Liga Snookera przekroczyła półmetek. Rozgrywki weekend po weekendzie idą w najlepsze, zwycięzcy nie biorą jeńców, ofiary liżą rany. W miniony weekend klub 12ft jednak znalazł się chyba w trójkącie bermudzkim, gdyż działy się w nim dziwne i niewytłumaczalne zmiany. Szok, niedowierzanie a czasem ogólne rozbawienie – to znaki rozpoznawcze 6 kolejki jesiennej edycji Ligi Snookera 12ft.

karlyk
Marcin Karłyk

W pierwszej lidze niemałe zawirowania wprowadził jakiś czas temu Wiktor Doberchuetz ponosząc dwie porażki. Próżno jednak szukać zawodników, którzy paliliby się do roboty, by te słabsze momenty etatowego czempiona wykorzystać. Pretendenci do wydarcia Wiktorowi tytułu Mistrza Ligi tracą frejmy i potykają się, także o siebie nawzajem. Tak stało się w niedzielne południe, gdy spotkali się ze sobą dwaj zawodnicy zajmujący razem z Doberschuetzem wszystkie stopnie podium. Ani Marcin Jamroziak ani Tytus Pawlak nie wygrali tego spotkania jednoznacznie, jednogłośnie czy zdecydowanie. Nastąpił nierówny podział punktów ze wskazaniem na Jamroziaka – to on zwyciężył w tym meczu 2:1. Był to pierwszy z trzech pojedynków Jamroziaka rozegranych w minionych dniach. Co ciekawe – wszystkie one były do siebie bliźniaczo podobne: pierwszy frejm zawsze oddawał przeciwnikowi (oprócz Pawlaka, otrzymali go również Zimniak i Karłyk), po czym na swoje konto inkasował kolejne dwa. W ten oto sposób pozostaje on póki co jedynym niepokonanym zawodnikiem w pierwszej lidze.

Na przeciwnym biegunie znajduje się Marcin Karłyk. Debiutant, który znalazł się w pierwszej lidze dzięki wysokiemu miejscu w Rankingu SummerTime, nadal czeka na swoje pierwsze zwycięstwo. Wyraźnie nawiązuje walkę z przeciwnikami – tylko raz uległ bez wygranego frejma w meczu. Miało to miejsce z Mistrzem Ligi, a więc przegrana 0:3 nie jest wcale aż takim wstydem. W meczu z Jamroziakiem mógł myśleć o zwycięstwie, ale po wygraniu pierwszej partii w drugim frejmie zabrakło albo trochę umiejętności albo odrobiny szczęścia by prowadzenie w nim dowieźć do końca. Dziwna sprawa, bo mecz wygrał ten, który na przestrzeni całego meczu wbijał zdecydowanie mniej bil. No ale w końcu ta gra nazywa się „snooker” a nie „wbijanie”.

jachim
od lewej: Robert Jachimowski i Marcin Dzbanuszek

Nad Ligą w niedzielę albo wisiało jakieś fatum, albo w Układzie Słonecznym mieliśmy jakąś rzadko spotykaną koniunkcję planet, co wpłynęło na zachowanie snookerzystów - między innymi tych z pomarańczowej tabeli. Kuriozum wydarzyło się w spotkaniu Robertów: Wójcika z Jachimowskim. Pierwsza partia powędrowała na konto Jachimowskiego w wyniku niecodziennego rozstrzygnięcia. Wójcik zaliczył trzy chybienia. Pod rząd. Problem polegał na tym, że bila, w którą celował była możliwa do bezpośredniego centralnego zaliczenia. Przepisy określają ten rzadki wyjątek jako natychmiastową przegraną zawodnika z kiepskim celownikiem. W prawie dziesięcioletniej historii rozgrywek ligowych mieliśmy już raz taką sytuację. Ta niedzielna była jednak nieco inna – zwyciężył zawodnik z mniejszą ilością punktów na liczniku. Jako, że system służący nam do organizacji rozgrywek nie przewiduje takiego przypadku, widniejący tam wynik 35:34 de facto w rzeczywistości był odwrotny i wpisaliśmy go tak tylko dlatego, żeby frejm poszedł na konto Jachimowskiego.

Całościowa sytuacja w tabeli jest dość niecodzienna. Zdecydowanie reszcie stawki uciekła trójka Jachimowski / Bystrzyński / Leśniak. Mają ponad dwa razy więcej punktów nad piątym Tomaszem Kasińskim. W minioną sobotę w pościg za nimi rzucił się Marcin Dzbanuszek, zwyciężając 2:0 z Maciejem Stęsikiem, ale dystans do nich traci cały czas spory. Zatem wspomniana trójka jest już na prostej autostradzie do pierwszej ligi. Problem polega na tym, że autostrada jest nie trzy- a dwupasmowa. Jeden z nich, pomimo bardzo dobrych wyników, będzie skazany na mecz barażowy z pierwszoligowcem.

tic
Przemysław Tic

W trzeciej lidze cuda na kiju, świat wywracany jest do góry nogami, niespodzianka za niespodzianką. W roli głównej: Przemysław Tic. Szymon Grewling miał dobry plan. Zamierzał sobie dopisać 3 punkty na konto. W sumie nawet logiczne myślenie, kiedy to lider tabeli podejmuje zawodnika z ostatniego miejsca. No ale ostatni weekend to nie był czas na rzeczy oczywiste, tylko te niespotykane. Trudno powiedzieć czy Przemek Tic zagrał z Szymonem tak dobrze, czy też Szymon nie uniósł presji lidera, który zmierza wprost do drugiej ligi. Spotkanie zakończyło się wynikiem sugerującym „mecz do jednej bramki”. Wynik 2:0 dla Tica nie mówił jednak całej prawdy – spotkanie było bardzo zacięte, nerwowe a drugi frejm kończył się na ostatniej czarnej.

Przemo w sobotę powiedział A, więc w niedzielę powiedział B. Jeśli przytrafia się dobra passa, trzeba ją ciągnąć jak najdłużej. Kolejna wygrana, kolejne 2:0, kolejny emocjonujący pojedynek z dogrywką w drugim frejmie. Tu dostarczycielem punktów Ticowi okazał się Mateusz Rusin. W ten oto sposób po początkowych czterech porażkach, Przemysław odbija się w sposób zdecydowany i stanowczy od dna tabeli i zmierza w bezpieczne rejony środka tabeli.

Przegrana z Ticem była ciosem dla Grewlinga, ale nie jedynym, który przyjął w miniony weekend. W niedzielne popołudnie doszło do pojedynku na szczycie trzeciej ligi. Lidera podejmował niepokonany dotychczas Daniel Koza. I jako jedyny zawodnik w trzeciej lidze nadal pozostaje niepokonany. Tutaj Szymon również nie wygrał ani jednego frejma. Pierwszą partię trochę przespał a Daniel w niej nieco odskoczył brejkiem 17. Druga odsłona to wyrównany frejm do ostatniej czarnej. Koza, poprzez jej wbicie zapewnił sobie minięcie przeciwnika w tabeli i miejsce w fotelu lidera.

wix
Wiktoria Jendruszak

W grupie A czwartej ligi działo się niewiele w miniony weekend. Czołówka nie grała – punktami dzielono się niższych miejscach tabeli. Właściwie to podzielił się punktami Staszek Jackowski z Kubą Wielińskim, notując z nim remis. Podzielić z Kubą punktami nie chciał jednak już Marcin Trurl. Ograł młodszego przeciwnika, tym samym notując pierwsze zwycięstwo w tej edycji, a przy okazji wbijając kilka przyzwoitych brejków.

W grupie B też mieliśmy poważne zakłócenia czasoprzestrzeni i naginanie zasad rzeczywistości. Wiktoria Jendruszak miała w planach rozegrać mecz z Pawłem Gajdą. Co więcej – również Paweł Gajda miał w planach rozegrać mecz z Wiktorią Jendruszak. Problem polegał na tym, że chcieli to zrobić w innych godzinach. Paweł przyszedł na mecz na 16:00, Wiktoria przyszła na mecz na 18:00. Jeśli zastanawiacie co było dalej, wystarczy zapoznać się z Regulaminem Ligi. Zatem niestety w tym meczu nie uruchomiono ani razu białej bili.

Tymczasem w tej grupie trwa pościg za notującym optymalne wyniki Łukaszem Bartkowiakiem. Jego bilans to pięć zwycięstw, zero remisów, zero porażek. Wygląda na to, że pozostałym została walka o drugie miejsce w grupie, a docelowo o walkę w drugim etapie rozgrywek o miejsce barażowe z innymi wiceliderami grup. W tej materii szykuje się zażarta walka między Konradem Kubasiewiczem, Michałem Kozickim i Kazikiem Czerneckim. Ostatnim, który włączył się na poważnie do tej rywalizacji jest właśnie Kazik. Stało się to dzięki dwóm zwycięstwom odniesionym w krótkim czasie. Najpierw w sobotę poradził sobie dość łatwo z Krzysztofem Szwejkiem a następnie w poniedziałek po niedżentelmeńsku obszedł się z Wiktorią Jendruszak. W tych dwóch meczach praktycznie podwoił swój dotychczasowy dorobek punktowy.

stru
Jarosław Strugała

W grupie C rozgrywki przybrały niewytłumaczalną a czasem komediową formę, jakby zawodnicy byli pod wpływem środków zmieniających postrzeganie rzeczywistości. Ciekawostką jest to, że chcieli w nich zadebiutować zawodnicy grający normalnie w drugiej lidze. Jednak osią centralną tych wydarzeń, nadających się na odcinek serialu „Z Archiwum X”, był Jarosław Strugała. Znalazł się bowiem on w niecodziennej sytuacji - przyszło mu trzykrotnie zaczynać ten sam mecz z Jarosławem Chełminiakiem. Niee… …to nie jest tak jak myślicie. Wcale nie była powodem decyzja sędziego o powtórzeniu frejma. Po prostu Strugała miał kiepskiego cela – nie mógł utrafić w odpowiedniego przeciwnika. Dwukrotnie zaczynał mecz z kims, kogo brał za Chełminiaka, a kto Chełminiakiem nie był. Albo był to zbieg okoliczności, że zarówno Robert Jachimowski i Robert Wójcik też niespecjalnie wnikali, czy Strugała, z którym zaczynali grać, to ich prawidłowy przeciwnik, albo Strugała tak tęskni za drugą ligą, że podświadomie zaczynał z nimi mecze. Amok. Czasem ludzie widzą tylko bile.

Strugała rozegrał dwa mecze tej niedzieli i rzeczywiście również podczas prawidłowo rozpoczętych meczów miał kiepskiego cela. Zarówno ze wspomnianym Chełminiakiem, jak i z Marcinem Szoferem zanotował dwukrotnie remis. Dzięki temu z wszystkich grup czwartoligowych w grupie C rywalizacja nabiera największych rumieńców. Jarek Strugała jest co prawda nadal liderem, ale ma jeden mecz rozegrany więcej niż Szofer i Wojtek Ptak. Wystarczy, że któryś z nich w najbliższym spotkaniu odniesie zwycięstwo to zdetronizuje wówczas głogowianina.

Dla wytrawnych obserwatorów Ligi Snookera 12ft odbył się w tej grupie jeszcze jeden istotny mecz ostatnio. W pojedynku zawodników bez zwycięstwa w tej edycji zmierzyli się Paweł Stacherzak z Andrzejem Kurczewskim. Grono to z tarczą opuścił Andrzej. Co ciekawe jak na spotkanie zawodników, którzy mają tendencje do remisowania, oba frejmy zakończyły się dość wyraźnym zwycięstwem Kurczewskiego.