Trzeci weekend. Trzecia kolejka. Prolog za nami. Jak ktoś coś zawalił to do końca edycji już nie ma pola na kolejne wpadki. Jak komuś idzie koncertowo, to połowa sukcesu zimowych rozgrywek już za nim. Czas na pierwsze oceny i pierwsze prognozy. Nikt się nie ociąga, mało zawodników wyskoczyło przed szereg z ilością rozegranych meczów, więc materiał do analiz jest.

7:1 – to hasło ostatniego weekendu w pierwszej lidze. Zawodnicy chyba się umówili i we wszystkich czterech spotkaniach odnotowano taki rezultat. O ile jeszcze nie dziwi to, że dwukrotnie zwyciężał w ten sposób Mistrz Ligi – Łukasz Bartkowiak, tak fakt, że taki Michał Pomianowski czy Damian Kurek raz sami opędzlowali swoich przeciwników takim wynikiem, by potem poczuć jak to jest po przeciwnej stronie barykady – to już jest ciekawsza historia.

Jednym ze wspomnianych zawodników, którzy wyrwali się przed szereg jest właśnie Bartkowiak. Zagrał on już aż sześć pojedynków z tej edycji – wszystkie, bez wyjątku zamienił na pewne wygrane. W najgorszym wypadku tracił jedynie dwie partie, jednak we wszystkich spotkaniach tylko raz pokonał przeciwnika bez straty partii, zyskując tym dodatkowy punkt do tabeli. Minionej niedzieli po partii zdołali mu urwać wspomniani Kurek i Pomianowski. W meczu z tym drugim dołożył partię z kija, dzięki czemu samotnie lideruje na liście „laczków”.

Losy mistrzowskie zadecydują się być może w ostatniej kolejce, gdy Bartkowiak zmierzy się z Jamroziakiem. Póki co Jamroziak musi jeszcze przebrnąć przez bardziej czy mniej trudnych, lecz na pewno doświadczonych przeciwników (Ptaszyński, Borowczyk, Pomianowski), by ten scenariusz się ziścił. Piotrowi Ptaszyńskiemu już przytrafiła się poważna wpadka, która najprawdopodobniej wyeliminowała go z walki o tytuł. Porażka 2:7 z Bartkowiakiem degraduje go do roli zawodnika walczącego jedynie już o podium.

gorny
Maciej Górny

A za ich plecami robi się ciekawie. Nie będzie brakowało przepychanek do końca edycji o bezpieczne miejsca, barażowe lokaty czy bezpośrednie spadki. Damian Kurek odniósł swoje pierwsze historyczne zwycięstwo w pierwszej lidze. „Pogonił” kolegę Marka Kaczora, z którym grał w zeszłej edycji w drugiej lidze. Damian wygrał aż 7:1. Słowo „aż” wydaje się być na miejscu, jeśli przypomnimy sobie, że ostatnie spotkanie pomiędzy tymi panami skończyło się 5:0 na korzyść Marka. Michał Pomianowski również wpadał w skrajności w ten weekend. W niedzielę przyjął gong od Bartkowiaka 1:7, który zapewne mocno przygasił jego zadowolenie po sobotnim zwycięstwie tym samym bilansem nad Markiem Kaczorem. Co do samego Kaczora, którego nazwisko przewija się nam tu co chwilę – no coż… …nie da się ukryć, że facetowi póki co nie żre gra w tej edycji. Ostatni dzwonek, żeby zagęszczać ruchy, by skutecznie uciekać z dolnych części tabeli.

W drugiej lidze poczynania lidera łudząco przypominają ruchy lidera pierwszoligowego. Piotr Dulat również rozegrał już sześć spotkań i również wszystkie wygrał. Ale ale. W odróżnieniu do Bartkowiaka, nie każde zwycięstwo przyszło mu tak łatwo. W minioną niedzielę dostaliśmy póki co najbardziej zacięty pojedynek w tej edycji Ligi. Maciej Górny z Piotrem Dulatem zagrali póki co jako jedyni mecz z maksymalną możliwą liczbą partii. Było to już ich drugie spotkanie w tej edycji, z rund rewanżowych. Pierwsze wygrał Piotr 5:2. W tym meczu Maciej wziął poprawkę na przeciwnika i wiedział już czego się spodziewać. Lekcje odrobił dobrze, bo mimo że Dulat wyszedł na prowadzenie 2:0, to kolejne cztery partie powędrowały na konto Górnego. Ostatnia prosta okazała się jedna zbyt długa dla Macieja – nie dojechał do jej końca. Trzy kolejne partie, trzy kolejne szanse na postawienie kropki nad „i”, zostały przez niego zmarnowane. Piotr wykaraskał się z ciężkich tarapatów i wyrwał zwycięstwo koledze, który sam mu w tym wydatnie pomógł.  Choćby w ostatniej partii, kiedy to umieścił białą bilę, gdy Dulat miał już tylko „ósemkę” do wbicia.

Do rozgrywek wkroczył również Piotr Bera, który ociągał się trochę z rozgrywanie meczów. Póki co sygnał jaki wysyła do przeciwników jest jasny i mówi, że jeśli chcą oni liczyć na dodatkowy punkt za wygraną „do zera” to nie mają na co liczyć. Bera póki co kolekcjonuje wyniki 1:5, nieważne z jakiej klasy zawodnikiem gra. Mimo że przegrał wszystkie mecze, to pokazuje, że nie kapituluje bezwarunkowo.