W sobotnie południe Emil Mąrdy z Marcinem Jamroziakiem oficjalnie swoim meczem otworzyli jesienne rozgrywki Ligi Pool Bilarda 12ft. Miejmy nadzieje, że przebieg ich meczu zwiastuje przebieg całej edycji. Równy start, wielkie ucieczki, jakaś partia z kija, wielkie pogonie i zażarta wyrównana gra w końcówce. No oczywiście że mecz zakończył się wynikiem 7:6. I tego sobie wszyscy życzymy w tej edycji – emocji do samego końca.

Gdy w poprzedni weekend zapadały rozstrzygnięcia na szczytach obu lig, kolejny tydzień przyniósł scenariusze rodem ze środku sezonu ligi zawodowej futbolu amerykańskiego NFL. Na kształt tabeli i wyniki rozgrywek nagle zaczęli mieć wpływ lekarze specjaliści. Kiedy doktorzy wkraczają do gry, zazwyczaj oznacza to jedno: zawodnik ląduje na ławce. Potem tylko czeka na wyrok – czy wykluczenie z powodów zdrowotnych jest tymczasowe, czy jednak cały sezon można już spisać na straty. Aż trzech bilardzistów było zmuszonych do wybrania tej drugiej opcji. Sypnęło walkowerami w obu ligach. Niestety aż osiem spotkań rozstrzygnięto przy „zielonym stoliku”. Tabele się przetasowały i nastała nowa rzeczywistość, niekoniecznie odzwierciedlająca umiejętności i formę zawodników w tej edycji.

Tytus Pawlak rozsiadł się znów wygodnie w fotelu mistrzowskim Ligi Pool Bilardu. W decydującym pojedynku nie dał szans Nikodemowi Jankowiakowi i wynikiem 7:2 nie pozostawił złudzeń kto jest najlepszym zawodnikiem w 8 bil w naszym klubie. Obaj panowie jednakże zasługują na wyrazy uznania. Nie mieli sobie równych, a jedyna porażka jaką odnotowali wynika z ich nieuniknionego, wzajemnego starcia.

Liga na ostatniej prostej. Chwilę temu, na ostatnim zakręcie wypadło jednak z trasy kilku zawodników. W weekend znów nie brakowało ciekawych wyników i widowiskowych porażek. Ta edycja Ligi Pool Bilarda 12ft z pewnością należy do ciekawszych w historii tych rozgrywek. Co ciekawe – emocje które dostarczają pierwsza i druga liga są zdecydowanie różne. Rozegraliśmy siedem kolejek. Przed nami ostatnie dwie. Oto co się działo w miniony weekend.

Tytus Pawlak niespodziewanie łatwo uporał się z Piotrem Ptaszyńskim i został samotnym liderem 1 Ligi. Niewiele brakowało, aby zwyciężając, po raz drugi w tej edycji bez straty partii, odskoczył Nikodemowi Jankowiakowi aż na 3 punkty. Na szczęście dla widowiska tak się nie stało i finisz rozgrywek zapowiada się bardzo ciekawie.
 

Są dni, które przebiegiem nas na tyle demolują, że człowiek czuje jakby postarzał się o rok. Są momenty, które czujemy, że wywracają znane nam otoczenie do góry nogami. Człowiek wstaje z łóżka następnego dnia i widzi, że musi się zaadaptować do nowych warunków. Zmienić plany. Zamiast grać o podium, grać o utrzymanie. Zamiast bić się o majstra, bić się o odzyskanie honoru. Zamiast dominować, spróbować nawiązać walkę. Ten weekend był wymagający dla wielu zawodników Ligi Pool Bilarda. Dla wielu próbą ognia, której nie przeszli.

„Byczący się mentalnie” bilardziści, ewidentnie urażeni tym ubliżającym epitetem, wzięli się do roboty i pełną parą wracają do ligowych zmagań. Dziewięć meczów zostało rozegranych w ten weekend, z których aż sześć przez pierwszoligowców. Druga liga zrobiła sobie trochę wolnego – w końcu mieli klub dla siebie w zeszłym tygodniu.

Ruszamy na dobre. Święta, długie weekendy za nami. Przed nami z kolei już tylko cotygodniowe granie. Rozleniwieni urlopowymi przerwami w ciągu ostatniego miesiąca bilardziści wrócili mniej lub bardziej chętnie do gry. Niektórzy musieli się przestawić dodatkowo z odmiany 9 bil, według której rozgrywany był Turniej o Puchar Ligi Pool Bilarda 12ft, na ligową „ósemkę”.  Robili to z różnymi skutkami. Różnie też przebiega rozruch do cotygodniowego rytmu grania.

Sypnęło emocjami w drugiej kolejce Ligi Pool Bilarda. Sypały się iskry, powietrze było naładowane nie tylko sportową złością, a gdyby na chwilę wyłączyć lecącą muzykę w tle, usłyszelibyśmy pewnie zgrzytanie zębami zawodników. Niestety - dla kibiców większość meczów okazała się być zwykła, w których to faworyci niezawodnie zwyciężali. W miniony weekend odbyło się równo po pięć spotkań pierwszej jak i drugiej ligi.

Spory powiew świeżości mogliśmy zaobserwować w inauguracyjnej kolejce Ligi Pool Bilarda 12ft. Od dawna nie mieliśmy zestawień w parach meczowych tylu nazwisk, których właściciele ze sobą nigdy nie grali, bądź też meczów z udziałem tylu debiutantów. Przewidywać wyniki meczów było zatem w miniony weekend bardzo trudno. Bukmacherzy stawiali ostrożne kursy a obstawiający stawiali ostrożne prognozy. Iskry szły. Emocje kipiały. Wyniki padały. Tylko nie wiadomo, czy te rezultaty są niespodzianką, czy czymś czego powinniśmy się spodziewać a to dlatego, że nie znamy siły rażenia wielu i potencjału zawodników. W miarę upływu edycji na pewno, gdy na pierwszą kolejkę rzucimy jeszcze raz okiem, to kilka meczów ocenimy zdecydowanie inaczej.

Po 3670 dniach z hakiem zakończył się pewien rozdział. Po 88 089 godzinach możemy powiedzieć, że w końcu się to wydarzyło. Po 5 285 340 minutach od kiedy Wiktor po raz pierwszy pojawił się w klubie, osiągnął kolejny kamień milowy, udowadniający jego dominację w 12ft.

Dublet.

Ocierali się o niego Tytus Pawlak i Marcin Jamroziak. Wygrywali jedną z Lig Snookera / Pool Bilarda, a w drugiej lądowali „tylko” na niższych stopniach podium. Bartłomiej Kuśnierz też miał taką samą szansę. Ale dopiero Wiktor Doberschuetz w końcu tego dokonał. W tym samym czasie wygrał Ligę Pool Bilarda 12ft co Ligę Snookera 12ft. Chapeau bas.

Półmetek, połowa, środek. W zimowej edycji Ligi Pool Bilarda 12ft upłynęło już tyle czasu ile z grubsza pozostało do jej końca. Jest to na tyle specyficzny okres, że zawodnicy nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji mogą mieć jeszcze nadzieję na odwrócenie swojego losu. Inna sprawa czy są to szanse realne jak to, że starczy nam wypłaty do końca miesiąca, czy już typowo matematyczne, jak to, że brak tej kasy do końca miesiąca załatamy szóstką z totka.

W dzisiejszych czasach obligacje Skarbu Państwa wydają się być papierem wartościowym wyższego ryzyka, niż zakład bukmacherski na zwycięstwo Tytusa Pawlaka w Lidze Pool Bilarda 12ft. Tytus wygrywa Ligę po raz trzeci na przestrzeni czterech ostatnich edycji  i w klasyfikacji wszech czasów wyprzedza w ilości tytułów Mistrza Ligi o dwie długości pozostałych rywali. Nie da się stracić pieniędzy, stawiając na Pawlaka. Jednak jego powtarzalność w zdobywaniu tytułów mistrzowskich powoduje, że kursy na jego zwycięstwo są tak oczywiste, że zarobimy jedynie na przysłowiowe waciki.  Ponadto w tej edycji mieliśmy po raz kolejny rzadką szansę, jaka tym razem zarysowała się przed Wiktorem Doberschuetzem. Mógł on dokonać sztuki, która nie udała się nikomu - wygrać w tej samej edycji zarówno Ligę Snookera jak i Ligę Pool Bilarda i ustrzelić przysłowiowy dublet. Szczyt ten jest jednak nadal niezdobyty.

Proza ligowa pełną gębą. Są to newralgiczne czasy dla osób, które dobrze wystartowały w edycji i uśpione początkowymi sukcesami, popełniają coraz większe błędy. To również czasy łamania charakterów, woli walki i odebranej nadziei. Dzieje się to u tych, którzy zaczęli od porażek i na przestrzeni ostatnich siedmiu kolejek nie umieli odwrócić swoich losów. Na drodze do celu pozostają zawodnicy z najsilniejszym charakterem, lub z największym wachlarzem umiejętności bilardowych.

 

Machineria ligowa ruszyła pełną parą. Ilość spotkań przekładanych, ilość przekleństw rzucanych pod nosem przy stole, ilość rozczarowań wśród zawodników swoimi wynikami osiągnęła już poziomy spodziewane i normalne. Mimo wszystko jest to jednak wczesny etap rozgrywek, gdyż mijamy dopiero kamień milowy ustawiony na wysokości 1/3 edycji. Cokolwiek by nie powiedzieć o obecnej sytuacji każdego zawodnika – jest jeszcze czas i miejsce by się to wszystko zmieniło. Jednak spróbujmy: