Od 2010 roku czas letni wypełniamy szeregiem turniejów przypominając zarówno o historycznych już jak i nowatorskich odmianach snookera, które powstały niejako w poszukiwaniu świeżych form rozgrywki. I tak od szlachetnych wersji SnookerPlus czy sinuca brasileira , przez dynamiczny Shootout czy nieobecny w tym roku 6RED, aż po odmiany drużynowe i pierwszy w Poznaniu handicapowy turniej równych szans. Co roku zgodnie z Waszymi oczekiwaniami wprowadzamy coś nowego, co pomaga nam utrzymywać atrakcyjność letniego cyklu, a zarazem próbujemy zarazić Was własną ciekawością i pasją. Niemniej, jak zwykle, zabawa zabawą a zwycięzca Summer Time może być tylko jeden i w tym roku został nim kolejny raz zawodnik nietuzinkowy, którego ze sporą dozą sympatii i satysfakcji, będziemy wymieniać jako jednego z wielkich zwycięzców OMW oraz turnieju finałowego.


Mowa oczywiście o warszawskim snookerzyście Kacprze Filipiaku i jego imponującym bilansie 8 wygranych pojedynków bez straty frejma. Dopełniając tę skromną statystykę dodam, że Kacper rozegrał 23 partie w ciągu dwóch turniejów, wbijając 15 brejków powyżej 50 punktów, w tym dwie setki plus trzy brejki wygrywające. Zagrozili mu zepsuciem statystyk jedynie Paweł Rogoza i Wiktor Doberschuetz, lecz za każdym razem ostatecznie szala została przechylona na stronę Filipiaka.
Dzięki tak dobrej grze historia turniejów w naszym klubie zyskała dwa kolejne w archiwach, gdzie pochwalić się możemy brejkami stu punktowymi. Nie udało się pobić genialnego czyszczenia z zeszłego roku autorstwa Patryka Masłowskiego (122 punkty), lecz w grze tegorocznego Mistrza widać było, że garstka kibiców z zaciekawieniem obserwująca jego grę za każdym razem nie była mu obojętną i starał się zaspokoić nasze wilcze apetyty na wysokie podejścia punktowe.

Turniej finałowy tegorocznego Summer Time pod względem podejścia do gry nie był odmiennym, to już zdążyłem zdradzić. Kacper Filipiak przyjechał, co oczywiste, ten turniej nie tyle wygrać, co pokazać się z jak najlepszej strony po raz kolejny. Z początku dość niemrawo wgryzając się w specyfikę poznańskiego klubu z przejeżdżającymi samochodami tuż za oknem, bez większego wysiłku poradził sobie z Krzysiem Górniakiem, czyli jednym z etatowych zwycięzców turniejów letnich w naszym klubie. Rozbrat z treningiem i zawodami rankingowymi przez ostatnie 2 lata dobrze nie mogły dobrze podziałać na naszego pupila z Gostynia Starego vel Wrocławia i mimo dwóch brejków 20+ Górniak odpadł z turnieju po godzinnym pojedynku i bez choćby partii na koncie. Drugim w kolejności w drabince Kacpra był Sebastian Wawrzyniak, czyli jeden z solidniej grających zawodników poznańskich. Tu, mimo ataku na maxa Sebastiana, zakończonego na pierwszej czerwonej bili, oraz dobrze rozpoczętego drugiego frejma i objęcia dwudziesto-punktowego prowadzenia, więcej kłód pod nogi nie zostało rzuconych Filipakowi. Dalej, swoich sił mógł spróbować Tytus Pawlak, ale również pełnił rolę asystenta.
I tak, w końcu, przyszła pora na Wiktora Doberschuetza…
Jego ścieżka do finału turnieju wyglądała równie imponująco co w przypadku jego rywala. Najpierw 3:0 ograł Wojtka Ptaka, potem w tym samym bilansie świeżo upieczonego PORS-owca, czyli Mikołaja Stęsika, a na koniec, wyrównując pojedynek z Otwartych Mistrzostw Wielkopolski, odprawił Karola Szuba-Jabłońskiego - co ważne, również gładko i bez straty partii. Przy okazji Wiks zaakcentował swoje pobyty przy stole brejkami 44, 38, 32, 30 i paroma dwudziestkami, czyli zagrał tak, jak się o nim zwykło myśleć bez niedosytu.
Finał dla publiczności był rarytasem. Padł piękny brejk, równiusieńkie 100 punktów, była pogoń Wiktora we frejmie drugim i choć nieudana, to i tak emocji było wiele, szczególnie przy trudnej decyzji jak wychodzić z niebieskiej na różową. Była też piękna pani sędzia Sara Kwiecińska… Czego chcieć więcej? Może tylko tego, aby grali best of 7 tylko best of 35 jak w finale Mistrzostw Świata. W każdym razie, Kacper Filipiak znalazł w Wiktorze najgodniejszego przeciwnika tego turnieju, a choć wynik brzmiał 4:0 to nasz zawodnik wstydzić nie miał się czego.

Turniej, oprócz finalistów, miał oczywiście swoich cichych bohaterów. Pierwszym z nich był Tomasz Bystrzyński, który na ostatniej bili przerwał pogoń Piotra Słodzinki i ostatecznie zwyciężył w pierwszej rundzie 3:2. Później co prawda przegrał z Tytusem Pawlakiem, ale i ten musiał się napocić, aby Tomka ostatecznie ograć w czwartej partii.
Bardzo dobrze zagrał również Szymon Grewling, który dopiero od paru miesięcy trenuje snookera. Po pierwszych szlifach turniejowych zdobytych tego lata może czuć lekki niedosyt z po przegranej z Sebastianem Wawrzyniakiem, bo jak w pomeczowych relacjach można było usłyszeć mógł wygrywać w pojedynku 2:1 a ostatecznie przegrał 1:3.
Jak zwykle solidnie zagrał Pan Paweł Deckert, chociaż mecze z Tomkiem Kasińskim nie należą do najłatwiejszych. Wygrał 3:2 po najdłuższym pojedynku tego turnieju. Poza tym mieliśmy okazję oglądać bratobójczy pojedynek, gdzie młodzieńczą fantazję Macieja powstrzymał Mikołaj Stęsik.

Tak oto zakończyliśmy siódmy cykl Summer Time w snookerze. Do tej pory jedynie Bartek Zacniewski (Szczecinek) ustrzelił dublet zwyciężając w 2011 roku zarówno w Otwartych Mistrzostwach Wielkopolski jak i w turnieju finałowym. Bliski był Patryk Masłowski w zeszłym roku, ale przegrał w finale z Pawłem Rogozą 3:4. W tym roku Kacper Filipiak powtórzył wyczyn Zacniewskiego i dokonał tego w sposób niebywale widowiskowy, z klasą godną mistrzów. Myślę, że dokonał jeszcze jednej rzeczy, z której nie do końca zdaje sobie sprawę, a która, mam nadzieję, wesprze go w potyczkach na arenie międzynarodowej - zyskał naszą sympatię. Od tej pory kilkadziesiąt kciuków więcej będzie zaciśniętych przy każdym jego ważnym meczu.
Dziękujemy wszystkim za udział i grę, zapraszamy do Ligi Snookera i Ligi Pool Bilardu - zapisy już otwarte. Do zobaczenia przy zielonych lotniskach już w weekend 8-9 października!!!