Wszyscy rzucili się na stoły do snookera. Treningi za treningami, aż z kijów wióry lecą. Tymczasem Liga Snookera przeciwnie - jak zwykle zaczyna nieśmiało. Jakby zawodnicy nie mieli poczucia pewności w sobie. Jakby sądzili, że kolejny wolny tydzień, który sobie fundują, przeznaczając go na treningi, w jakiś znaczący sposób poprawi ich wyniki. Jakby to uspokajało ich sumienia, że lepiej przygotują się do rozgrywek ligowych. Tradycyjnie jesienna edycja Ligi Snookera rozpoczyna się na raty. W miniony weekend zmagania ruszyły już oficjalnie, jednak jak zwykle spore grono zawodników poprzekładało swoje spotkania na terminy późniejsze. Idę o zakład, że nic to nie zmieni i Ci co mieli przegrać i tak przegrają a ci co mieli wygrać, to im w sumie wszystko jedno kiedy grają. Mamę oszukasz, tatę oszukasz, ale życia nie oszukasz.

 

zimn
Rafał Zimniak

Pierwsza liga oczywiście nie jest tu wyjątkiem. Co prawda odbyły się tu cztery mecze, ale tylko dlatego, że Marcin Jamroziak rozegrał dodatkowo jedno spotkanie awansem. Manewr ten wywindował go na szczyt tabeli, gdyż dwa mecze obrócił w dwa zwycięstwa. Od perfekcyjnego wyniku odwiódł go jednak Maciej Śniegowski, który to toczył z nim wyrównany bój, przez co wygrał jednego frejma. O tym jak trudno wejść i wrócić do ligowej rzeczywistości może z kolei powiedzieć Maciej Undrych. Po pechowo przegranym pierwszym frejmie z Jamroziakiem, drugiego oddał już dość łatwo, po czym zaczął gratulować przeciwnikowi zwycięstwa, pakując się powoli, gdyż uznał, że pojedynek właśnie się już zakończył. Maciej potrzebował chwili, żeby się zorientować, że w pierwszej lidze nie gramy już systemem BO3, tylko zawsze trzy frejmy. Z kronikarskiego obowiązku – trzeciego też przegrał.

Trudności z adaptacją w rozgrywkach ma również Piotr Słodzinka. W miarę upływu czasu, partia po partii coraz bardziej oddawał pole Miłoszowi Kaczmarkowi. Czasem po prostu ktoś trafia w dzień, w którym wiele różnych rzeczy by mu wychodziło, ale nie gra w snookera. Efektem tego było przedwczesne poddanie trzeciej partii przy stanie 30:2, po wbiciu przez Miłosza brejka 28 punktów. Łatwe 3:0 dla Kaczmarka.

Na liście brejków z podejściem na 31 oczek lideruje Rafał Zimniak, który swoje pierwsze spotkanie… …przegrał. Ten mocny akcent padł w pierwszym frejmie spotkania z Mikołajem Stęsikiem. Brejk Zimniaka nie zrobił żadnego wrażenia na Stęsiku, a wręcz przeciwnie, najwyraźniej go zirytował i poddenerwował. Ciekawe czy bez tego brejka tak by wyglądały kolejne dwie partie – bo w nich Mikołaj praktycznie rozjechał przeciwnika jak recenzenci filmowi film Botoks. Raz pozwolił Rafałowi na zdobycie tylko 17 punktów a raz jedynie 3.

lesniak
Tomasz Leśniak

Druga liga przy reszcie wypadła jak definicyjny stachanowiec. Przodownicy pracy, za którym przykładem należy iść. Solidarnie wszyscy rozegrali pierwszą kolejkę a ponadto już napoczęto kolejne. Przed szereg wyrwał się Tomasz Leśniak, który po dwóch sezonach spędzonych w trzeciej lidze najwidoczniej nie mógł się doczekać drugoligowych potyczek. Tomek wjechał w rozgrywki z radością dziecka w cukierni i podejściem do rywali Diabeła Tasmańskiego. Johnowi Lennonowi od razu odbierał nadzieję na wygranie z nim jakiegokolwiek frejma. Z kolei drugi jego przeciwnik, Piotr Gazda, udźwignął ciężar pojedynku, jednak tylko w drugiej partii. Nie zmienia to faktu, że na ostatniej prostej to i tak Leśniak był górą i minionej niedzieli nie oddał ani jednego frejma żadnemu z przeciwników.

Również Tomasz Bystrzyński zaliczył dwa mecze i śmiało można powiedzieć, że jest to jego najlepsze otwarcie edycji w jego wieloletniej ligowej karierze. Tomka widzieliśmy już nie raz w drugiej lidze, lecz jego cele zawsze oscylowały w rejonach miejsca w tabeli chroniącego go przed spadkiem do trzeciej ligi. Dość powiedzieć, że nigdy mu się to nie udawało. Tymczasem „Spider” w swoich dwóch meczach, naprawdę w niezłym stylu odprawił przeciwników. Najpierw klasycznie złamał psychikę Macieja Stęsika, który to przegrał z nim pierwszą partię, pomimo wbitego brejka 23 punkty. Drugi frejm był już formalnością, gdyż rozchwiany psychicznie Maciej nie stanowił zagrożenia. Z kolei mecz z Marcinem Smorawskim wymagał decidera z koniecznością wbicia ostatniej czarnej bili. I tę próbę ognia Bystrzyński przeszedł śpiewająco. Po dwóch meczach ma na koncie 5 punktów, co jest sporym zaskoczeniem, gdy przypomnimy sobie, że na koniec drugoligowych rozgrywek w zeszłej edycji, po dziewięciu kolejkach miał punktów 8.

sobczak
Tomasz Sobczak

W trzeciej lidze chyba najlepiej widać zjawisko opisane we wstępie niniejszego tekstu. Rozegrano tu tylko dwa mecze. Reszta gromadzi psychiczne siły i optymalizuje formę na ostatnich treningach. W ogóle mamy dość niecodzienną sytuację w tej edycji, gdyż skład obecnej trzeciej ligi był do niedawna tak prawdopodobny jak teoria o istnieniu hitlerowskiej bazy księżycowej. A jednak stało się. Z rozgrywek z wyższych klas wycofało się siedmiu zawodników, przez co w trzeciej lidze gra aż ośmiu snookerzystów, którzy na bazie wyników z zeszłej edycji nie mieli do tego prawa. Jedyni „nominalni” trzecioligowcy tej jesieni to Maciej Szulczewski i Karol Tyszer.

Co ciekawe – ci trzecioligowcy „z przypadku” nie zamierzają tracić szansy podarowanej przez los. Pokazał to Daniel Koza, który pokonał dość pewnie Szulczewskiego, nie oddając mu ani jednej partii. Drugie spotkanie to klasyk piątkowych wieczorów, kiedy do znudzenia tłuką się w sparingach ze sobą Tomasz Sobczak i Przemysław Tic. Wieloletnie ogrywanie się ze sobą doprowadziło do sytuacji, że znają swoją grę jak łyse konie siebie. Z tego powodu pierwszy od dawien dawna pojedynek pomiędzy nimi w oficjalny rozgrywkach, wyglądał jak wieczne podchody. Trwał prawie dwie godziny, mimo że składał się z dwóch frejmów. Dwóch  frejmów, które zagarnął Sobczak. Taki kolega z niego.

reda
Dominik Teda

Czwarta liga w tej edycji jest tak liczna, że powodzeniem zajęłaby praktycznie jeden sektor na stadionie Lecha Poznań. Co ciekawe – rozegrano dotychczas 9 spotkań i tylko raz zanotowano remis. I co istotne jest to jeden z ciekawszych rezultatów w najniższej klasie gier. Okazało się bowiem, że doświadczenie ligowe z jednej edycji pozwoliło Dominikowi Tedzie powstrzymać ofensywny arsenał i dominatorskie zakusy Michała Bartkowiaka. Szczerze powiedziawszy Michał powinien być wdzięczny fortunie, że nie skończyło się na porażce 0:2, gdyż Dominik miał swoje szanse na osiągnięcie tego wyniku. Póki co to trudno powiedzieć czy jest to falstart półfinalisty ostatniego Turnieju o Puchar Ligi, czy jednak zapowiedź trudnego życia snookerzysty w czwartej lidze.

Najlepszy start wśród czwartoligowców zaliczył póki co Konrad Kubasiewicz. Dość sprawnie poradził sobie z Wiktorią Jendruszak wygrywając spotkanie 2:0. Również takim samym rezultatem zakończyło się spotkanie z Pawłem Gajdą, choć przebieg każdego z frejmów początkowo był dość wyrównany.

Powroty bywają ciężkie. Przekonali się o tym Marcin Trurl i Krzysztof Szwejk. O ile w przypadku Trurla przerwa trwałą jedną edycję o tyle Szwejka nie widzieliśmy przy stole dwa lata. I jeden i drugi zostali sprani przez swoich przeciwników. Oprawcą Marcina był Staszek Jackowski a Krzysztofa zdemolował Michał Kozicki. O ich zdobyczach punktowych pisał nie będę, bo trochę wstyd. Kto chce, ten sobie znajdzie.

Póki co jedenastu zawodników z czwartej ligi jeszcze ani razu nie uruchomiło białej bili. Przekładane spotkania spowodowały, że grono to praktycznie zmaleje do zera dopiero po najbliższym weekendzie.

Co do najbliższego weekendu, to niedzielnym snookerzystom należy się ostrzeżenie. Tradycyjnie początek jesiennej edycji Ligi Snookera 12ft zbiega się z maratonem poznańskim. Proszę o uwzględnienie trudności dojazdu do klubu, by uniknąć walkowerów za spóźnienie.