Wiktor Doberschuetz z przewagą jednego rozegranego spotkania jest ciągle pierwszy, ale ma już dwie porażki na koncie. Niespodzianki edycji, obie, miały miejsce w sobotę 4-go listopada. Zapamiętajmy ten dzień, bo ostatni raz podobne zjawisko w obrębie jednej edycji mogliśmy obserwować wiosną 2016 roku. Od tamtej pory uległ tylko raz w ciągu kolejnych 34 spotkań.


W sumie, to jakbym na to nie spojrzał, to Wiktor przegrywać może tylko z zawodnikami słabszymi, bo mocniejszych od niego brak. Nastawienie przeciwników bywa różne - albo z duszą na ramieniu próbują pokonać towarzyszącego im fefra, albo, w myśl zasady “bij mistrza”, próbują bić się jak równy z równym. Tym razem mieliśmy okazję poobserwować obie opcje. Pierwszą reprezentował piszący ten artykuł, a drugą Mikołaj Stęsik. Reasumując, ja się tak bałem, że wybiłem się ponad przeciętną w grze obronnej, a Mikołaj tak się wyrobił, że po prostu wbijał to co potrafił i korzystał z zachwiania formy Wiktora. Ugraliśmy po 2 punkty naruszając, zdawałoby się, monolit. Wyjdzie nam na dobre, wszystkim.
Ale skoro zaczęliśmy od sensacji, to podążę tym wątkiem zbierając niespodziewane wyniki z ostatnich dwóch weekendów. W pierwszej lidze niespodziewanie gładko poszło Rafałowi Zimniakowi z Panem Pawłem Deckertem. I nie tyle dziwi zwycięstwo powracającego do 1 Ligi Rafała, co zwycięstwo bez straty frejma - wszak Pan Paweł to uznana firma w naszym klubie. Dość niespodziewany wynik zanotował Filip Ratajczak, który po porażce z Piotrem Adamczakiem pozbierał się w chwil parę i wygrał z Tomaszem Sobczakiem. Dziwię się głównie dlatego, że Tomek ostatnio zrobił spory progres potwierdzając to nowym, najwyższym brejkiem treningowym w wysokości 40 punktów, a w dodatku Ratajczak zaliczył nienajlepsze otwarcie rozgrywek, przegrywając już trzykrotnie. Na kolejne udane dokonania Filipa nie trzeba było długo czekać i dorzucił do swojej kolekcji 2:0 z Maciejem Szulczewskim.
Kolejną niespodzianką było zwycięstwo 2:1 Macieja Śniegowskiego nad liderem listy brejków Tytusem Pawlakiem. Podobnym stosunkiem wygrał Daniel Koza z Mateuszem Rusinem i co najlepsze, chociaż nie prowadzi w 3 Lidze, to jest jedynym zawodnikiem bez porażki, bo takowej doznał ostatnio Szymon Grewling. Ostatnią niespodziankę zostawię sobie na deser, bo jest smakowita w dwójnasób.

A poza tym, życie ligowe toczyło się spokojnie i z lekka opieszale z uwagi na tydzień przedzielony dniem wolnym od pracy 1 Listopada. Jedni długi weekend zrobili sobie wcześniej, drudzy później, a spotkań przełożonych zostało bez liku. Może więc poczynając od góry:

Jak już wiadomo w 1 Lidze przoduje Wiktor, drugi jest Tytus a trzeci Rafał. Zauważmy, że prowadzenie Doberschuetza może być tylko wirtualne, bowiem ma jeden mecz więcej i odrobienie 3 puktów straty jest jak najbardziej możliwe. W drugim końcu tabeli Undrych, Karłyk i Słodzinka - wszyscy z 2 punktami na koncie, ale ten ostatni ma rozegrane tylko 2 mecze.
W 2 Lidzie, z przewagą 1 punktu nad Tomkiem Bystrzyńskim, prowadzi jego imiennik - Leśniak. Niemniej, to właśnie ten pierwszy zaliczył znacznie lepszy weekend wygrywając aż trzykrotnie, zgarniając 8 punktów i, co podkreśla z dumą, wbijając brejka 27 punktów, czyszcząc kolory Robertowi Wójcikowi. Reasumując, niespodzianie, w niedzielę o 14:00 mieliśmy okazję obserwować mecz na szczycie, w którym to w deciderze, w dogrywce lepszym okazał się poznaniak. Po pierwszym frejmie przegranym aż 36-cioma punktami, szarpanym drugim i ostatecznym zwycięstwie, wbicie czarnej bili w dogrywce była, jak sam przyznał Bystrzyński, niczym nasączona w spirytusie wisienka rozpływająca się na języku w zimowy wieczór podczas śnieżycy. Smaku jej dodał z pewnością fakt, że na brązowej bili Tomek Leśniak wygrywał 22-oma punktami i miał okazję przechylić szalę na swoją korzyść, ale nie udało mu się wbić wystawionej bili za 4 punkty.
W pozostałych spotkaniach dwukrotnie przegrywał Piotr Gazda. W obu przypadkach podobnie 1:2 ogrywali go Robert Jachimowski oraz Tomasz Kasiński.

O 3 Lidze sporo już napisałem głównie za sprawą Filipa Ratajczaka, lecz swoje pięć minut miał także Szymon Grewling, który pokonał 2:0 Mateusza Rusina. Jak już wiemy daje mu to tylo 1 punkt przewagi nad Danielem Kozą, ale obaj panowie wyraźnie zmierzają w kierunku awansu. Tabelę zamykają wspomniany Rusin i Przemek Tic.

A nasi milusińscy z żółtych tabel wypełnili jak zwykle połowę terminów. W Grupie A przoduje Grzegorz Sroka, chociaż przewagę mógł mieć znacznie wyższą nad Piotrem Kurkiem. Odskoczył jednak wyraźnie na 4 punkty, a w minionej kolejce tylko zremisował z Michałem Bartkowiakiem, który notuje trzeci remis na swoim koncie. W walce pierwsze dwa miejsca pozostają jeszcze Staszek Jackowski i Dominik Teda, ale dla nich możliwości słabszych występów wydają się być wyczerpane. Jackowski zagrał jednakże nieźle i zwyciężył z Hubertem Manejkowskim oraz zanotował remisy z Urbaniakiem i Kurkiem. Gdyby je przekuć w zwycięstwa… byłoby na serio pięknie. Wspomniany Kurek wygrywał dwukrotnie z Dominikiem Tedą i Hubertem Manejkowskim.
W Grupie B prym wiedzie Łukasz Bartkowiak - póki co bez straty frejma. Czeka go jednak mecz z wiceliderem, Michałem Kozickim, który zapewne czyhać będzie na potknięcia rywala w pozostałych spotkaniach. Wydaje się jednak, że przewaga 4 punktów może już wystarczyć Łukaszowi do awansu z pierwszej pozycji o ile nie zaliczy totalnej wpadki. Michał w niedzielę pokonał debiutanta Jacka Mierzejewskiego.

Grupa C nie ma dominanta, prowadzi Jarosław Strugała, ale punktowo zrównał się z nim Wojtek Ptak wygrywając z Andrzejem Kurczewskim. Po piętach depcze im beniaminek - Macin Szofer, który jako czwarty zawodnik z Lwówka dołączył w tym sezonie do naszych rozgrywek. Szofer odniósł drugie zwycięstwo w lidze dobijając Andrzeja Kurczewskiego, który zamyka tabelę z dwoma punktami. Co ważne i cenne, na jego koncie jest także zwycięstwo nad Wojtkiem Ptakiem, co może mieć spore znaczenie na koniec I Etapu w 4 Lidze.