Andrzej obserwował sobotnie zmagania, podając już wcześniej wspomniane nektary bogów zawodnikom i przechodniom, zza klubowego baru. Robiński kolejne sobotnie spotkania zdecydowanie wygrał. Z torbami puścił również Wojtka Ptaka i Mikołaja Stęsika. Wbił po drodze kilka ładnych brejków (największy to 57 oczek) i stracił tylko jednego frejma, którego urwał mu najlepszy z Doberscheutz-ów w naszym Poznańskim klubie.
Ciekawie przedstawiał się początek gry Piotra Słodzinki. Dwa pierwsze spotkania wygrał tracąc po jednym frejmie w każdym. Przemek Tic w meczu z godziny 15:45 pierwszego frejma wygrał, lecz musiał Słodzince ustąpić miejsca na mroźne miejsce w kolejnym starciu. Piotr spuścił baty Maciejowi Śniegowskiemu, lecz to zwycięstwo jak sam Słodki po meczu mówił przyszło mu sporo ciężej. Śniegu zjadał go tempem gry , które Słodzince nie pasowało, ale mimo tempa to Piotr stanął do walki z Krystianem Ćwikłą. Circa pół godziny zajęło pooliście wyeliminowanie Słodzinki z dalszych zmagań. Pewnie wygrał , lecz na kolejny mecz musiał czekać do niedzieli, ponieważ rywal dopiero się „klarował” z innego rzędu drabinki.
Jak burza z piorunami przepełzł przez 3 mecze Tomasz Bystrzyński tracąc jedynie jednego frejma. Załamani przeciwnicy : Jarek Chełminiak, Maciej Szulczewski i Paweł Deckert spakowali kije i na tarczy niestety wrócili do szarej poturniejowej rzeczywistości. Na dole drabinki każdy zawodnik oprócz Pawła Gajdy aż do ćwierćfinałów zagrał dwa mecze – jeden wygrany i jeden przegrany . Tak Maciej Stęsik ograł Gajdę , Marcin Dzbanuszek – Stęsika i nieustraszony Sebastian Wawrzyniak – Dzbanuszka, który na ostatnim meczu pojawił się 14 minut za późno. Mało brakowało… 1 minuta i byłby walkower. Skończyło się jedynie na karze frejma i sążnym łomocie od Wawrinki.
W środku bez spóźnień ale tak samo przeplatali się pomiędzy meczami. Karol Tyszer,  który zanotował w pierwszym spotkaniu dwa brejki powyżej 20 punktów. Ograł on gościa z Kalisza 2:1. Potem Karol dostał baty od Szymona Grewlinga. Nadzwyczajności nie było , ale każdy zagrał na swoim poziomie jak mógł najlepiej.
 
NIEDZIELA
O 9:30 wszedłem do klubu, a ze mną pierwsi zawodnicy. Marcin Karłyk i Szymon Grewling. W półtorej godziny, taktycznie rozbebeszył Grewlinga młodszy z graczy. Karłyk poszedł dalej a w perspektywie … czekało go sążne manto, którego nie dostał.
O 10:00 do klubu wszedł razem, z nieopuszczającym go na krok ojcem, najmniejszy z największych. Antek Kowalski bo o nim mowa – młodziutki snookerzysta z Zielonej Góry, po nieudanym występie na OMW, pokazał na co go stać. Ile czasu potrzebował na 3 pierwsze mecze ? To się filozofom nawet nie śniło !!! W ciągu 25 minut wygrał z Łukaszem Tomaszykiem, który łącznie w całym spotkaniu wbił tylko 2 punkty. Niewiele więcej bo 45 minut zajęła mu eliminacja Roberta Jachimowskiego. Po krótkiej przerwie o 11:30 do klubu wszedł Tomek Kasiński. Wszyscy myśleli, że tempo Kasiny spowoduje swoje… . Spowodowało – Tomasz po już po połowie godziny pożegnał się z turniejem. Marcin Karłyk niestety musiał wracać do swoich obowiązków, co w konsekwencji oddania walkowerem meczu zapewniło Antosiowi udział w półfinale całego turnieju
Terminarz spotkań przyspieszył o dobrą godzinę. Nieźle , patrząc na delaye z poprzednich turniejów. Pędzili zawodnicy niczym Pendolino z PKP po malowniczych trasach Centralnej Magistrali Kolejowej.
Kwadrans po dwunastej klubowi Jacek i Placek zaczęli zmagania na drugim stole o mecz z tryumfatorem tegorocznych Mistrzostw Wielkopolski. Żarli się przy stole do ostatnich bil Smorawski z Zimniakiem. Walkę wygrał pierwszy, aby przegrać kolejny mecz z maszyną do wygrywania turniejów. Wszedł niczym Bruce Lee do Klubu Paweł i zaczął swą sztuką walki mistrzowsko władać, pogramiając przeciwników. Po Smorawskim przyszła kolej na Krystiana Ćwikłę, który po pierwszym frejmie miał Rogozę na widelcu. Nie dał się jednak schrupać Poznaniakowi i wygrał 2:1 całe spotkanie.
Od rana również grał zawodnik z polskiej czołówki – Ariel Trębocha. Na początek zmiótł Tomasza Sobczaka. Poznaniak za wielkiego oporu nie pozostawił i o mało by nie oddał meczu za darmo, gdyż spóźnił się kilka minut na spotkanie. Ariel jednak chciał sprać go do końca i w obu frejmach wyraźnie tryumfował. Następny do wyczyszczenia był Tomasz Leśniak . Biedny Głogowianin przyjechał specjalnie na ten mecz. Miał okazję do wygrania pierwszego frejma , lecz zmitrężył ją i przegrał. Drugi frejm był pod totalną kontrolą młodszego zawodnika. Brejk w wysokości 56 oczek dał mu mocną przewagę, dzięki której pewnie wygrał spotkanie.  Rozładowały się baterie w Arielu po Leśniaku i przerwie pomiędzy meczami. Uległ on bowiem pooliście Mateuszowi Robińskiemu, który też drogę do ćwierćfinału przeszedł bez straty frejma. W ostatniej ćwiartce Seba Wawrzyniak, tracąc jedną partię dość pewnie wszedł do półfinału, ogrywając  klubowego Spidera.
Zaczęła się ponad godzinę wcześniej faza półfinałów. Zaczęła się szybko i skończyła również jak pędzący euro star pod kanałem La Manche. Oba półfinały ze skutkiem 2:0. W pierwszym z nich młody Zielonogórzanin, grający odważnego ale dojrzałego snookera, bez większych przeszkód z kilkoma notowanymi brejkami, odprawił do domu weterana polskich rozgrywek poola – Mateusza Robińskiego. Zapewnił tym sobie starszy przy stole Mateusz 3 miejsce w całym turnieju . W drugim meczu półfinałowym weteran poznańskich rozgrywek ligowych w snookera łatwo dał sobie odebrać możliwość gry w finale. W przeciwieństwie do OMW , gdzie Sebastian Wawrzyniak mógł Rogozę zjeść, tutaj role się odwróciły i to Szczecinianin spałaszował Wawrzyniaka pewnie wygrywając mecz, wbijając najwyższego brejka całych zawodów w wysokości 75 oczek na liczniku.
I tak Antoni i Paweł o 18:30 czasu polskiego stanęli do walki o 12ft Cup w finałowym meczu zawodów. Sędziowała niezawodna jak zwykle Sara Kwiecińska, która i Rogozie, jak        i Kowalskiemu już przy stole przeszkadzała, dyktując faule i ustawiając układy po chybieniach. Szli łeb w łeb – brejk za brejk, frejm za frejm, odstawne za odstawne. Rogoza, Kowalski, Rogoza, Kowalski i… doszło do decidera. Publiczność stworzyła lożę niczym na OMW i obserwowała badawczo co wymyśli każdy z nich. Jednak zmęczony Antoś po całym dniu uległ Pawłowi i jak tytuł całej wypowiedzi głosi: „Czego rywal nie powbija, to Rogoza wykorzysta.”, tak właśnie się stało i to on pojechał do domu z Pucharem za zwycięstwo. Trzeba przyznać, iż obaj zawodnicy zagrali naprawdę dobry turniej i pokazali się ze swoich najlepszych możliwych stron. Najszczersze słowa uznania za świetny występ dla całego podium. Aktualny ranking znajduje się TU. Następnym turniejem rozgrywanym na dwunastkach będzie Team Grand Prix, a to już za niecałe 2 tygodnie ( idealny czas na skompletowanie drużyny ) . Zapraszamy