spajderTeoria to jedno a rzeczywistość to drugie. Drugie weryfikuje pierwsze czasem boleśnie, lub – jak w przypadku naszego nowatorskiego turnieju – czasem zabawnie. Ustalone przepisy sprawdziły się w swoich założeniach, lecz powstało kilka sytuacji, których zawodnicy układający swoją strategię nie przewidzieli. Dodało to kolejnego smaczku do i tak interesującej odmiany jaką jest Spider Snooker. Rozwój sytuacji na stołach połączony był ze stałą nauką tej gry i korygowaniem założeń taktycznych przez zawodników. Obecność dwóch białych implikowała wiele nowych sytuacji, z których najciekawsza, którą jedną chcieli napotkać a inni się jej obawiali, niestety się nie wydarzyła. Dogrywka. Z dwoma białymi.

 

Spider Snooker był ostatnim turniejem Cyklu SummerTime, do którego mógł się zapisać każdy chętny. Chętnych jednak nie było za wiele. Zawody te wraz z lipcowym Bilardem Angielskim cieszyły się najniższą frekwencją tego lata wśród gier rozgrywanych na dwunastostopowych stołach. Na liście startowej ostatecznie znalazło się 12 nazwisk. Co ciekawe – z pierwszej dziesiątki rankingu SummerTime zapisał się jedynie Tomasz Bystrzyński. Poniekąd zapewne spowodowane było to faktem, że jest to ostatni turniej Cyklu i dodatkowe kilka rankingowych punktów niewiele (o ile w ogóle) wpłynęłoby na zmianę pozycji snookerzystów z czuba tabeli.

Zawodnicy zostali podzieleni na cztery grupy i w sobotnie południe uruchomiono pierwszą białą, z czterech obecnych na obu stołach. Początkowe gry były dość jednostronne. Pierwsze pięć gier przyniosło pięć wyników 2:0. Dopiero jak przy stole zaczął pojawiać się Maciej Szulczewski pojedynki nabrały zaciętości. Jego pojedynki z Tomaszami były trzyfrejmowe oraz kończyły się ze zmiennym szczęściem. Z Kasińskim 2:1 do przodu a z Bystrzyńskim 1:2 w plecy. To były kluczowe mecze decydujące o kolejności w grupie A.

W grupie B natomiast zaskoczył wszystkich dobrą dyspozycją Karol Tyszer. Ani Dzbanuszek ani Ptak nie mogli dotrzymać mu kroku, choć nawet sam Karol próbował sobie przeszkadzać. Było tak choćby na ostatniej czarnej w którymś frejmie, gdzie jedna biała była ustawiona na wprost do wbicia bili czarnej do narożnika, jednak Karol chyba stwierdził że jest to za proste, więc drugą białą, którą wbijał różową zaparkował między czarną a kieszenią uniemożliwiając wbicie czarnej. I tak tego frejma też wygrał.

W grupie C z wyścigu o awans wypisał się sam na własne życzenie Maciej Śniegowski. Przerżnął wszystko co było do przerżnięcia, gdzie jeszcze w trakcie tych meczów widać było, że Maciej nie jest w najlepszej kondycji psychicznej i że dziś jest dzień, kiedy nie udźwignie ciężaru presji meczów. Leśniak ze Smorawskim zatem w niedzielne południe ekspresowo rozstrzygnęli, który z nich wychodzi z miejsca pierwszego z grupy do fazy pucharowej.

Grupa D była najbardziej zacięta. Każdy z zawodników zanotował po jednym zwycięstwie a o awansie zadecydowały takie niuanse jak bilans frejmów. Mało brakowało, by również ten był remisowy, o czym wiedzieli doskonale uczestnicy ostatniego meczu w tej grupie – Jarosław Strugała i Marcin Jamroziak. Zatem solidarnie postarali się zadbać o kolejny czynnik decydujący o awansie i obaj wpisali się na listę brejków. Sytuacja jednak była już w miarę wyjaśniona, gdy wystąpił remis 1:1 – wiadomo już było wtedy, że to bilans frejmów zadecyduje o awansie a nie najwyższe brejki.

Tak jak jednostronne pojedynki cechowały fazę grupową, tak zacięte mecze cechowały fazę pucharową. Z siedmiu pojedynkach tylko w jednym nie rozegrano decidera. Ćwierćfinały rozpoczęły się meczem późniejszego finalisty – Tomasza Bystrzyńskiego z rewelacją turnieju, czyli z Krzysztofem Błaszczakiem. Jego rewelacyjne występy skończyły się właśnie na tym etapie. W meczu z modusem BO3 zgadnijcie jaki był wynik? No właśnie. Tak samo skończyło się spotkanie, które można określić mianem drugoligowego klasyka. W pojedynku Marcinów Dzbanuszek okazał się lepszy od Smorawskiego. Głogowianie Tomasz Leśniak i Jarosław Strugała rozgrywali swoje mecze praktycznie cały czas równolegle na stołach obok. Działo się tak w fazie grupowej jak i pucharowej. Gdyby wygrali swoje mecze w ćwierćfinale, obaj w końcu by się spotkali na jednym stole w tym samym czasie. Tak się jednak nie stało i tak jak grali razem, tak solidarnie odpadli razem.

W półfinale mieliśmy jedyny raz wynik, w którym jeden z zawodników nie wygrał ani jednego frejma. Karol Tyszer nie pozwolił na to Maciejowi Szulczewskiemu. W drugim półfinale wiadomo jaki był wynik. Dla Bystrzyńskiego.

Gdy rozpoczęto finał w klubie zaczęła krążyć anegdotka, że Tomasz Bystrzyński wymyślił tę odmianę snookera pod siebie, żeby w końcu jakiś turniej wygrać. Przebieg ostatniego meczu zawodów na to wskazywał. W pojedynku do trzech wygranych frejmów w finale Spider Snookera „Spider” wygrywał już 2:0. No ale ostatnie słowo należało do Tyszera. Tak jak zaskakiwał skutecznością przez całe zawody, tak finale przypomniał sobie jak to się robi, dzięki czemu mieliśmy emocje do końca. Kolejne dwie partie wyrwał Bystrzyńskiemu i przy stanie 2:2 rozpoczęli decydujące starcie, czym na nowo wzbudzili zainteresowanie skromnej publiczności w klubie. Karol Tyszer się nie zatrzymał. Wszedł w cug wygrywania i Bystrzyński niewiele mógł na to poradzić. W fajerwerkowym stylu odrobił straty i wygrał prawie przegrany mecz. Należy dodać, że dla obu zawodników dotarcie do finału było największym sukcesem dla nich w turniejach rozgrywanych w 12ft. Żadnemu z nich nie zdarzyło się dotychczas tak daleko zabrnąć w zawodach. Gratulacje!

Na horyzoncie widać już koniec letnich rozgrywek SummerTime. Przed nami jeszcze turniej finałowy tych zmagań przeznaczony dla najlepszej szesnastki klasyfikacji. Wkrótce zaczniemy zbierać potwierdzenia od zawodników udziału w tych najtrudniejszych zawodach.