Koniec majowego urlopu – obowiązki wzywają. Znów żmudne codzienne chodzenie do roboty. Znów cotygodniowe granie w Lidze Snookera. To drugie stanowi jednak przeciwwagę do nużącej codziennej pracy. Snookerzyści ochoczo rzucili się na weekendowe terminy, choć należy podkreślić, że nie wszyscy. Wielu dołożyło sobie dwa dni czwartkowo-piątkowego urlopu i próżno ich było szukać w 12ft minionej soboty i niedzieli.

fla
Paweł Flantowicz

Pierwsza liga chyba mentalnie nie dojrzała do powrotu z urlopów. Z dziesięciu zawodników tylko sześciu stawiło się przy stołach. Rozanielenie tą nie najcieplejszą majówką, wygasiło instynkty morderców i zdobywców, przez co w każdym meczu padał wynik 2:1 dzielący punkty pomiędzy zainteresowanych. Najbliżej zainkasowania kompletu trzech punktów był Paweł Flantowicz w spotkaniu z Piotrem Słodzinką. O tym, że Piotr zdobył jeden punkt do tabeli, zadecydowała ostatnia bila w ostatnim frejmie. Czarna – bo o niej mowa, dała Słodzince jedynego wygranego frejma stykowym wynikiem 56:55.

Paweł Flantowicz wygrał dwa swoje sobotnie spotkania. Oba identycznym bilansem. Daje mu to (przynajmniej chwilowe) przewodnictwo w lidze ze zdobyczą 9 punktów. Tak jak Flantowicz, ani jednego meczu nie przegrał Marcin Jamroziak, który w sobotni poranek prawie 2,5 godziny męczył się z Oskarem Żuchowskim (albo vice versa). Jamroziak traci do Flantowicza jeden punkt dlatego, że ten drugi stracił w czterech grach jednego frejma mniej.

Drugim zawodnikiem obok Flantowicza, który rozegrał dwa spotkania był Paweł Deckert. Snookerowy weekend Pawła była jak finansowy bilans poprawnie prowadzonej firmy – wyszedł na zero, czyli tak jak powinien. Pierwszy mecz  Deckert wtopił przegrywając  1:2 ze wspomnianym już Flantowiczem. Bilans frejmów wyprowadził na zero wygrywając kolejnego dnia 2:1 z Rafałem Zimniakiem. 3 punkty zdobyte na 6 możliwych to poprawny występ.

bys
Tomasz Bystrzyński

Wśród drugoligowców najwięcej emocji wzbudzają ostatnio mecze Marcina Dzbanuszka. Pełni on jednak dość osobliwą rolę w ich przebiegu, niczym umierające w wypadkach nastolatki w serii filmów „Oszukać Przeznaczenie”. Pech Dzbanuszka trwa od Pucharu Ligi Snookera 12ft i polega on na tym, że w każdym jego meczu zdarza się frejm, gdy jego przeciwnik potrzebuje snookera, by wygrać partię, co ma oczywiście miejsce i przeciwnik wygrywa. Najpierw Pucharze Ligi zrobił to Michał Barkowiak, potem w meczach ligowych dokonywali tej sztuki Marek Leichert i Tomasz Bystrzyński. Marcin na tyle jednak opanowywał nerwy, że spotkania ligowe, mimo pechowo oddawanych frejmów jednak ostatecznie wygrywał 2:1. Dzięki temu niedoszły spadkowicz z drugiej ligi zeszłej edycji – w tej kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa. Trzy mecze, trzy wygrane i pozycja lidera w tabeli.

Tomasz Bystrzyński zadebiutował w Lidze Snookera 12ft zanim świat usłyszał o świńskiej grypie,  gdy prezydentem Polski był Lech Kaczyński a USA Geogre Bush, gdy Michael Jackson miał ruszyć na europejskie tournée, a do Syrii można było się wybrać na spokojny, ciekawy urlop. Słowem – eony temu. Od tego czasu popularny „Spider” gra nieprzerwanie w Lidze przez 8 lat. I to właśnie w tej edycji ma szansę na swój życiowy sukces – gra w drugiej lidze po raz drugi w całej swojej karierze. Poprzednim razem nie udało mu się utrzymać na tym poziomie gier i po jednej edycji od razu został ponownie trzecioligowcem. Jak będzie tym razem? Prognozy są niewesołe, ale szanse są. Tomasz po dwóch pierwszych przegranych meczach wygrał swoje pierwsze spotkanie w tej edycji. Po stykowym meczu i przede wszystkim wyrównanym ostatnim frejmie wygrał z Mikołajem Stęsikiem 2:1. Należy dodać, że ostatnia partia była koncertem kuriozalnych pomyłek z obu stron. Stęsik na bili różowej potrzebował punktów ze snookera, co Bystrzyński mu wspaniałomyślnie podarował. Stęsik z kolei odwdzięczył się nietrafieniem banalnej ostatniej czarnej na zwycięstwo. Prezent Bystrzyński przyjął.

ste
Maciej Stęsik

To co dzieje się w trzeciej lidze cieszy przede wszystkim Tomasza Leśniaka. Głogowianin zagrał kilka gier awansem i teraz z pozycji lidera tabeli obserwuje, jak wszyscy potencjalni rywale walczą między sobą, dzieląc się punktami. Coś jak obecna opozycja na polskiej scenie politycznej. Podręcznikowy przykład powiedzonka „gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta”. Należy dodać, że Leśniak w poprzednich tygodniach nie zagrał jakiegoś rewelacyjnego snookera – stracił cztery frejmy i nawet jeden mecz przegrał. Tymczasem nikt się nie garnie do pościgu i trzecioligowcy grają mecze ze zmiennym szczęściem. Gdy wydawało się, że Szymon Grewling po sobotnim, pewnym zwycięstwie nad Karolem Tyszerem, urośnie on do roli pierwszego ścigającego, w niedzielę przyszła porażka z Maciejem Stęsikiem. W Robercie Wójciku widziano przed startem rozgrywek zawodnika do awansu, ale również gra „w kratkę” i wśród pewnych zwycięstw jak nad Mateuszem Rusinem w sobotę, zdarzają się wpadki jak sromotna porażka z Andrzejem Jachniewiczem. Niby solidnie punktuje Maciej Stęsik, który wygrał oba spotkania z Kasińskim i Grewlingiem w miniony weekend. U niego z kolei problemem jest duża liczba traconych frejmów, przez co w sumie w trzech zwycięstwach ani razu nie zainkasował pełnych trzech punktów.

gru
Ania Gruszkiewicz

Ania Gruszkiewicz straciła cierpliwość i nie certoli się już z przeciwnikami jak dotychczas. Uprzejmość i koleżeńskie podejście zniknęły a jej miejsce zajęły determinacja, regularność objawiająca się w cyklicznym laniu przeciwników. Czy stare wygi, czy debiutanci – wszyscy zbierają cięgi 0:2 od Ani. Ostatnio przekonał się o tym weteran Michał Kozicki, a kilka dni wcześniej Kazimierz Czernecki. Z tymi dwoma zawodnikami Ania wygrywała frejmy średnio prawie trzydziestoma punktami. Maszyna.

Pozostali czwartoligowcy z grupy A oglądają plecy Ani. Tylko ona póki co zalicza optymalne wyniki – trzy mecze, trzy zwycięstwa. Pozostali potracili już punkty w remisach czy porażkach. Różnice pomiędzy zawodnikami w tabeli są bardzo małe i równie dobrze za dwie rundy i kolejność może się diametralnie zmienić. Stawkę zamyka póki co Wiktoria Jendruszak, która czeka cały czas na swój pierwszy punkt w tej edycji.

ted
Dominik Teda

W grupie B czwartej ligi lideruje Marcin Karłyk. Co ciekawe – jedyny remis, który mu się przytrafił, przytrafił mu się z zawodnikiem zamykającym tabelę – Dominikiem Tedą. To powoduje, że tabela jest bardzo „spłaszczona”. Między pierwszym a szóstym zawodnikiem są tylko dwa punkty różnicy. W ten weekend naprawdę sporo zawodników mogło Marcina prześcignąć albo przynajmniej się z nim punktowo zrównać, ale jakimś cudem to się nie wydarzyło. Stałoby się tak, gdyby Daniel Koza choć zremisował z Piotrem Adamczakiem. Daniel jednak przegrał 0:2. Stałoby się tak, gdyby Piotr Adamczak wygrał z Przemkiem Ticem. Piotr jednak zremisował. Stałoby się tak gdyby Przemek Tic wygrał mecz z Wojtkiem Ptakiem. Przemek jednak zremisował. Stałoby się tak gdyby Wojtek Ptak wygrał z Przemkiem Ticem. Wojtek jednak, jak już wiecie, mecz zremisował. Także akapit ten powinien raczej zaczynać się zdaniem „W grupie B czwartej ligi cudem lideruje Marcin Karłyk”.