Algorytm handicapowy, wymyślony przez Wampira (a informuję czyjego był autorstwa bynajmniej nie po to, aby było można mu podrzucić zawieszone na mnie psy), poszedł w ruch drugi raz w historii naszych turniejów letnich. W zeszłym roku turniej okazał się bardzo fajnym eventem, który wygenerował wiele, nadspodziewanie ciekawych, pojedynków. Nie inaczej było i tym razem. Liczba potyczek, kiedy to ktoś dzierżąc w dłoni mizerną procę mógł stanąć naprzeciw uzbrojonego w wyrzutnię rakiet klubowego bossa, mogła usatysfakcjonować najbardziej zagorzałych sadystów obserwujących z lubością powtarzające się spektakle o jednym tytule: “jak to się ten mocarz męczy”.


Zanim jednak owe męczarnie mogły się rozpocząć mieliśmy zawirowania w drabince. Tuż przed końcem zapisów wszystko wskazywało na to, że obrońca tytułu z zeszłego roku nie ma zamiaru go w ogóle bronić. Próżno było szukać Krystiana Ćwikły na liście, również po zakończeniu zapisów, a jednak się w końcu w drabince pojawił. I tu słów parę gwoli wyjaśnienia - otóż, Krystian do turnieju się zapisał podczas ShootOut-a tydzień wcześniej, są na to świadkowie, tylko przez nasze przeoczenie nie został wpisany na listę. Po krótkiej debacie wyrugowaliśmy największego zawodnika z drabinki, bo i tak by się tylko wkurzał i sapał po przegranej w pierwszym meczu, i wpuściliśmy w to miejsce obrońcę tytułu, bo jakże grać turniej bez niego… Handicap 75, czyli najwyższy w turnieju, raczej mógł jego przeciwników tylko ucieszyć. Reasumując, w delikatnie zmienionym składzie, 31 osób od 10:00 rano w sobotę przystępowało kolejno do gry.
Na starcie Marcin Michałowski [9] zagrał przeciwko swojemu imiennikowi - Smorawskiemu [48]. Różnica 41 punktów wydawała się sporą zaliczką dla tego pierwszego, ale jak się okazało skuteczna gra w obronie i wywoływanie chybień były świetnym środkiem do niwelowania strat punktowych. Jeszcze wiele razy w turnieju okazywało się, że ten aspekt gry jest bardzo istotny w potyczce z niedoświadczonymi snookerzystami. Smorawski straty odrabiał tuż przed wejściem na kolory, a potem… zaczynały się dziać cuda w momencie, kiedy wszystko wydawało się być już pozamiatane. To Marcin Michałowski wbił bilę przypadkiem, to minimalne pudło jego przeciwnika powodowało wystawienie bili tuż pod kieszeń. Bilę na frejma, po straszliwym pudle i najszczęśliwszym wbiciu różowej w tym turnieju, dostał ten pierwszy. Próbował czarną posłać do kieszeni dwukrotnie, za drugim razem wpadła, ale bila biała.
Kolejna odsłona była kalką pierwszego frejma i nie przesadzam tutaj w ogóle. Może tylko różowa wpadła do innej kieszeni, ale także szczęśliwie, a pierwsze podejście do bili dającej wyrównanie w meczu Michałowski po prostu nie trafił i wystawił w taki sposób, że Smorawski spudłować już nie mógł.
Na drugim stole turniej rozpoczął Krystian Ćwikła [75] z Łukaszem Lisem [15]. Wystarczyło parę razy zagrać cokolwiek co przynosiło zdobycz punktową i uważać na faule, aby sprawić niespodziankę. 60 punktów przewagi dawało na to wielką szansę tym bardziej, że Łukasz pokonał pierwsze niepowodzenia i na kolory wchodził z delikatną przewagą. Tam jednak od stanu 66:72 pięknym brejkiem 18-to punktowym popisał się Krystian - trudne pozycjonowanie z zielonej do brązowej, odbicie niebieskiej od bandy i forsowne wyjście do różowej - wyglądały wręcz bajecznie i w mojej opinii to był najlepszy brejk turnieju. W każdym razie różowa dała frejma i wszystko wyglądało na to, że szanse spadają z minuty na minutę.
Frejm drugi rozpoczął się od szybkiego odrabiania strat, ale potem drobne niedokładności pozwoliły Lisowi ściągnąć ze stołu kilka czerwonych bil i wejść na sekwens z przewagą 31 punktów. Zgubiona biała bila podczas wbijania zielonej wydawała się nie robić wielkiej krzywdy Krystianowi, jednakże Łukasz popisał się tutaj taktycznym podejściem i postawił tęgiego snookera, po którym nastąpił kolejny faul i poddanie partii. 1:1.
Trzecia odsłona znów wyglądała jak bicie niewiniątka. Lis statystował wyciągając bile Ćwikle, ale dobrze wyliczone handicapy nie pozwoliły zabić emocji w tym spotkaniu. Partia zakończyła się na czarnej bili i Łukasz miał szansę ją wbić, dość nikłą bo była bardzo trudna, ale był o włos od wyeliminowania faworyta już w pierwszej rundzie.

W kolejnych sesjach turnieju było równie ciekawie. Marcin Dzbanuszek [54] walczył o zwycięstwo z Maciejem Stęsikiem [29] i strata 25 punktów wydawała się adekwatną do różnicy poziomów obu zawodników. Niestety, ten mecz wyglądał najbardziej jednostronnie ze wszystkich w pierwszej rundzie. W kolejnym spotkaniu z przewagą zaledwie 4 punktów do gry przystąpił Daniel Koza przeciwko Nikodemowi Jankowiakowi. Jak można się było tego spodziewać mecz był zacięty i po demolce w piewszym frejme, którą zafundował przeciwnikowi młodszy z zawodników, w drugim ten starszy pięknie się odkuł. Decider jednak wygrał Jankowiak, który zdołał ponownie ostudzić emocje i zdominował grę pozwalając Danielowi zdobyć zaledwie 7 punktów.
Nikodem poszedł za ciosem także w kolejnym meczu, tym razem przystępując z potężną przewagą 30 punktów nad Smorawskim. Tu niespodzianką byłoby roztrwonienie tej zaliczki i rzeczywiście jak wskazywały na to nasze przypuszczenia Jankowiak wygrał potyczkę 2:0 bez większych problemów.
O 13:00 do gry przystąpił trzeci w rankingu handicapu - Wiktor Doberschuetz [68]. Naprzeciw niego stanął wspomniany przed chwilą Maciej Stęsik. Przewaga 39 punktów miała być wystarczającą zaliczką, bo przecież Maciej mocno poprawił grę w ciągu ostatniego sezonu. Wiktor jednak stanął na wysokości zadania, a małe niedociągnięcia rekompensowała mu trema przeciwnika. W pierwszej odsłonie Mistrz Ligi mógł czuć się zagrożony, ale w drugim panował niepodzielnie czyszcząc w końcówce stół i kończąc mecz z brejkiem 35 na koncie.
W następnych częściach sobotnich gier odpadali Karol Tyszer [23], z Panem Pawłem Deckertem [54], Waldek Dębski [28] z Tytusem Pawlakiem [53], Jarosław Strugała [30] z Arielem Trębochą [75]. Na wspólny mianownik, który pozwala mi połączyć te trzy pary w jednym zdaniu, złożyło się kilka parametrów: spore różnice punktowe i przeważające doświadczenie snookerowe zwycięzców. Oczywiście o wyniku zadecydował ten drugi aspekt i zauważyć trzeba, że wszyscy trzej triumfatorzy zagrali po profesorsku.
Bodaj najbardziej zaciętym pojedynkiem tego dnia było starcie Mikołaja Stęsika [48] z Tomkiem Sobczakiem [23]. Dość powiedzieć, że mecz zakończył się w dogrywce trzeciego frejma, faulem na czarnej Tomka, ale przecież nie byłbym sobą, gdybym nie podkreślił jak bardzo obaj zawodnicy czuli się zawiedzeni po swoich niecelnych strzałach w czasie tego spotkania. Wycieczki na drugą stronę klubu podczas wizyt przeciwnika przy stole, rozciąganie umęczonych stawów barkowych, komentowanie gry pod nosem, a nawet wyraźne oznaki popadania to raz w stan euforyczny to w depresyjny, aż po rzuty oszczepem… (wróć!) kijem po stole i po ziemi. Przy barze zabawa była nielicha przez cały mecz.
Emocje nie zeszły z Mikołaja najwyraźniej do godziny 19:00, kiedy to rozpoczął się jego kolejny pojedynek. Tym razem oponentem był Tomasz Kasiński [34]. Żebyście nie szukali to z miejsca powiem, że Tomek rozpoczynał z 14 punktami przewagi. Spodziewaliśmy się demolki ze strony Mikołaja, wszak 14 punktów to dla niego tyle co splunąć. Nie pomyliliśmy się, demolka była w pierwszym frejmie. Tyle, że “jesień średniowiecza” Mikołajowi zgotował Kasiński i spokojnie swoją przewagę powiększył i utrzymał do końca gry. W drugim frejmie było już lepiej, Mikołaj odrobił straty i wydawało się, że zacznie okładać starszego pana, aż tu nagle cyk myk i z przewagą 8 punktów po wbiciu różowej mecz zakończył Kasiol.
A skoro już o starszych panach w drugiej rundzie, to płynnie przejdę do kolejnych zawodników z kategorii 50+, którzy to poczynali sobie całkiem dziarsko i trzeba przyznać, że mają jaja i przyszli się na ten turniej zdecydowanie po to, żeby się bić. Jak już wiemy pierwszy pojedynek wygrał Pan Paweł Deckert i stawić czoła miał Arielowi Trębosze. Jeśli mówić o krzywdzie jaką wyrządzić mógł algorytm wyliczający handicap, to w tym wypadku różnica punktowa zaledwie 21 punktów na korzyść Pana Pawła wydawała się być zbyt niską. Cóż z tego? W pierwszym frejmie Arielowi nie żarło, a oponent poszedł na wymianę ciosów i wbijał tyle ile było mu wystawione. Zapachniało sensacją. W drugim frejmie podobnie zapachniało, ale tym razem Trębocha zaskoczyć się nie dał i grę na ostatnich dwóch czerwonych przypilnował narzucając sobie dyscyplinę taktyczną i wyrównał stan meczu. Decider wydawało się toczył się już pod dyktando Ariela, ale nic bardziej mylnego - wynik jest bardzo zwodniczy, bo ostateczną przewagę zbudował dopiero na sekwensie kolorów i wygrał mecz 1:2.
Jeszcze lepiej od Pana Deckerta spisał się Wojtek Ptak 15]. Po uporaniu się z Szymonem Grewlingiem [24] 2:1, toczyć miał walkę z Tytusem Pawlakiem [53]. Nie wiem na czym polega fenomen zeszłorocznego finalisty, ale Tytusa wręcz przyćmił. Mecz przebiegł nadspodziewanie gładko i wydawać by się mogło, że bez przewagi handicapowej Wojtek też mógłby sobie poradzić. Wiem, matematyka jest nieubłagana i gdybyśmy odjęli 38 punktów ze zdobyczy punktowej Wojtka to stan frejmów wynosiłby 1:1, ale przecież różnica poziomów między zawodnikami z tej pary była bardzo wyraźna.
Ten mecz zakończył zmagania sobotnie.

A w niedzielę przybyli zawodnicy zaprzyjaźnionego klubu z Lwówka. Marcin Karłyk [20] na początku zagrał z Dominikiem Tedą [6] i udało mu się wygrać 2:0, chociaż w pierwszej partii po pudle na banalnej czarnej bili inicjatywę nagle przejął Teda, lecz szansy nie wykorzystał. W drugim pojedynku Karłyk zagrał z Przemkiem Ticem [16], który sprawił nie lada niespodziankę odprawiając do domu już w pierwszej rundzie Rafała Zimniaka [50]. Ten pojedynek pokazał, jak niewiele trzeba aby przechylić szanse na swoją korzyść. Tym razem nieuwaga Rafała, który nie podyktował trzeciego chybienia Przemkowi, gdy ten wychodził z trudnego snookera przy 25 punktach na stole ostatecznie pomogła Ticowi zachować przewagę i po pięknych wbiciach niebieskiej i różowej bili zagwarantować sobie dalszą grę w turnieju.
Jednakże w kolejnej rundzie Przemek miał już tylko przewagę 4 punktów nad Marcinem Karłykiem, a to było już zbyt mało na dobrze punktującego (dwa brejki po 21 punktów w pierwszym frejmie) przeciwnika.
W niedzielny poranek nie powiodło się również Jakubowi Wielińskiemu [12], który przegrał z Tomaszem Leśniakiem [31]. To właśnie Tomek był murowanym kandydatem do pierwszej poważnej próby odstrzelenia Krystiana Ćwikły [75]. 44 punkty przewagi w meczu drugiej rundy dawały sporą szansę na to, że obrońca tytułu będzie mógł pakować manatki.
Mecz był zacięty. W obu frejmach bohaterką okazała się bila różowa, która dwukrotnie spłatała figla Leśniakowi. W pierwszym seria bardzo trudnych odstawnych z czarną bilą “w trupie” i doklejoną do niej różową wydawała się faworyzować Leśniaka, który odegrał w pewnym momencie w taki sposób, aby różowa nie dała się przecisnąć obok czarnej bili, natomiast jej ruszenie powodowało faul poprzez dopchnięcie bili za 7 punktów. Pierwszy raz mogliśmy zaobserwować Krystiana Ćwikłę chodzącego dookoła stołu przez parę minut. Przykładał kij, mierzył, spoglądał na bile to z boku to z góry, po czym złożył się i strzelił. Jakim cudem różowa się przecisnęła do kieszeni pewnie wie tylko ona sama, ale wpadła i tak samo jak frejm na konto Krystiana.
W drugim i jak się okazało ostatnim frejmie Leśniak, pomimo dwóch brejków powyżej 20 punktów wbitych przez Ćwikłę, świetnie grał na sekwensie kolorów. Jak wspomniałem zdecydowała różowa, spudłowana tym razem przez Tomka i niesfornie wystawiająca się w banalnej pozycji dla przeciwnika. 2:0 dla Krystiana i mieliśmy to, czego oczekiwali wszyscy na sali - rewanż za zeszłoroczny finał i mecz Ćwikła-Ptak w ćwierćfinale. Ale o tym później.
Do omówienia bowiem pozostał nam mecz Marcina Szofera [5] z Sebastianem Wawrzyniakiem [55]. Do teraz mi się nie chce wierzyć w to co widziałem, ale przecież to miało miejsce i są świadkowie. Otóż, jeszcze przed turniejem debata nad handicapem Marcina Szofera wywoływała wiele emocji. Głównie z powodu takiego, że Marcin na naszej podłodze jeszcze nie miał okazji się sprawdzić, więc nie mieliśmy pojęcia jak go wycenić. Ostatecznie po wywiadzie środowiskowym, lobbowaniu Marcina Karłyka, po wzięciu pod uwagę nikłego doświadczenia, ustaliliśmy wartość 5. Sebastian wiedział więc, że ma do czynienia z przeciwnikiem znacznie słabszym od siebie, ale odrabianie 50 punktów wcale mu tak łatwo nie szło, bo Szofer jak gdyby nigdy nic postanowił udowodnić wszystkim, że wcale nie jest taki słaby i raz po raz z hukiem wbijał kolejne bile. Jak nie trafiał to pomagało szczęście, jak nie szczęście to pech przeciwnika, jak nie pech przeciwnika to duchy… Fakt faktem, Seba w pierwszym frejmie potrzebował sześciu snookerów!!! I zaczął je stawiać. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… Szybko odrabiał straty punktowe, no ale jak to zwykle bywa w bajkach o złym wilku - potknął się o korzeń, wyrżnął zębami w kamień a zajączek poskakał mu po głowie i wbijając wystawioną zieloną, poprawiając brązową, korzystając dalej ze swojego pozytywnego nastawienia przypadkowo podtoczył różową i czarną do band, żeby czasami zły wilk Sebastian snookerów nie miał na czym stawiać. 1:0.
Na 2:0 się nie zanosiło. Odrabiał straty Wawrzyniak i parł jak czołg na kolory wchodząc na minimalnej przewadze. Ale jak to zwykle w bajkach bywa, wilk się potknął o korzeń, wyrżnął łbem w drzewo, a zajączek Marcin zaczął mu wbijać kolejne kulki. Niebieską bilą Szofer zrobił już 14 punktów przewagi, ale zagrał ja tak pechowo, że podczas witania się z gąską ta potrąciła tak białą bilę, że ta ustawiła się za czarną. Wawrzyniak odetchnął z ulgą kiedy przeciwnik sfaulował nie trafiając w bilę różową i chwycił bile odtwarzając sytuację i prosząc przeciwnika o ponowne zagranie. Tylko, że chybienia, być nie mogło…
Marcin Szofer bawił się świetnie jeszcze przez parę godzin. W drugiej rundzie był bardzo bliski wyeliminowania Maciej Szulczewskiego [23], zabrakło zaledwie dwóch, może trzech centymetrów i czarna w trzecim frejmie byłaby jego. A tak, Szulczewski trafił w ćwierćfinale na Ariela Trębochę. Dodam, że w pierwszej rundzie po równie zaciekłym meczu pokonał Macieja Śniegowskiego.

Ćwierćfinały w trzech przypadkach były zacięte jak mało kiedy. Dwukrotnie wygrali zawodnicy z wyższym handicapem, dwukrotnie z niższym. Najłatwiejszy mecz miał Marcin Karłyk [20] z Tomkiem Kasińskim [34], przynajmniej wskazuje na to wynik 2:0 i obie partie wygrane z przewagą powyżej różnicy w handicapie. Reszta tłukła się aż miło było popatrzeć.
Wojtek Ptak z przewagą 60 punktów rozpoczynał potyczkę z Krystianem Ćwikłą. Ten skutecznością nie imponował i szanse Wojtka rosły z minuty na minutę. Rewanż jednak się nie udał i dwukrotnie, raz na bili różowej, raz na czarnej, szalę na swoją korzyść przechylał Krystian.
Maciej Szulczewski [23] zaprezentował się równie imponująco w grze z Arielem Trębochą [75]. Po pierwszym świetnym frejmie Macieja przy stole jednak dominował Ariel i końcówki partii należały do niego i zagwarantowały udział w półfinale.
W meczu Doberschuetza z Jankowiakiem przewaga tego drugiego wynosiła 49 punktów. Miał być to jednostronny mecz, ale Nikodem jak to Nikodem, jest mistrzem gubienia koncentracji i w pierwszym starciu popełnił banalne błędy w samej końcówce. Raz dotaczając różową bilę do czarnej stojącej tuż nad kieszenią zagrał za mocno, aby zaraz potem genialnie wbić tę różową wychodząc po dwóch bandach do bili za siedem punktów dosłownie na wprost. Niestety tylko po to by ją spudłować, a po odstawnej Wiktora posłać białą do kieszeni i przegrać. Pewnie macie wrażenie, że najmłodszy uczestnik turnieju już się nie mógł podnieść po takich wpadkach? Nic bardziej mylnego, przejął inicjatywę w meczu na tyle ile miał sił i utrzymał przewagę ostatecznie przechodząc do półfinału.

Gry o miejsce w finale były jednostronne. Różnice w handicapie pozbawiły nas bonusowego dreszczyka emocji. W meczu Jankowiaka z Karłykiem 1 punkt przewagi miał ten pierwszy, z drugiej strony drabinki spotkało się dwóch najmocniejszych, z najwyższymi możliwymi wartościami przy nazwiskach - 75, czyli Trębocha z Ćwikłą. O dziwo, lepiej oglądało się ten pierwszy pojedynek, bo Arielowi i Krystianowi jakby ktoś odłączył prąd. Summa summarum do finału dotarł Nikodem Jankowiak i Krystian Ćwikła.

A w finale się działo. Rozegrano pięć frejmów, czyli maksymalną ich ilość. Mimo tego, że Ćwikła był obrońcą tytułu sprzed roku to jego strata w każdej odsłonie wynosząca dokładnie 56 punktów wydawała się być zbyt dużą, aby pokonać młodszego kolegę. Nikodem zresztą atakował tak zaciekle jakby naładował swoją snookerową procę pociskami dum dum, Krystian zaś nie założył osłon na swoje armaty.
Pierwszy punkt zdobył Nikodem dowożąc wyraźną przewagę 24 punktów do końca starcia. Drugi padł łupem Ćwikły, ale ten musiał się wysilić i wbić dwa brejki powyżej 30 punktów żeby wygrać. W trzecim frejmie zagrał równie skutecznie, choć tylko raz wpisał się na listę z podejściem 33 punkty. Wyrównanie stanu meczu przyszło Nikodemowi nader łatwo - nie punktował wysoko, ale trzymał bezpieczny dystans przez całego frejma i 34 punkty przewagi zmusiły do poddania partii przez przeciwnika.
Decydująca partia to już koncert Krystiana Ćwikły. Brejki 35 i 27 pozwoliły odrobić błyskawicznie straty, dalsza skuteczna gra nie pozwoliła punktować młodszemu koledze, który zdobył zaledwie 4 punkty. Tak oto obrońca tytułu za rok stanie przed możliwością podbicia ilości zwycięstw z rzędu.

Wynik finału obrazuje chyba najlepiej ideę turniejów handicapowych. Skazany na pożarcie zawodnik w równej walce może przeciwstawić się nawet największym rutyniarzom. Może to wszystko trochę wykrzywia taktykę gry, ale z drugiej strony zmusza do myślenia i prowokuje wyciąganie wniosków. Z trzeciej zaś, w końcu pozwala komuś z top-u zmusić się do pełnej koncentracji przez cały mecz. Najważniejsze jest jednak to, że ostatni turniej rankingowy Summer Time 2017 był naprawdę dobrą zabawą.

DRABINKA
BREJKI