porsW minionych dniach wielu snookerzystów w Polsce mogło się poczuć jak biegacze z całego świata, biorący udział w biegach Wings Of Life. Tak jak te charytatywne biegi rokrocznie odbywają się symultanicznie w wielu miastach naszego globu, tak zeszłego weekendu mieliśmy podobną formułę w wydaniu snookerowym, ograniczonym geograficznie do obszaru Polski. W dziewięciu klubach dziewięciu miast rozegrano w tym samym czasie dziewięć turniejów snookerowych zaliczanych do jednej klasyfikacji – Polskiego Otwartego Rankingu Snookera. Również poznańskie 12ft było areną zmagań, w wyniku których 21 osób zainkasowało punkty rankingowe do ogólnopolskiej listy. Na marginesie należy podkreślić, że taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy od ponad pięciu lat. Na początku stycznia roku 2014 ostatni raz rozgrywano u nas turniej PORS. Co robiliście 5 lat temu? Widzieliście wówczas w ogóle co to snooker? ;)

Regulamin PORS jest dość sztywny (jaki w sumie powinien być regulamin) i narzuca szereg zasad przy organizacji zawodów. Pokłosiem tego był obowiązek rozegrania etapu gier grupowych, przez co zawody rozpoczęły historycznie wcześnie – bo już od czwartkowego popołudnia. W klubie pojawili się przedstawiciele innych miast, z czego najliczniejsza była grupa ze Szczecina i „okolic”. Wkrótce miało okazać się, że ścisk meczów był tylko na papierze, gdyż wspomniana grupa ta została uszczuplona przez dwóch zawodników, co skutkowało siedmioma meczami oddanymi walkowerami.

Cztery grupy i w sumie 45 gier fazy grupowej. W rzeczywistości rozegrano 38. Czwartek i piątek upłynęły pod znakiem zmagań klubowych zawodników. Ci z dala mieli zacząć od soboty. Dość szybko zaczęło się od niespodzianki. Piotr Słodzinka bez większych problemów pokonał świeżo upieczonego Mistrza Ligi Snookera 12ft – Tytusa Pawlaka. A żeby było ciekawiej następnie uległ przeciwko trzecioligowcowi – Tomaszowi Sobczakowi. Kolejna przegrana Piotra z Marcinem Smorawskim rysowała arcyciekawy obraz tego co może się wydarzyć w najliczniejszej grupie nr 4. Swój bezpardonowy pochód tego dnia zaczął Tomasz Bystrzyński. Zlał wszystkich w grupie 1. bez straty frejma a serię egzekucji rozpoczął od pokonania 2:0 Marcina Blachowskiego

W piątek do gry włączył się zaskakująco dobrze prezentujący się Szymon Grewling. Nie da się ukryć, że kształt terminarza mógł pomóc mu w zbudowaniu tego wyniku. Najtrudniejszego, przynajmniej w teorii przeciwnika, czyli Tomasza Leśniaka, miał dopiero w sobotę. Do tego czasu udało mu się pokonać braci Błaszczaków oraz Jarosława Chełminiaka. Przed meczem z najtrudniejszym rywalem miał już zatem zapewniony awans z grupy 2. Teoretyczny brak presji nie zadziałał jednak pozytywnie na Szymona, który nie udźwignął ciężaru spotkania. Po walce, ale jednak przegrał 1:2 w sobotnim pojedynku z Leśniakiem, który zrzucił go z pozycji lidera.

Grupa 3 w decydującą fazę rozgrywek wkroczyła dopiero w sobotę, gdy do turnieju dołączyli dwaj szczecinianie – Bartłomiej Urbanowicz i Paweł Flantowicz. Choć zaczęło się od porażki Urbanowicza z Pawłem Deckertem, dość szybko okazało się, że stanowią w tej grupie najpoważniejszą siłę. Flantowicz bez mrugnięcia okiem pokonywał kolejno przeciwników. Właściwie to jednak raz mrugnął i przegał przez to jedynego swojego frejma na etapie gier grupowych z Deckertem. W tej grupie mieliśmy najbardziej zaciętą sytuację. Flantowicz zajął na koniec rozgrywek pierwsze miejsce w grupie a kolejni trzej zawodnicy, czyli Paweł Deckert, Bartłomiej Urbanowicz i Marcin Dzbanuszek mieli tyle samo zwycięstw i porażek. W tym momencie jedna rzecz zadziałała a inna nie zadziałała. Po raz pierwszy i nie ostatni w tych zawodach zadziałały owiane tajemnicą przepisy IBSF, na które powołuje się Regulamin PORS, choć nigdzie nie zostały spisane. To pozwoliło ustalić ostateczną kolejność w grupie, która premiowała awansem Urbanowicza. Nie zadział natomiast system na stronie snooker.pl, który póki co jest na tyle sztywnie zautomatyzowany, że by prawidłowego zawodnika „przepchnąć” na miejsce drugie, jeden wynik trzeba było sztucznie zmienić (Deckert wygrał z Urbanowiczem w rzeczywistości 2:0 a nie, jak widnieje na stronie 2:1). Wszystkie te niedociągnięcia należy jednak traktować prawdopodobnie jako „choroby wieku dziecięcego” rodzących się w tym sezonie w nowej formie rozgrywek PORS i zapewne w przyszłości będzie to się odbywać bardziej płynnie.

Faza pucharowa to crème de la crème zawodów. Dość powiedzieć, że wśród 21 zawodników zgłoszonych do turnieju upatrywać można było kilku kandydatów do wygrania zawodów. I wszyscy oni dostali się do drabinki. Przyjemnie oglądało się zmagania w meczach rozgrywanych modusem BO5 (do trzech wygranych). Walkę można było dostrzec w każdym spotkaniu. Tylko jedno z nich zakończyło się wynikiem 3:0. W ćwierćfinale Tytus Pawlak odreagował thrillera z Mariuszem Kukułką z ostatniej gry fazy grupowej, którą wygrał na ostatniej czarnej 2:1. Dość powiedzieć, że stawką tamtego meczu dla obu zawodników był awans do fazy pucharowej. Może dlatego w pierwszym meczu kolejnego etapu turnieju Tytus przeszedł do frontalnego ataku, by nie męczyć się w kolejnym deciderze.

Od emocji kipiały pojedynki Tomasza Bystrzyńskiego z Szymonem Grewlingiem i Michała Bułatowicza z Tomaszem Leśniakiem. Pojawiały się niecenzuralne słowa, nader ekspresyjne reakcje, dyskusyjne podejście w kwestii poszanowania sprzętu sportowego i w ogóle jakoś cały snookerowy savoir vivre uległ chwilowemu zapomnieniu. W obu pojedynkach zawodnicy otrzymali ostrzeżenia za swoje zachowania. Jak się potem okazało, ostrzeżeń nie otrzymywali zawodnicy, którzy cały mecz wygrali. Grewling bo zaciętym boju uległ 1:3 Bystrzyńskiemu a Bułatowicz tym samym wynikiem przegrał z Tomaszem Leśniakiem.

Najbardziej zaciętym spotkaniem ćwierćfinałów to spotkanie Pawła Flantowicza z Marcinem Smorawskim. Pięć frejmów w jednym spotkaniu, które mogliśmy oglądać po raz pierwszy w turnieju nie było ostatnim tego typu występem Smorawskiego. Wygrał 3:2 i w ten sposób po pierwszej rundzie cała delegacja z zachodniopomorskiego mogła ruszać w drogę powrotną.

Marcin Smorawski stwierdził zapewne, że takie spotkania są wyczerpujące, dlatego też w półfinale szybciej uwinął się z Tomaszem Leśniakiem oddając mu tylko jednego frejma. Za to w drugim meczu półfinałowym mieliśmy spotkanie z tych cięższych gatunkowo. Poziom skupienia u zawodników powodował tak gęstą atmosferę, że można było ją kroić nożem. To właśnie w tym spotkaniu padł najwyższy brejk zawodów. Tytus Pawlak w pewnym momencie ukuł 34 oczka. Pawlak wychodził na prowadzenie a to 1:0 a to 2:1, jednak Tomasz Bystrzyński gonił go zawsze skutecznie. Decydujący ostatni frejm był jednak wyjątkiem od tej reguły. Pawlak tym razem nie „uciekła spod topora” i to popularny „Spider” zameldował się w finale.

Nad prawidłowym przebiegiem ostatniego spotkaniem zawodów czuwał, udzielający się przez cały turniej, arbiter Mateusz Rusin. Wydawać by się mogło, że tylko on i Marcin Smorawski zameldowali się w finale, gdyż początkowy przebieg spotkania wskazywał, że Tomasz Bystrzyński po prostu na ten mecz nie dojechał. Marcin z dziecinną łatwością wygrał pierwszego frejma. W drugim przeciwnik narobił mu trochę kłopotów, ale również miał go pod kontrolą i zwyciężył ponownie. Bystrzyński, którego moce witalne zostały wyssane w wyczerpującym meczu półfinałowym, wrócił do pojedynku dopiero w trzecim frejmie. Sytuacja zaczęła być coraz bardziej zacięta, gdyż obie kolejne partie powędrowały na jego konto. No i ostatni remis w tym turnieju – 2:2. Zresztą – powinno to być do przewidzenia, gdyż jeśli w jakimś meczu tych zawodów padał wynik 3:2 to zawsze w nich maczał palce albo Smorawski, albo Bystrzyński. Ostatnia partia no i stało się. Wygrał ją zawodnik rozstawiony w drabince dopiero z numerem piątym. To dowód na to jak wyrównany i zbliżony poziom prezentowali snookerzyści przez całe zawody. Zwycięzcą został Marcin Smorawski. Gratulacje!

 

smorbystod lewej: Marcin Smorawski i Tomasz Bystrzyński

 

To na tyle, jeśli chodzi o przerywnik między edycjami Ligi Snookera. Kolejna, edycja wiosenna, zaczyna się już w najbliższy weekend a zapisy trwają do wtorku. 12ft zaprasza!