Jeśli o mnie chodzi, to w sumie nie ma co gadać. Po prostu Krzyśkowi Górniakowi trzeba dać szlaban na Speed Snookera i już. Przyznajmy mu maxa punktów o ile zapłaci wpisowe i bawmy się bez niego, bo znów nam popsuł wszystko.

GRUPY

DRABINKA



To trzecia odsłona turnieju demonów prędkości. Ot, weź i powbijaj. Tyle, że na Górniaka na Górniaka do tej pory nikt nie znalazł patentu. Policzyłem - od 2013 roku, kiedy to pierwszy raz przyszło nam rozegrać taką formułę zawodów, Krzysztof wygrał 43 z 44 rozegranych potyczek. Jedną jedyną, w 2014 roku wyrwał mu półfinale nasz rodzimy Szuba-Jabłoński. Honor uratowany!!!

Nie będę się więc zajmować tym chłystkiem, tym pospolitym wbijaczem, który w gościach panoszy się jakby u siebie grał. Zajmę się resztą towarzystwa liczącego sobie, oprócz osoby trzykrotnego i jedynego jaśnie nam panującego Mistrza, aż dwunastu zawodników. Podzieleni na cztery nierówne grupy za zadanie mieli jak najszybciej wbić wszystkie czerwone bile, rozpoczynając od rozbicia prawilnie ustawionego trójkąta i białej w polu D. Oczywiście, sygnałem startowym był umówiony znak sygnał - z reguły “3, 2, 1, start!”.

W zaciętej grupie A, wszyscy trzej zawodnicy wykazali się determinacją i zaangażowaniem i w pocie czoła odnieśli po jednym zwycięstwie. Najgorzej wyszedł jednak na tym Tomek Sobczak, który przez niekorzystny bilans partii z turniejem się pożegnał puszczając do fazy pucharowej Szulczewskiego i Ratajczaka. W grupie B z kolei brylował Sebastian Wawrzyniak i, zgodnie z przypuszczeniami, tuż za nim uplasował się Spider Bystrzyński. Spokojnie piwko od tej pory mógł sączyć Kuba Wieliński. Los Kuby podzielił Maciej Stęsik, któremu ani brat Mikołaj, ani Wampir Jamroziak nie pozwolili wygrać nawet jednej potyczki. Niespodziewanie krwiopijca wypadł lepiej od starszego Stęsika i to on wyszedł z pierwszego miejsca. W ostatniej grupie aż czterech snookerzystów ciułało punkciki, a najlepszym okazał się ten, którego nazwiska już wymieniać nie będę, a drugim był Karol Tyszer. Odpadli zatem wielki wynalazca Trurl wraz z Mateuszem Piechowiakiem.

Pechowcem w fazie pucharowej okazał się Maciej Szulczewski. Nie muszę mówić na kogo trafił, prawda? Pozostałe mecze za to były zacięte i zgromadzona publiczność zgodnie twierdziła, że to były najbardziej widowiskowe pojedynki tego turnieju. Niespodzianki dwie - Jamroziak uległ Bystrzyńskiemu oraz Wawrzyniak przegrał ze Stęsikiem Mikołajem. Trzeci mecz nie zakończył się niespodziewanym wynikiem, bo naprzeciw siebie stanęli równi sobie zawodnicy, ale zgodnie z reporterskim obowiązkiem donoszę, że Filip Ratajczak pokonał 3:1 Karola Tyszera.
W półfinale pecha miał Stęsik, a nie miał Bystrzyński.
W finale pecha miał Bystrzyński.

Gratulujemy Krzysiu, za rok grasz kijem od miotły ;)