Zarówno za oknem i przy bilardowym stole. Gorące stają się również głowy jak i przysłowiowe krzesła. Aura za oknem coraz bardziej przypomina środek lata a i temperatura atmosfery meczów zaczyna być również wysoka. Jedni sobie radzą z tym lepiej – inni w ogóle. Gorące emocje zaczynają się udzielać wszystkim, bo na dalekim horyzoncie widać już finisz rozgrywek i wszyscy sobie zdają sprawę, że nie ma już pola marginesu błędu, że każde drobne potknięcie może spowodować porażkę w osiągnięciu celu w tej edycji. Niezależnie czy celem tym jest podium, awans do wyższej ligi czy ratunek przed spadkiem do niższej.

sniegu
Maciej Śniegowski

W pierwszej lidze mieliśmy w miniony weekend tylko trzy mecze, ale za to najbardziej istotne dla końcowej kolejności podium. Zmierzyły się ze sobą trzy gorące nazwiska ostatnich edycji. Zawodnicy, którzy w dwóch edycjach na trzy ostatnie zajmowali trzy pierwsze miejsca. Również w tej chwili trzy czołowe lokaty należą do nich. Paweł Flantowicz podejmował w sobotę Marcina Jamroziaka i Wiktora Doberschuetza. Paweł cele zrealizował połowicznie. Jeden mecz wygrał i jeden przegrał. W żadnym z nich nie było jednak skrajności – ani nie wygrał przekonywująco, bo z Jamroziakiem stracił frejma, ani nie przegrał z kretesem, gdyż Doberschuetzowi frejma ukradł, zyskując punkt do tabeli z tego meczu. Zapewne do tego przyczyniła się waga spotkań, powodująca parną i duszną atmosferę pojedynku. Nikt nie ryzykował rozgrzewających publikę brawurowych zagrań – przeważała gra taktyczna. Choć w przypadku meczu Wiktora możemy podejrzewać również problemy z koncentracją i chwilowym zanikiem instynktu zabójcy – w tej edycji stracił już dwukrotnie więcej frejmów niż miało to miejsce w odsłonie zimowej. Co ciekawe, jest to detal mało istotny – Wiktor po starciu z wiceliderem tabeli nadal wygrzewa się w fotelu lidera z przewagą dwóch punktów nad Pawłem.

Pierwsze punkty w tej edycji zdobył Maciej Śniegowski. Potrzebował na to dokładnie dwunastu frejmów – pierwszych jedenaście przegrał. W meczu z Oskarem Żuchowski szły iskry i wisiała w powietrzu zapalna atmosfera. Maciej ogarnął się dopiero po przegranych dwóch pierwszych frejmach. Dla Oskara ten mecz był również przełomem. Czwarty zawodnik zeszłej edycji dopiero w siódmym spotkaniu tej, odniósł swoje pierwsze zwycięstwo. Oskar rozegrał już siedem spotkań tej wiosny i wszystko wskazuje na to, że przez osobiste sprawy ostatnie dwa mecze rozegra również awansem. Potem pozostanie mu jedynie obserwowanie poczynań przeciwników i śledzenie, czy zbiór punktów, które wypracował wystarczy mu do utrzymania się w lidze, czy do meczów barażowych. Może okazać się, że obecnych już sześć porażek na koncie zepchnie go do bezpośredniej degradacji do drugiej ligi. Jedno jest pewne – na sukces z zeszłej edycji nie ma co liczyć.

dzbanek
Marcin Dzbanuszek

Niecodziennego lidera mamy w drugiej lidze. Jest nim Marcin Dzbanuszek – jedyny zawodnik bez porażki na tym szczeblu rozgrywek. Co ciekawe – większość swoich spotkań wygrywa z potem na czole, po emocjonujących końcówkach. Cztery z pięciu wygranych meczów wymagały rozegrania trzeciego, decydującego frejma. Nie inaczej było w środę, gdy podejmował będącego po weekendzie na fali wznoszącej Piotra Gazdę. Scenariusz był typowy jak na mecze Dzbanka. Pierwszego frejma przegrał, a potem uwijał się jak w ukropie by uratować mecz. I znowu mu się udało. Brejki nie wpadały w pierwszym frejmie, ale w kolejnym już się posypały.

Wspomniany Gazda zaliczył dobry „run” w weekend, który zgasił dopiero Dzbanuszek. Piotr zebrał dwa skalpy na zawodnikach grających najczęściej w pierwszej lidze. Maciej Undrych nawet frejma nie zdobył a Robert Jachimowski urwał jedną partię w starciach z Gazdą. Zwycięstwo za zwycięstwem pchnęło Gazdę w górną część tabeli z perspektywami do awansu. Co jest istotne – zwycięstwa z tak silnymi przeciwnikami mogą rozstrzygnąć o kolejności na koniec edycji, co jest dobrym rokowaniem dla Piotra.

Pierwsza szóstka bije się o awans. Ostatnia czwórka siedzi na gorących krzesłach. Między siódmym Mariuszem Kukułką a szóstym Robertem Jachimowskim zrobiła się już czteropunktowa przepaść. Każdy z zawodników poniżej miejsca siódmego przegrał w miniony weekend, z czego Olka Kowalskiego znoszono na tarczy dwukrotnie.

tyszer
Karol Tyszer

Tomasz Leśniak zasilił potężnie konto w trzecioligowej tabeli. Czas pauzowania głogowianina się skończył i w miniony weekend zaliczył kolejną transzę meczów. Jak to w jego wypadku bywa, mecze kończyły się różnymi rezultatami, jednak Tomasz niezmiennie grzeje się w fotelu lidera. Największą jego bolączką może okazać się jedyna porażka, którą w tym wypadzie do Poznania zaliczył. Przegrał bowiem 0:2 z Andrzejem Jachniewiczem, który w tym momencie zajmuje pozycję wicelidera. Co prawda Tomek ma aż pięć punktów przewagi nad nim, niemniej jednak jeśli spojrzymy na liczbę rozegranych meczów, to kwestią czasu jest fakt, gdy ziemia zacznie się palić pod stopami Tomka. Leśniak rozegrał już osiem gier, a Andrzej równą połowę z tego. Kwestia czasu.

Poza wymienioną dwójką reszta stawki nie garnie się do pościgu. Co prawda Robert Wójcik odniósł kolejne zwycięstwo – tym razem nad Tomkiem Sobczakiem, dzięki czemu zajmuje trzecią pozycję. Jednak znakiem rozpoznawczym Roberta jest to, że albo on wygrywa mecze 2:0 albo przegrywa 0:2. I nadal gra tym systemem „kratkę”: trzy zwycięstwa, dwie porażki.

Sytuacja zaczyna beznadziejnie wyglądać dla ostatniej dwójki zawodników. Grunt pod nogami parzy w stopy Tomka Sobczaka i Karola Tyszera. Sobczak właśnie przegrał do zera z Wójcikiem, lecz jego sytuacja jest lepsza od ostatniego Karola, bo w przeciwieństwie do niego ma dwa punktu na koncie, gdy ostatni Tyszer ma ich okrągłe zero. Strata Karola do miejsca barażowego (5 punktów) czy bezpiecznej szóstej pozycji (7 punktów) jest tak duża, że może powoli analizować wyniki czwartoligowców, gdyż w przyszłej edycji zapewnie będzie próbował swoich sił pomiędzy nimi.

ratajczak
Filip Ratajczak

Chyba gorąco jak diabli jest również Ani Gruszkiewicz. Maszynie. Maszynie, która się przegrzała. Krocząca od zwycięstwa do zwycięstwa zawodniczka, zaliczyła sporą wpadkę z debiutantem Łukaszem Tomaszykiem. W obu frejmach Gruszkiewicz nie nawiązała walki a Tomaszyk kontrolował od początku do końca ich przebieg. Każdą partię wygrał minimum 25 punktami.

Na potknięcia Ani czekają rywale. Co prawda porażka jej nie zaszkodziła i nadal z przewagą piastuje pozycję liderki w czwartoligowej grupie A, jednak goniący ją najbliżsi rywale nie próżnowali. Mocno ośmieleni porażką głównej rywalki zarówno stary wyga Jarosław Chełminiak jak i żółtodziób z mlekiem pod nosem Filip Ratajczak solidarnie zwyciężyli w swoich spotkaniach.

stach
Paweł Stacherzak

Wydaje się, że Marcin Karłyk złapał w końcu rytm i odniósł poprzedniego czwartku czwarte swoje zwycięstwo. Ograł wówczas pewnie pałętającego się w środku tabeli niczym Manchester United Jakuba Wielińskiego. Pewne brejki wbijane w pierwszym frejmie na tyle onieśmieliły przeciwnika, że w drugiej odsłonie Wieliński wbił jedynie osiem punktów.

Za jego plecami mamy stawkę wybitnie wyrównaną. Wicelidera i zawodnika z miejsca piątego dzieli jedynie punkt. Trzech z nich: Tic, Adamczak i Urbaniak zaliczyli konsekwentnie zwycięstwa (Urbaniak zwyciężył walkowerem tydzień wcześniej). Jedynie Wojciech Ptak miał szansę umocnić się na pozycji drugiej w tabeli – szansę której nie wykorzystał.

Niewykorzystana szansa Ptaka była drugą z dużych niespodzianek minionego weekendu w czwartoligowych grach. Jego pogromcą okazał się być debiutant Paweł Stacherzak, który dzięki temu zaliczył swoje pierwsze zwycięstwo w rozgrywkach. Przyszło mu na nie czekać pięć kolejek. Dla Wojtka ta porażka to spore skomplikowanie planów, dla Pawła to zwycięstwo, oprócz symbolicznego wymiaru, to niewielka różnica. Nadal on zajmuje dolne rejony tabeli, z tą różnicą, że odbił się punktowo od Dominika Tedy i Łukasza Sarny, którzy mają na koncie po punkcie.