omw2019Święty Graal lig zawodowych kontynentu Ameryki Północnej. Wydarzenie, które gwarantuje na dziesięciolecia zawodnikom miejsce w historii sportu widzianej oczami „hamburgeiros”. Dziadkowie opowiadają wnuczkom, że byli naocznymi świadkami tych zdarzeń i nawet alzheimer nie przeszkadza im w ubarwianiu tych historii. Bilety z imprez trzymane są w depozytach bankowych a ich wartość na rynku jako souvenirów z wiekopomnych wydarzeń osiąga niebotyczne ceny. To także miejsce w kulturze popularnej, do której odnoszą się wszyscy w danej dziedzinie powiedzeniami w stylu: nigdy nie będziesz dobry jak Michael Jordan i jego Byki z lat ’90. Albo nigdy nie dorównacie Christiano Ronaldo i jego Galacticos z lat ’10 tego wieku. Albo nigdy nie będziesz dobry jak Paweł Rogoza w OMW z lat 2016-18. Bo wszyscy oni to osiągnęli - three-peat, czyli zdobycie trzech tytułów mistrzowskich w ciągu trzech lat z rzędu.

Po zamknięciu listy startowej średnio interesujący się fani snookera krajowego od razu byli w stanie wskazać faworytów imprezy. Zwłaszcza, że pojawił się na niej świeżo upieczony wicemistrz Europy w odmianie snookera na sześciu bilach czerwonych. Liczba osób zgłaszających akces do Otwartych Mistrzostw Wielkopolski była całkiem spora, jednak nie tak liczna jak zdarzało się w latach poprzednich. Gościliśmy zawodników ze Szczecina, Wrocławia, Torunia,  Warszawy  Bobrowników, czy Głogowa. Przedstawiciele Poznania najdalej dotarli do półfinału za sprawą Nikodema Jankowiaka.

Turniej Otwartych Mistrzostw Wielkopolski jest turniejem trzydniowym. Piątkowe gry delikatnie ujmując nie należą do ulubionej części zawodów i niektórzy snookerzyści wolą obliczać zeznania podatkowe, czy obejrzeć M jak Moździerz w telewizorni. Zrodziło się nawet powiedzenie, że jeśli odpadłeś w piątek i nie zagrałeś w sobotę, to nie zagrałeś w turnieju. Tego roku tylko dwóch zawodników odpadło tak wcześnie, gdyż jedynie dwa spotkania przewidziane były na piątkowy wieczór. Debiutujący nastolatek w rozgrywkach klubowych – Maksymilian Lenkajtis musiał uznać wyższość starszego i jedynie nieco bardziej doświadczonego kolegi – Kamila Przybylskiego. W drugim spotkaniu zażarcie walczył do ostatniej bili czarnej w trzecim frejmie Maciej Śniegowski. Niestety – musiał uznać wyższość młodzieżowego reprezentanta Polski w pool bilardzie, Nikodema Jankowiaka.

Lista życzeń dyspozycyjności zawodników, kiedy kto może a nie może grać rokrocznie jest coraz większa. W tym roku już zdecydowana większość uczestników miała obwarowania terminowe. Udało się je spełnić, jednak efektem tego było późne rozpoczęcie gier sobotnich, które z kolei potem trwały do późnych godzin wieczornych. Zaczęło się tradycyjnie od potyczek miejscowych śmiałków a z biegiem czasu do rywalizacji dołączali snookerzyści przyjezdni.  Tego dnia rozpoczęli swój pochód trwający cztery mecze tacy zawodnicy jak torunianin Lech Dąbrowski, Białorusin Alex Kantsiaruk, czy poznaniacy Robert Jachimowski i Nikodem Jankowiak. Ten ostatni serię przeciągnął nawet do pięciu spotkań, odpadając w półfinale. Szczególne uznanie należy się Dąbrowskiemu, który startował od pierwszej, niepełnej rundy zawodów, będąc rozstawionym z najniższym numerem. Tego dnia najlepiej zaprezentował się Kantsiaruk, który dzień sobotni zakończył na pierwszym miejscu na liście brejków, plasując się tam z podejściem na 39 punktów.

Pechowo w turniej weszła delegacja z Głogowa. Zarówno Jarosław Strugała jak i Tomasz Leśniak nie rozsmakowali się w grach turniejowych. Solidarnie jako zespół zaliczyli bilans partii 0:4 i pożegnali się z zawodami. Leśniak nie sprostał wspomnianemu już Kanstiarukowi. Z kolei Strugała przegrał z dawno nie widzianym w zawodach Aleksandrem Kowalskim, który w sumie też za długo nie zagrzał miejsca, bo po następnym meczu już go nie było – przegrał 1:2 z Krzysztofem Błaszczakiem.

Późnym wieczorem doczekaliśmy się chyba największych niespodzianek sobotnich gier. Dwóch zawodników rozstawionych w pierwszej ósemce od razu pożegnało się z turniejem. Rozstawiony z numerem piątym Mikołaj Stęsik (aktualny numer 10 w PORS) po zaciętym boju uległ 1:2 Robertowi Jachimowskiemu. Rozstawiony z czwórką Tomasz Bystrzyński (aktualny numer 2 w PORS) przegrał gładko 0:2 z Nikodemem Jankowiakiem.

W niedzielę rozgrywki zaczęły się wcześniej, bo już od 9:00. Tempo pojedynków było przeróżne, niemniej jednak o opóźnieniach nie mogło być mowy, gdyż tego dnia padł jedyny walkower w zawodach. Na linię startową nie dojechał kaliszanin Waldemar Matuszkiewicz. W pierwszej rundzie tego dnia Nikodem Jankowiak w ekspresowym tempie odprawił Roberta Jachimowskiego. Wynik 2:0 został wyprodukowany w czterdzieści minut, czego efektem Nikodem zameldował się w półfinale. Na przeciwnym biegunie czasowym znaleźli się grający w 1/8 Tomasz Kasiński oraz Tytus Pawlak. Ostatecznie spotkanie wygrał 2:1 Tytus, jednak okupił to niemalże 2h30min wyrwanymi z życia.

To w niedziele zazwyczaj rozwiązuje się worek z brejkami. Nie inaczej było podczas OMW2019. W ćwierćfinale padł nawyższy brejk zawodów. Paweł Rogoza w drugim frejmie z Tytusem Pawlakeim wbił w jednym podejściu 87 punktów. Ciekawie czy by on padł, gdyby wyrównanego do ostatnich bil frejma nr 1 wygrał Pawlak?

Pozostałe dwa ćwierćfinały nie przyniosły zbyt wielu emocji i tu również zanotowano wyniki 2:0. Krzysztof Górniak odesłał do domu wrocławianina Mateusza Piechowiaka a Ariel Trębocha brutalnie obszedł się z Alexem Kantsiarukiem.

Półfinały to już inna rozmowa. W pierwszym spotkały się turniejowa dwójka z szóstką. Z przyjemnością patrzyło się na przepychanki Trębochy z Górniakiem, jednak o większej zaciętości nie mogło być mowy. Zawodnik znajdujący się w najwyższej krajowej klasie rozgrywkowej, czyli TOP16 nie znajduje się tam nigdy przypadkowo. Bobrowiczanin po zwycięstwie 2:0 zameldował się w finale.

Paweł Rogoza
Paweł Rogoza

Drugi półfinał był raczej z tych niespodziewanych. Turniejowa jedynka zmierzyła się z zawodnikiem rozstawionym z nr 29, czyli Paweł Rogoza z Nikodemem Jankowiakiem. Pierwszy wygrany frejm przez Nikodema zaostrzył apetyt widzów wietrzących meganiespodziankę. Gdy po drugim wyrównanym frejmie mieliśmy remis 1:1 organizatorzy żałowali, że nie podnieśli modusu rozgrywek w półfinałach z BO3 na BO5. Decydująca odsłona pojedynku jednak została wzięta przez o wiele bardziej doświadczonego zawodnika. 2:1 zwyciężył Rogoza.

Finał to spotkanie z tych, które najbardziej lubimy w ostatnim meczu OMW. Maksymalna ilość frejmów zagranych na niezłym tempie. Może brejków wygrywających zabrakło, ale jak to mówi klasyk „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Doświadczony w finałach wszelakich Paweł Rogoza zabrał się jako pierwszy do roboty. Przejął kontrole nad frejmem, poprawił wynik brejkiem 43 i przeciwnik mógł jedynie potraktować tę partię jako przedłużenie rozgrzewki. Drugi frejm to pierwsza taka sytuacja w finałach OMW. Dogrywka! Wyrównane zmagania nie przyniosły zwycięzcy. Obaj panowie dobili do stanu 40:40. Żelazne nerwy pokazał Trębocha wbijając ostatnią czarną. Partia trzecia przebiegała w dość podobnym stylu do drugiej. Wyrównane odsłona, którą na ostatnich bilach wygrywa  warszawiak  bobrowniczanin. Od tego momentu Paweł wrzucił najwyższy bieg i zaczął odjeżdżać przeciwnikowi. Czwarty frejm to zdecydowane poczynania szczecinianina, poprawione brejkiem 27, co dało wygraną ponad czterdziestoma punktami. Dotychczas spotkanie przebiegało według klucza: jeśli frejma wygrywa Trębocha, to po walce do ostatnich bil. Jeśli frejma wygrywa Rogoza, to w cuglach. Piąta decydująca partia była zdecydowanie zatem w stylu Rogozy. Paweł wbijał swoje a Ariel zupełnie zblokowany ukulał jedynie 3 (słownie: TRZY) punkty. 3:2 w godzinę i 35 minut. Puchar trzeci raz z rzędu jedzie do Szczecina… znaczy do Wrocławia… znaczy ta gdzie Paweł Rogoza obecnie rezyduje. Gratulacje!

 

 

  Paweł Rogoza : Ariel Trębocha stan meczu
Frejm 1 (43) 69 : 19 1:0
Frejm 2 40 (D) 47 1:1
Frejm 3 40 : 49 1:2
Frejm 4 (27) 53 : 10 2:2
Frejm 5 55 : 3 3:2

 

 

 

DRABINKA

LISTA BREJKÓW

TRANSMISJA Z FINAŁU