9billNiedzielne popołudnie było niecodziennym dniem turniejowym w klubie 12ft. Dla jednych było to wyzwanie, jeśli weźmiemy pod uwagę ich udział w odbywającym się dzień wcześniej Memoriale Billa Werbeniuka, nazywanym najbardziej wymagającym turniejem snookerowym w sezonie. Dla innych ważniejsze były zawody Quay Rokietnica Open, dające możliwość zmierzenia się z wysokiej klasy profesjonalnymi bilardzistami. Na linii startowej pokazało się jednak piętnastu śmiałków, którzy albo nie angażowali się mocno w Memoriał dnia poprzedniego oraz ci, którzy stwierdzili, że z różnych powodów nie mogli lub nie chcieli zagrać w rokietnickich zawodach. Zaczęliśmy punkt 14:00.

W zawodach pojawiło się sporo klubowiczów, którzy unikali dotychczas letnich turniejów w 12ft. Aż ośmiu z nich nie było jeszcze notowanych w bilardowym rankingu SummerTime. System rozgrywek nikogo zapewne nie zaskoczył: cztery grupy, z każdej wychodzą dwie osoby do gier pucharowych. Zmagania rozpoczęto w grupach B, C i D – grupa A wystartowała później jako najmniej liczebna.

dysu
Krzysztof Dys

Teoretycznie najtrudniejsza „na papierze” była grupa D. Poniekąd potwierdza to ilość partii z kija, gdzie zawodnicy tej grupy na pierwszym etapie turnieju wbili najwięcej. Znaleźli się w niej medaliści Ligi Pool Bilarda 12ft, w tym zwycięzca ostatniej edycji – Łukasz Bartkowiak. Towarzystwo dopełnił swego czasu etatowy pierwszoligowiec Krzysztof Dys. Otwierający mecz, w którym Barkowiak wygrał z Jamroziakiem 6:3 ustalił wstępny porządek kto tu się będzie musiał bić o wyjście z grupy a kto będzie musiał o nie walczyć do upadłego. Kluczowym meczem było spotkanie Piotra Ptaszyńskiego z Marcinem Jamroziakiem, które wygrał ten pierwszy stosunkiem 6:1. To był mecz o to, kto z tej dwójki awansuje do fazy pucharowej. Zajmujący ostatnie miejsce Krzysztof Dys, przegrał swoje wszystkie trzy mecze, wszystkie po wyrównanej walce. W każdym spotkaniu wygrał minimum 4 partie.

Jak już idziemy od końca – w grupie C mieliśmy za to wyrównaną sytuację po skończonych grach grupowych. Po dwa zwycięstwa zanotowali Tytus Pawlak, Grzegorz Tomczak oraz Mariusz Kukułka. Końcową kolejność pomógł ustalić dopiero bilans partii, który najmniej korzystny był dla Kukułki. Wraz z Bolesławem Krzeszkiewiczem opuścili zatem klub wcześniej niż pozostali koledzy z grupy C.

W grupie B również mieliśmy emocje do samego końca. To jedyna grupa, w której ostatni zawodnik jednak wygrał mecz. Jeśli dodamy do tego fakt, że pierwszy nie wygrał wszystkich spotkań, to da nam obraz jak bardzo spłaszczona pod względem punktów była ta grupa. A jeśli dodamy do tego, że ostateczny lider przegrał z zawodnikiem z ostatniego miejsca to już w ogóle stwierdzimy, że niewiele rozumiemy z tej kolejności końcowej grupy B. Krzysztof Borowczyk z miejsca pierwszego i Maciej Szulczewski z drugiego kontynuowali przygodę w fazie pucharowej. Jedyna przedstawicielka płci pięknej – Kinga Pietrzak, pośpiesznie odpadła z zawodów. A Szymon Grewling miejsce czwarte powetował sobie zwycięstwem nad liderem oraz wbiciem jednej partii z kija.

Grupa A – mimo że trzyosobowa, niosła ze sobą najwięcej pytań. Znaleźli się w niej Damian Roszyk i Krzysztof Wieloch – stali klubowi sparingpartnerzy. Nie mierzyli się jednak w oficjalnych zawodach w 12ft, więc trudno było ich umieścić gdziekolwiek w wirtualnej hierarchii umiejętności zawodników grających przy ulicy Za Bramką. Nie ułatwił też tego fakt, że w grupie wylądowali z Remigiuszem Wyrzykiewiczem – uznanym poznańskim bilardzistą, zwycięzcą ostatniego turnieju w 12ft w odmianę 14/1. Trochę też był to pechowy zbieg okoliczności, że Roszyk i Wieloch w swoim pierwszym oficjalnym turnieju nie dość, że wylądowali w najmniej licznej grupie, to w dodatku od razu grali ze sobą. Stało się tak jednak za sprawą sztywnego systemu rozstawiania w zawodach, gdzie w tym przypadku zawodnicy trafiali do grup na zasadzie kolejności rankingu SummerTime a potem ci w nim niesklasyfikowani według kolejności zgłoszeń. Same rozgrywki nie były zbyt zaskakujące. Wyrzykiewicz porozstawiał kolegów po kątach, tracąc w dwóch meczach jedną partię. Natomiast Wieloch z Roszykiem prali się do ostatniej partii, którą ostatecznie zwyciężył Wieloch, przez co kosztem sparingpartnera awansował do fazy pucharowej.

borowczyk
Krzysztof Borowczyk

A w niej – sypnęło nieoczekiwanymi wynikami. Chyba największą sensacją turnieju jest wyeliminowanie multimedalisty Ligi Pool Bilarda 12ft Tytusa Pawlaka przez Macieja Szulczewskiego. „Laczek” Tytusa na niewiele się zdał w tym spotkaniu – przerżnął je 5:7. Z kolei najbardziej zażartym spotkaniem ćwierćfinałowym było starcie Krzysztofa Borowczyka i Grzegorza Tomczaka. Im dalej w las tym bardziej było widać nerwy u zawodników. Obaj bowiem grali o największy sukces w turniejowych zmaganiach w karierze jaką miał być półfinał (proszę wyprowadzić mnie z błędu jeśli już kiedyś dotarli gdzieś do tej fazy). Wisienką na torcie oczywiście była ostatnie, trzynasta, decydująca partia. W niej nieco więcej szczęścia miał nowicjusz Tomczak, a rozczarowanie na twarzy Borowczyka było jeszcze długo widoczne.

Droga Remigiusza Wyrzykiewicza do finału była dość przewrotna. Zaczęło się topornie, ale z upływem czasu było coraz bardziej łatwo. Ćwierćfinał z Piotrem Ptaszyńskim zaczął się z problemami, gdyż Piotr wyszedł na prowadzenie 3:0. Pewnie dopiero wtedy Remik stwierdził, że musi wrzucić wyższy bieg i z kolejnych ośmiu partii wygrał siedem. Półfinał to był dla Wyrzykiewicza spacerek. Poniekąd dlatego, że w tym meczu zdarzyły mu się dwie partie z kija (jedyny taki mecz w turnieju, gdzie jeden zawodnik wbił dwa „laczki”). Poniekąd również dlatego, że grał z Maciejem Szulczewskim, który nieco osiadł już na laurach po trudnym zwycięstwie nad Pawlakiem. Wynik 7:1 to najbardziej jednostronny rezultat w fazie pucharowej.

Droga Łukasza Bartkowiaka do finału była odwrotnie trudna do drogi Wyrzykiewicza. Pierwsze spotkanie dość łatwo przeszedł pokonując Krzysztofa Wielocha 7:2, aplikując mu przy okazji jedną partię z kija. Półfinał zapowiadał się na kolejny spacerek, zwłaszcza, że Bartkowiak prowadził już z Grzegorzem Tomczakiem 6:1. Bardzo nerwowo się zrobiło po kolejnych czterech partiach, gdy na (wirtualnej) tablicy wyników pojawił się rezultat 6:5. W takich momentach zdarzyć może się już wszystko, zwłaszcza w odmianie 9bil. Łut szczęścia Tomczaka wyczerpał się jednak po tej partii i kolejną już zgarnął Bartkowiak.

Finał to starcie bezdyskusyjnie dwóch najlepszych zawodników zawodów.  Łukasz Bartkowiak i Remigiusz Wyrzykiewicz jako jedyni nie byli pokonani w grupach oraz obaj już przed finałem widnieli na szczycie listy partii z kija. Spotkanie zaczęło się po myśli Wyrzykiewicza. Pewnym krokiem, jak we wcześniejszym turnieju bilardowym w 12ft w odmianę 14/1, Remigiusz szedł po zwycięstwo jak po swoje. Gdy dobrnęliśmy do wyniku 6:3, widownia przy barze zagęściła rozmowy i traciła zainteresowanie meczem, gdyż wydawał się on rozstrzygnięty. Nic bardziej mylnego! Kontrofensywa Łukasza okazała się na tyle skuteczna, że doprowadził on do remisu i konieczności rozegrania ostatniej decydującej partii. Emocje w zenicie, nerwy urywające się z wodzy. W tych warunkach poradził sobie lepiej Wyrzykiewicz, choć Bartkowiak może mieć do siebie pretensje, gdyż miał możliwość wbicia bili numer 9, jednak jej nie trafił.

To były naprawdę ciekawe zawody. Dużo zaciętych spotkań, spora garść niecodziennych rezultatów. Do klasyfikacji bilardowej Cyklu SummerTime trafiło trochę nowych nazwisk, więc walka o utrzymanie się w pierwszej szesnastce rankingu, uprawniająca do gry w Finale SummerTime,  zapowiada się na zażartą. We wrześniu będziemy mieć jeszcze jedną okazję do zdobycia punktów do klasyfikacji – 9.09 zagramy w popularną na wyspach brytyjskich odmianę English Pool, nazywaną w Polsce Black Ballem. Krótki konspekt na temat przepisów tej wersji bilarda wkrótce opublikujemy.