Chyba nie ma dyscypliny bilardowej, w której średnia zabawy i radochy gry na jedną bilę była tak wysoka jak w bilardzie angielskim. Trzy kule a tyle możliwych scenariuszy. Jeszcze jeden istotny aspekt składa się na element gry w bilard angielski, który nie jest spotykany w innych odmianach – celowe umieszczanie bili rozgrywającej po kanonie w kieszeni. Nikt tego nigdy nie trenuje, nikt nie zagrywa w ten sposób z premedytacją. Na sobotnim turnieju wszyscy podczas zawodów rozpoczynali naukę tego zagadnienia z tego samego, zerowego poziomu. Jak to im szło? Raz lepiej, raz gorzej, ale w sumie nie był to czynnik przesądzający o wygranej czy przegranej w meczu. Zwycięstwo zależało od czegoś innego.

 

 

Trzynastu amatorów tej wiekowej, bo ponad dwustuletniej dyscypliny zebrało się w sobotnie południe w klubie 12ft. Zostali oni podzieleni na cztery grupy no i się zaczęło. Grupa A była najbardziej liczna i tu padało też najwięcej skrajnych rozstrzygnięć. Najspokojniejszą drogę miał w niej Marcin Jamroziak, który ze spokojem wygrał trzy spotkania a miarą tego spokoju niech będzie fakt, że zwycięstwo z Dominikiem Hirszem 60:36 było jego wygraną z najmniejszą przewagą punktową w porównaniu do dwóch pozostałych spotkań. A za jego plecami trwała zażarta walka o miejsce drugie w tabeli, a więc i awans do fazy pucharowej. Pomiędzy wspomnianym Hirszem a Krzysztofem Borowczykiem i Maciejem Szulczewskim toczyły się wyrównane mecze. Czynnikiem najbardziej wpływającym na układ w tabeli był jednak walkower oddany przez Szulczewskiego Hirszowi. Zamiast na 13:10, gdy rozpoczynał się jego mecz, pojawił się on o 13:30. To zdarzenie ustawiło Dominika w dobrej pozycji startowej do walki o drugie miejsce, którą wykorzystał, dorzucając do tego zwycięstwo nad Krzysztofem Borowczykiem.

Maciej Śniegowski

Grupa B okazała się być tą najbardziej wyrównaną. Mecze nie wyglądały jak spotkania do jednej bramki, każdy walczył z wiarą w zwycięstwo. Zbliżony poziom zawodników uwidacznia choćby Marcin Karłyk, który zajął ostatnie miejsce w grupie, gdzie przy dwóch porażkach jego bilans małych punktów wynosił zaledwie 9 oczek na minusie.

W grupie C znalazła się jedyna przedstawicielka płci pięknej w turnieju a i przy okazji licencjonowana międzynarodowa sędzia bilarda angielskiego – Wiktoria Jendruszek. Niestety – za doskonałą wiedzą arkanów tej gry nie poszły w parze umiejętności i Wiktoria musiała dwukrotnie oddać pole przeciwnikom. Kwestie pierwszego miejsca w grupie zatem rozstrzygnęli między sobą Remigiusz Wyrzykiewicz i Tytus Pawlak. Spotkanie mogło się podobać zgromadzonej nielicznej grupce kibiców, gdyż do końca meczu spotkanie w jednym podejściu mógł wygrać zarówno jeden, jak i drugi zawodnik.

szul
Maciej Szulczewski

W grupie D wyrósł nam największy kandydat do zwycięstwa w całym turnieju. Ariel Trębocha wygrał oba spotkania grupowe sumaryczną prawie osiemdziesięciopunktową przewagą. Co ciekawe – z drugiego miejsca z jednym zwycięstwem wyszedł do fazy pucharowej Szymon Grewling, który prezentował o wiele gorszy bilans małych punktów (-54) od Filipa Ratajczaka, który nie odniósł ani jednego zwycięstwa (-24).

Najciekawsze spotkania pierwszej rundy fazy pucharowej zakończyły się identycznym wynikiem: 101:71. Słowo „najciekawsze” jest w tym wypadku dość umownym, gdyż przez połowę spotkania zwycięzcy Tytus Pawlak i Marcin Jamroziak spokojnie kontrolowali przebieg meczu i kontrolowali przewagę nad swoimi przeciwnikami – odpowiednio Maciejem Śniegowskim i Szymonem Grewlingiem.

Na swój sposób ciekawym spotkaniem było również starcie Remigiusza Wyrzykiewicza z Wiktorem Doberschuetzem. Wiktor, mimo że odnosi w klubie największe sukcesy grając przy dwunastostopowym stole w snookera, w innej odmianie już nie czuje się tak wyśmienicie. Mimo, że rok temu dotarł do półfinału, w tym roku z grupy wyszedł z drugiego miejsca a udział w turnieju zakończył już po pierwszym meczu fazy pucharowej. Niebagatelny wpływ na pewno miała na to dobra dyspozycja Remigiusza Wyrzykiewicza, który od razu na początku meczu wbił brejka 30, następnie poprawiając go podejściem na 18 oczek. To ustawiło spotkanie i skutecznie zniechęcio Doberschuetza w pościgu.

Również na swój sposób, całkiem inny, ciekawym starciem był mecz Ariela Trębochy z Dominikiem Hirszem. Wynik spotkania z jednej strony był kolejnym dowodem na to, że warszawiak jest faworytem do zwycięstwa w turnieju, z drugiej był dowodem na to, jak może wyglądać mecz, gdy kogoś zjedzą nerwy i stres meczowy, o czym przekonał się lwówczanin. Zwycięstwo Trębochy 101:10 było wygraną największą różnicą punktową w całym turnieju.

W starciu z Arielem Trębochą nie miał szans Tytus Pawlak. W gruncie rzeczy jeśli nie ma się odpowiedzi na dwa brejki po 38 punktów i kolejny 23 w meczu do 100, to nie ma w ogóle o czym mówić. Tytus wstrzelić się w porządnego brejka nie mógł, przez co stanowił tylko tło dla fajerwerkowo grającego Ariela. 100:35. To musiało się tak skończyć.

Drugi półfinał był jednym z bardziej emocjonujących meczów turnieju. Marcin Jamroziak z Remigiuszem Wyrzykiewiczem prowadzili wyrównany bój. Prowadził to raz jeden raz drugi zawodnik, ale żaden z nich nie uciekł dalej niż na przewagę około dziesięciopunktową. Decydował ostatni krok na ostatniej prostej. Wyrzykiewicz uzbierał 97 ale to Jamroziak pierwszy dobił do granicy 100 punktów.

Finał turnieju nie różnił się zbytnio od poprzednich występów Ariela Trębochy. Początkowo można było odnieść wrażenie, że Marcin Jamroziak nadąża za rywalem, tracąc do niego kilka lub kilkanaście punktów. Kiedy obaj przekroczyli granicę 50 punktów, Trębocha wrzucił najwyższy bieg i z łatwością odjechał przeciwnikowi. Dwa brejki w dwóch kolejnych podejściach załatwiły sprawę. Jedno podejście na 24 punkty, drugie na 27 i kilka minut później Trębocha odbierał puchar za zwycięstwo w turnieju. Gratulacje!

Zawody w bilarda angielskiego mają w 12ft całkiem sporą, jak na warunki polskie, rzeszę fanów. Przebąkiwuje się wśród nich nawet o potrzebie stworzenia klubowych rozgrywek ligowych. Co ciekawe – spoglądając na przepisy bilarda, na styl rozgrywek na najwyższym poziomie, a potem porównując z tym co oglądamy na klubowych, czy nawet polskich zawodach w bilard angielski nietrudno zauważyć, że parają się tym sportem zawodnicy, grający na co dzień w snookera czy pool bilard, a więc w dyscypliny, które polegają przede wszystkim na wbijaniu bil. Przewagę w meczach w poznańskich zawodach budowano głównie hazardami. Czyli przede wszystkim wbicia, wbicia i jeszcze raz wbicia. U żadnego zawodnika nie zaobserwowano nawet namiastki tego, co jest solą bilarda angielskiego, a jednocześnie gwoździem do trumny w wydaniu światowym – czyli seryjnie wykonywanych kanonów. Gdy pojawi się zawodnik z umiejętnościami używania kanonów jak Walter Lindrum poniżej, odjedzie całej rzeszy zawodników w Polsce „bawiącej się” w bilard angielski.