Jak to w ogóle będzie? W głowach zawodników kotłowało się właśnie to pytanie, mając jednocześnie na plecach dreszczyk emocji z powodu wkraczania po raz pierwszy w nieznane. Terra incognita tego lata to sinuca brasileira - odmiana snookera, której jeszcze okazji nie mieliśmy poznać w klubie 12ft. Aż do ostatniego weekendu. Pierwsze zawody snookera brazylijskiego przyniosły dużo wrażeń i całkiem nowych doświadczeń. Kogo nie było - niech żałuje!


Kompletnie nowa taktyka - bez jej opanowania nie było szans na wygranie frejma. Za co polubiliśmy sinucę? Chyba najbardziej za element, którego nie ma w żadnej innej odmianie snookera: za hazard. To tak jakby z grania w pokera na zapałki przesiąść się na grę na pieniądze. Zazwyczaj zawodnik przy ocenie trudności zagrania bierze pod uwagę swoje umiejętności oraz szanse na wbicie bili. Gdy te szanse są małe - odstawia się, gdy duże - wbija. Niemniej jednak w snookerze konsekwencją niewbicia to jedynie odejście od stołu. W snookerze brazylijskim niewbicie bili bonusowej to faul. Za siedem. Zawsze.

Szesnastu ciekawskich rozpoczęło zmagania będąc podzielonymi na cztery grupy. Dwufrejmowe pojedynki przebiegały w bardzo różnym tempie. Średnio jednak zawody toczyły się szybciej niż terminarz przewidywał, stąd w sobotę, na prośbę zainteresowanych udało się wepchnąć dwa pojedynki, planowo rozpisane na niedzielę. To był chyba jedyny turniej, kiedy tyle ograniczenia technologiczne kilka razy komplikowały i spowalniały przebieg gier. Okazało się, że elektroniczne tablice wyników mają zaprogramowaną blokadę i nie da się na nich zapisać wyniku powyżej 199 punktów.

Mecze toczyły się według przewidywanego scenariusza - zawodnicy chętnie ryzykowali wbijanie dużych brejków, bardzo często płacąc faulem za próbę wbicia bili spoza kolejności sekwensu. Wyniki punktowe były zatem nieskończenie śrubowane a chyba najbardziej przesadzili Mikołaj Stęsik z Marcinem Jamroziakiem, którzy w swoim drugim frejmie wbili sumarycznie niemal 600 (słownie: SZEŚĆSET) punktów.

Turniej rozpoczął się meczem Karol Tyszer - Maciej Śniegowski. Pomijając fakt, że spotkanie wygrał ten drugi, to zawodnicy bardziej byli zaskoczeni mnogością swoich brejków. W dwóch frejmach Śniegu wbił 36, 35, 30 a Karol odgryzł mu się dwoma dwudziestkami. I pod takim symbolem większość pojedynków sobotniego dnia przebiegała.

Karol był autorem pierwszej niespodzianki turnieju. Remisowo zakończył zmagania z Marcinem Jamroziakiem, czym zdobył przyczółek do wyjścia z grupy. By tego celu dopiąć, potrzebował wygrać mecz z Mikołajem Stęsikiem. Tu niestety poległ na całej linii i oddał obie partie przeciwnikowi. Udanie przez sito gier grupowych przeszli natomiast dwaj inni zawodnicy, na których obecność w fazie pucharowej nie liczono. Znakomicie poradził sobie Andrzej Jachniewicz, który urwał punkt Tomaszowi Bystrzyńskiemu i Wojtkowi Ptakowi a awans tak naprawdę zapewnił sobie zwycięstwem z Tomkiem Sobczakiem. Dodać należy, że Andrzej osiągnął to wszystko nie notując w turnieju ani jednego notowanego brejka. Drugim awansującym z grupy do drabinki był Szymon Grewling. Dokonał tej sztuki, mimo odniesienia poważnej porażki w grupie z, jak się później okazało, zwycięzcą całego turnieju - Krzysztofem Górniakiem. Los chciał, że ta dwójka spotkała się od razu w pierwszym meczu fazy pucharowej. Tutaj dzięki uważnej grze i chłodnym do bólu kalkulowaniu lepszym okazał się Jachniewicz i to on awansował do półfinału. To już był jednak za wysoki próg dla Andrzeja - jego przygodę z zawodami zakończył Wiktor Doberschuetz.

Wiktor był najgłośniejszym bohaterem gier sobotnich. Sinuca Brasileira należy do jednej z nielicznych odmian, gdzie nie ma ograniczonej liczby punktów do zdobycia w jednym frejmie, stąd najwyższy brejk w teorii jest nieskończony. Gdyby ktoś miał strzelać, kto w 12ft wbije większego brejka niż standardowy maks - padały by zapewne wielkie nazwiska międzynarodowe i znaczące nazwiska krajowe. Wiktor Doberschuetz jest właścicielem nazwiska pochodzącego zza Polski, jednak pewnie mało kto na niego w tej kwestii stawiał. W sobotnie popołudnie Wiktor złamał barierę normalności i wbił brejka 174 punkty, konstruując go z kolei już klasyczniej, czyli głównie przez wielokrotne wbijanie czarnej.

Rękawica rzucona przez Wiktora została podjęta w niedzielę przez Krzysztofa Górniaka. W pierwszym spotkaniu, w którym pokonał Szymona Grewlinga, poprawił wynik Wiktora o cztery oczka. Krzysztofa takie pobicie brejka nie zadowoliło, więc w półfinale ostatecznie zawiesił poprzeczkę na poziomie 236 punktów. Występy Krzysztofa podczas minionej niedzieli poziomem odstawały od każdego przeciwnika. Górniak od razu wczuł się w nową odmianę snookera i przez cały turniej nie stracił ani jednego frejma. Ukoronowaniem tej postawy był finał rozegrany z Wiktorem Doberschuetzem. Był to mecz odstający formą, przebiegiem i rozstrzygnięciami od wszystkich wcześniejszych spotkań Sinuca Brasileira. W finale spotkali się zawodnicy, którzy wiedzieli, że umieją wbijać duże brejki i wiedzieli to samo o przeciwniku. Stąd scenariusz frejmów był zgoła odmienny - Krzysztof starał się w miarę szybko wyczyścić stół z bil, by w momencie pomyłki Wiktor nie miał na czym zdobywać punktów i go gonić. Był w tym śmiertelnie skuteczny, przez co Wiktor w całym finale nie zdobił ani jednego punktu. Z drugiej strony Krzysztof też nie skupiał się wyłącznie na wbijaniu najniższych bil, czego skutkiem były dwa brejki w wielkości 62 i 52 pkt. Ten scenariusz spowodował skompresowanie finału do granic możliwości. Krzysztof Górniak zwyciężył w finale 3:0 w około dziesięć minut. 

Otwarcie cyklu SummerTime za nami. Pierwsze punkty wpadły zawodnikom do klasyfikacji snookerowej. A już w najbliższy weekend największy turniej snookerowy w Poznaniu - Otwarte Mistrzostwa Wielkopolski