Pod znakiem pościgów minął ostatni weekend w 12ft. Może nie były to pościgi rodem z serii filmów "Szybcy i wściekli", choć wściekłość na pewno ogarniała niektórych, zazwyczaj przez swoją nieporadność. W Handicap Poznań Open mieliśmy inne pościgi - punktowe. Partii, w których zawodnik na samym początku musiał gonić przeciwnika z czterdziesto a nawet pięćdziesięciopunktową przewagą mieliśmy od groma. Czasem wyglądało to jak bezradna pogoń Kojota za Strusiem Pędziwiatrem a czasem jak pogoń hordy myśliwskich ogarów za skazanym na porażkę cherlawym lisem.

 

Ale zacznijmy od początku. W 12ft odbył się pierwszy snookerowy turniej handicapowy. Uregulujmy wiedzę, gdyż przyda się ona nam na przyszłość, a wśród zawodników krążyło wiele błędnych opinii jak niektóre zagadnienia należy rozumieć. Handicap, w przeciwieństwie do tego co niektórzy myśleli, nie jest liczbą punktów, z którą zaczynamy frejma. Jest to liczba punktów, którą oddajemy przeciwnikowi. Im większy handicap, tym nasze umiejętności oceniane są wyżej. Wartość tegoż handicapu nie była brana z kapelusza. Handicap w wyniku wyliczeń zawierać się mógł między wartością zerową a liczbą 70. Była wyliczana w mocno określony sposób. Miało na niego wpływ:

 

40%
najwyższe miejsce w historii w Lidze Snookera 12ft
+ 20%
najwyższe miejsce w PORS
(jeśli było ono powyżej 200 miejsca)
+ 40%
najwyższy wbity brejk w rozgrywkach
(jeśli wynosił więcej niż 70, to był liczony jak 70, mimo że mógł nawet wynosić 147)

 

 

Jeśli dany zawodnik nie zajął nigdy miejsca w PORS wyższego niż 200. to na wartość handicapu czynniki miały wpływ w następujących proporcjach:

 

60%
najwyższe miejsce w historii w Lidze Snookera 12ft
+ 40%
najwyższy wbity brejk w rozgrywkach
(jeśli wynosił więcej niż 70, to był liczony jak 70, mimo że mógł nawet wynosić 147)

 

 

Jeśli natomiast dany zawodnik nie zagrał w Lidze Snookera 12ft, to na handicap proporcjonalnie oddziaływało:

 

60%
najwyższe miejsce w PORS
(jeśli było ono powyżej 200 miejsca)
+ 40%
najwyższy wbity brejk w rozgrywkach
(jeśli wynosił więcej niż 70, to był liczony jak 70, mimo że mógł nawet wynosić 147)

 

Handicap był również obniżany z różnych względów. Po jego wyliczeniu, jego wartość była zmniejszana zawodnikowi:

- o 10%, gdy najwyższe miejsce w Lidze Snookera 12ft było w drugiej lidze, lub gdy w PORSie nigdy nie dostał się powyżej miejsca 50.

- o 20%, gdy najwyższe miejsce w Lidze Snookera 12ft było w trzeciej lidze, lub gdy w PORSie nigdy nie dostał się powyżej miejsca 100.

- o 30%, gdy najwyższe miejsce w Lidze Snookera 12ft było w czwartej lidze, lub gdy w PORSie nigdy nie dostał się powyżej miejsca 150.

Jeśli nie występował w żadnych rozgrywkach, to handicap był ustalany ręcznie w oparciu o wywiad środowiskowy, tak jak to nastąpiło w przypadku Krystiana Ćwikły [60], który był zawodnikiem z najwyższym handicapem w całym turnieju.

Z tak rozpisanym teoretycznie na papierze turniejem przystąpiliśmy do zawodów. Idea była taka, by jak najwięcej meczów było zaciętych do ostatniej bili i w dużej mierze nam się to udało się. Szesnastu zawodników zostało rozdzielonych według rankingu Cyklu SummerTime między cztery grupy. Spowodowało to, że niektóre grupy (A i C) miały zawodników z różnicą handicapu sięgającą 40 a nawet 50 punktów. Z kolei w grupach B i D rozstrzał ten był o wiele mniejszy i sięgał max 20 oczek. Emocji najwięcej dostarczały mecze z horrendalną stratą do odrobienia.

Najlepszy w tej profesji był Krystian Ćwikła [60], który najpierw wygrał emocjonujący pojedynek z Andrzejem Jachniewiczem [8] po bili różowej w trzecim frejmie, by w kolejnym meczu z kolosalną stratą pokonać Wojtka Ptaka [14]. Ale o tym meczu później, gdyż to był już finał. Z odrabianiem strat nieźle radził sobie również Piotr Słodzinka [51]. Wygrał spotkanie bez straty frejma z Danielem Kozą [14], mimo że przegrywał z nim na początku każdej partii 0:37. Odrobienie 0:42 z Szymonem Grewlingiem [9] już mu się nie udało. Tutaj Piotr przegrał już 0:2, choć ostatniego frejma dopiero na ostatniej czarnej. Przyzwoite wyniki z tej kategorii notował również Sebastian Wawrzyniak [54], jednak udało mu się tylko wygrać jednego frejma z trzech rozegranych z Jachniewiczem [8]. Najgorzej w odrabianiu strat radził sobie Marcin Jamroziak [56]. Zebrał cięgi zarówno od Kozy [14] i Grewlinga [9], tylko z tym drugim nawiązując kontaktową walkę w jednej partii. Skończyło się sromotnym 0:4 w tym dumeczu.

W grupie A najlepszym okazał się Krystian Ćwikła [60]. Co prawda stracił dwa frejmy, jednak nie zakłóciło to jego pełnego kompletu trzech wygranych. Za jego plecami rozgrywały się dantejskie sceny - trzech zawodników odniosło po jednym zwycięstwie. Impas ten rozstrzygnął warunek najwyższego brejka - a tym mógł się pochwalić jedynie Jarosław Chełminiak [29]. To on dzięki dwudziestce awansował do fazy pucharowej.

W grupie B mieliśmy towarzystwo bardziej wyrównane. Bezkonkurencyjnym okazał się zawodnik z najmniejszym handicapem w tym gronie - Tomasz Bystrzyński [26]. W trzech spotkaniach oddał jedynie jednego frejma - Piotrowi Gaździe [46], który to tylko z jedną porażką zajął miejsce drugie w grupie.

Grupa C to już wspomniany Piotr Słodzinka [51], który wyrwał zwycięstwo Danielowi Kozie [14] a do tego dołożył wygraną z Jamroziakiem [56] 2:1. Wśród tego grona zawodników trzech snookerzystów odniosło solidarnie po dwa zwycięstwa. Brejk 29 dał Piotrowi awans z pierwszego miejsca a losy Kozy [14] i Grewlinga [9] rozstrzygnął ostatni warunek ustalania koleności - losowanie. Tu ślepe szczęscie staneło po stronie Szymona Grewlinga [9].

W grupie D mieliśmy scenariusz podobny do tej z B. Również zawodnik z jednym z niższych handicapów zajął pierwsze miejsce a na drugiej pozycji uplasował się gracz z handicapem najwyższym. Za plecami Wojtka Ptaka [14] i Jarka Strugały [30] znalazł się Kazimierz Czernecki [12], który prawdopodobnie zająłby wyższe miejsce, gdyby tego dnia zapomniał zabrać telefon służbowy z domu...

Faza pucharowa zgromadziła ósemkę graczy o przeróżnym poziomie gry a więc i przeróżnym handicapie. Rozpoczęło się od starcia Krystiania Ćwikły [60] z Piotrem Gazdą [46]. Zmierzenie się z przeciwnikiem o najwyższym handicapie w turnieju wyraźnie onieśmieliło Piotra, gdyż wbił tylko jedną bilę. Na ratowanie koncentracji i wyniku nie starczyło miejsca - Krystian pewnie wygrał też drugą partię.

Najbardziej zacięty mecz ćwierćfinałów odbył się między zawodnikami o najbardziej na tym etapie zbliżonymi handicapami. Najpierw o włos wygrał Jarek Chełminiak [29], by za chwilę przekonać się o srogiej zemście Tomka Bystrzyńskiego [26]. Trzeci frejm oscylował w okolicach remisu a na ostatniej prostej lepszym okazał się Chełminiak [29].

Zacięte spotkanie również toczyło się między Piotrem Słodzinką [51] a Jarkiem Strugałą [30]. Tu jednak różnica punktowa na początku każdego frejma wynosiło 21 oczek na korzyść tego drugiego. Jarek [30] umiejętnie pielęgnował tę przewagę, czego ostatnia, trzecia decydująca partia była najmniej zacięta. Głogowianin wygrał ją 50 punktami.

W półfinałach mieliśmy już tylko przedstawicieli grup A i D. W pierwszym z nich Jarek Strugała [30] nie umiał dotrzymać kroku Krystianowi Ćwikle [60], mimo 30-punktowej przewagi na starcie frejma. Uznany poolbilardzista nie miał litości i w obu frejmach wbił w sumie 160 punktów. Co ciekawe to jednak drugi półfinał był bardziej jednostronnym widowiskiem. Wojtek Ptak [14] rozprawił się ekspresowo z Jarkiem Chełminiakiem [29], pozwalając mu zdobyć w obu partiach odpowiednio 19 i 17 oczek.

W ten sposób ustaliliśmy skład finału z zawodników różniących się w handicapie o 46 punktów.

Różnica ta, jakkolwiek wydawać by się mogła duża okazała się gwarantem emocji. Co ciekawe - to wcale nie Krystian Ćwikła [60] do tego momentu turnieju miał najmniej przegranych frejmów. To właśnie Wojciech Ptak [14] miał do finału przegraną tylko jedną partię - partię, którą rozegrał jako pierwszą w całych zawodach - w meczu (wygranym) z Jarkiem Strugałą [30]. Już pierwszy frejm pokazał, że Ptak poważnie myśli o podtrzymaniu tej passy i o wygraniu całego turnieju. Wbijał na tyle skutecznie na ile potrafił, ale co było bardziej zauważalne - doskonale wychodził ze snookerów. Ostatnia różowa spadła do kieszeni i Wojtek objął prowadzenie w finale. Drugi frejm nie przyniósł specjalnie zmiany obrazu gry. Już wszyscy oswajali się z małą sensacją, kiedy Ptak miał objąć prowadzenia 2:0, gdyż przeciwnik na bili niebieskiej potrzebował snookera, by odrobić brakującą liczbę punktów potrzebną mu do zwycięstwa. Ćwikła jednak nie złożył broni i sztuka ta mu się udała. Wyszarpał przeciwnikowi tego frejma z gardła i doprowadził do remisu. Trzecia partia była również zacięta. Walka do samego końca była po stronie obu zawodników. Na finiszu znów okazał się lepszy o kilka oczek Krystian. Czwarta akt finału to była partia najmniej zacięta ze wszystkich. Wojtek już wyraźniej odstawał od przeciwnika - do przewagi wynikającej z handicapu dodał jedynie 17 punktów. To zdecydowanie za mało, by na tym etapie zawodów zagrozić przeciwnikowi. 3:1 dla Ćwikły.

Tym sposobem pierwszy w historii Handicap Poznań Open wygrywa Krystian Ćwikła [60] - zawodnik z największym handicapem wśród wszystkich zawodników w turnieju. Gratulacje!

Ten mecz jak i kilka innych obnażył pewien fakt rywalizacji snookerowej. Zawodnicy z niskim handicapem, mimo prowadzenia we frejmie i utrzymywanej przewadze nie radzili sobie z presją i wbijaniem kluczowych, stykowych bil, dających zwycięstwo w końcówce frejma. Presja, z którą radzą sobie lepiej zawodnicy wbijający częściej i pewniej nie jest rzeczą, którą można zostać w sposób sprawiedliwy i proporcjonalny zniwelować poprzez wskaźnik handicapu. Tutaj zmiana musi zajść w głowach snookerzystów.

Inną sprawą jest dyspozycja strzelecka. Wiadomo, że potrafi ona być różna w różne dni, a nawet w różnych meczach tego samego dnia. Normalnie, mimo że idzie nam gorzej wbijanie, nadal są szanse na wygranie meczu, bo przeciwnik może być w podobnej formie. Normalnie. W tym turnieju normalnie nie było. W tym turnieju zawodnicy lepsi na papierze (czyli z wysokim współczynnikiem), jeśli trafiła im się akurat w dniu turnieju gorsza dyspozycja - nie mieli czego w nim szukać. To zazwyczaj oznaczało nieudolną próbę nadrobienia strat wynikających z różnicy handicapów, więc po prostu odpadali. W tym turnieju bez wbijania nie dało się prześlizgnąć przez mecz, jak to czasami ma miejsce w standardowych rozgrywkach.

A teraz coś dla snookerowych geeków: swoistą ciekawostką jest analiza wyników zawodów. Gdy spojrzymy na wszystkie mecze turnieju, których było 31, osiemnastokrotnie zwyciężali zawodnicy z wyższym handicapem. Oznacza to, że tylko w 13 meczach zawodnicy, którzy startowali z przewagą punktową, tej przewagi nie oddali do końca frejma. Jeśli zauważymy, że zawodnik z najwyższym handicapem wygrał cały turniej, to zdamy sobie sprawę, że ta przewaga 18 do 13 w tych meczach jest właśnie spowodowana dobrymi występami Krystiana Ćwikły - nie uwzględniając jego wyników handicap na tyle wyrównywał szanse, że rzeczywiście statystycznie każdy mógł wygrać z każdym. Fakt ten jeszcze lepiej widać jeśli spojrzymy na pojedyncze frejmy. Tutaj 42 partie wygrali zawodnicy z handicapem wyższym a 36 snookerzyści z handicapem niższym. Blisko remisu.

A co by było, gdyby ten turniej rozegrany był bez handicapów? No właśnie. Z proporcji wygranych frejmów 42 do 36, mielibyśmy 54 partie wygrane przez zawodników, którym przypisano handicap wyższy do 24 wygranych przez tych, którzy mieli handicap niższy . Największą niespodzianką jest to, że w grupie B nic by się nie zmieniło. Ani jeden frejm nie zmieniłby zwycięzcy. Faza pucharowa również byłaby praktycznie bez żadnych zmian - tylko mecz finałowy zamiast wynikiem 3:1 zakończyłby się rezultatem 4:0. Najwięcej zmian wyników mielibyśmy w grupie C - połowa meczów miałaby innego zwycięzcę. W sumie na 31 gier w całym turnieju, bez handicapu inny zwycięzca byłby ...tylko w 5 spotkaniach. Niby to mała różnica, ale jednak na tyle duża, że zdołała porządnie zmącić i uatrakcyjnić skostniały porządek i zwyczajową kolejność wśród snookerzystów grających w klubie 12ft. Wystarczy spojrzeć na skład podium.

 

graph