Pracowali na to dwa miesiące. Rezultaty za ich pracę zbiegły się mikołajkami i zgodnie z ich duchem niektórzy zawodnicy Ligi Snookera 12ft dostali nagrodę, inni obeszli się smakiem a jeszcze inni  w ponieśli zasłużoną karę. W miniony weekend zakończyły się rozgrywki drugiej i trzeciej ligi, a czwarta liga zakończyła pierwszy, kluczowy etap rozgrywek. Z tego powodu, przed każdym spotkaniem tychże lig, celem przewidzenia wszystkich scenariuszy z cyklu „na którym miejscu wyjąduję” w klubie 12ft dokonywano tyle obliczeń, że w Europie wykonywano ich zapewnie więcej jedynie przy Wielkim Zderzaczu Hadronów w szwajcarskim CERNie. Emocje kipiały oraz było słychać pracę trybików w głowach snookerzystów próbujących przewidzieć końcową kolejność w tabeli.

Zanim dotrzemy do końcowych rozstrzygnięć wspomnianych we wstępie, zaczniemy tradycyjnie krótkim opisem ostatnich wydarzeń w pierwszej lidze. Zawodnicy najwyższej klasy gier uraczyli nas w weekend pięcioma meczami, gdzie większość z nich z przyjemnością należy zaliczyć do grona tych ciekawszych. Ludzie z niedowierzaniem patrzeli na ostatnie występy Wiktora Doberschuetza, gdy przegrywał on spotkanie za spotkaniem. Wciąż urzędujący Mistrz Ligi przypomniał sobie minionej soboty swoje największe atuty gry w snookera – to oznaczać mogło tyko jedno: poważne kłopoty jego przeciwników. Na pierwszy ogień poszedł Paweł Deckert. Nie dostał on żadnej taryfy ulgowej i został potraktowany przez Doberschuetza w sposób bezlitosny a obecni w klubie mogli oglądać snookerowego morderstwa z zimną krwią ze szczególnym okrucieństwem. Paweł nawiązywał kontaktową walkę jedynie w drugim frejmie, ale to było za mało na tak dobrze grającego tego dnia Wiktora. Dowodem jego dyspozycji niech będzie fakt, że podczas trzech frejmów Wiktor wypracował sobie aż 43 (słownie: CZTERDZIEŚCI TRZY) procent rabatu z tytułu wbitych brejków. Zaaplikował przeciwnikowi siedem brejków notowanych, w tym cztery trzydziestki i jedną dwudziestkę dające mu tę zniżkę w przyszłej edycji.

tytus
Tytus Pawlak

Kolejnego przeciwnika Doberschuetz również bezpardonowo sprowadził do parteru. Tytus Pawlak, który poważnie myśli o miejscu na podium, może nawet o tym najwyższym, zaliczył w tym meczu ciężki nokdaun. Wiktor postarał się również o dodatkowe upokorzenie Tytusa – w drugim frejmie podejściem na 59 punktów pobił o trzy oczka dotychczasowy najwyższy brejk tej edycji autorstwa… …a jakże – Tytusa Pawlaka. Nie trzeba dodawać, że oba spotkania zakończyły się zwycięstwem Wiktora 3:0.

Lekki obłęd na twarzy, z dodatkiem drobnego wytrzeszczu oczu oraz tańcem języka pod nosem. Stan transowy na poziomie, który wzbudziłby szacunek u niejednego indiańskiego szamana. Gdy Maciej Śniegowski znajduje się w takim stadium, przeciwstawić mu się może jedynie snookerzysta, który jest po mentalnym szkoleniu na agenta KGB, lub jest pod wpływem zaklęć ochronnych. Mikołaj Stęsik niestety ani szkolenia nie przebył, ani nie zna żadnego maga. Maciej dość szybko wszedł w swoją „zonę” i przejął kontrolę nad meczem. Poszczególne frejmy nie różniły się zbytnio od siebie. Wytrącony z psychicznej równowagi Mikołaj, na pewnym etapie przyjął już nawet pozę rezygnacji, gdyż widział, że na tak skupionego i sfokusowanego Śniega nie ma odpowiedniej broni w swoim arsenale. Maciej wygrał wszystkie frejmy tego spotkania. Wynik tego meczu jest o tyle istotny, że Mikołaj bije się o tytuł Mistrza Ligi (w tej chwili zajmuje drugą pozycję), więc mecz, po którym nie dopisał w tabeli sobie ani jednego punkciku musiał go na pewno zaboleć. Dla Macieja z kolei jest to obiecujące wejście w decydującą fazę sezonu, w której rozpoczyna swój plan o pseudonimie „Akcja Utrzymanie Jesień 2017”.

Do pojedynków na dobre wraca Piotr Słodzinka. Po kontuzji nadgarstka ma coraz mniej uprzykrzających życie dolegliwości, więc za chwilę będzie hurtowo rozgrywał zaległe mecze. Póki co rozpędza się powoli i rozgrywa pojedyncze spotkania – minioną niedzielę podejmował Rafała Zimniaka. Przypominanie sobie gry na dawnym poziomie Piotrowi idzie różnie. Pierwszy frejm odda przeciwnikowi. Na prawidłowe tory wskoczył dopiero w drugiej partii i od tego momentu Rafał nie miał już nic do powiedzenia. Trzy konkretne brejki w drugim frejmie oraz kontrolowany trzeci dał Słodzince drugie zwycięstwo w tym sezonie. Dzięki temu po kilku tygodniach opuścił ostatnie miejsce w tabeli.

Każdy kto chce się dowiedzieć na czym polega determinacja i nauczyć się jej powinien udać się po poradę do Tomasza Bystrzyńskiego. Jego ostatni mecz z Robertem Jachimowskim był podręcznikowym przykładem starcia dwóch zawodników walczących zaciekle o ten sam cel – bezpośredni awans do pierwszej ligi. I to kosztem przeciwnika w tego meczu. Przebieg spotkania miał dwa skrajne scenariusze. Przewagę najpierw zdobył Jachimowski. Pierwszego frejma wygrał dość pewnie przewagą ponad dwudziestu punktów. Druga odsłona zapowiadała rychłe zakończenie pojedynku, kiedy Robert prowadził 29:2 a Tomasz poruszał się przy stole jak dziecko zagubione we mgle. Na szczęście Bystrzyński w ostatnim możliwym momencie się opanował i odbudował. Nie pozwolił przeciwnikowi na zwiększenie przewagi i zaczął mozolnie odrabiać straty. Na tyle skutecznie odebrał ochotę do gry Jachimowskiemu, samemu nabierając rozpędu i pewności w grze, że drugą część tego frejma „Spider” wygrał 75:19! Jachimowski również wspiął się na wyżyny opanowania psychicznego i w trzecim frejmie ponownie zaczął regularnie wbijać. Regularnie wbijał również Bystrzyński. Inaczej skończyć się to nie mogło – mecz o bezpośredni awans do pierwszej ligi kończył się na ostatniej czarnej. Chwila „gonienia się” po stole z ostatnią kulką i koniec końców 53:51 dla Tomasza. Gratulacje awansu do najwyższej klasy gier po raz większy w karierze. I to karierze nie byle jakiej, bo trwającej od 2009 roku nieprzerwanie na przestrzeni 27 edycji! Co prawda awans ten nastąpił nawet z pierwszego miejsca, ale to było wiadomo dopiero po ostatnim meczu z Johnem Lennonem, który to Bystrzyński wygrał bez większych problemów 2:0.

wojcik
Robert Wójcik

Jeden frejm. Tyle zabrakło do szczęścia Robertowi Wójcikowi. Jeszcze tydzień temu znajdował się na samym dnie tabeli. Wtem obrót spraw stał się naprawdę dynamiczny. Najpierw otrzymał wygraną walkowerem od Macieja Stęsika, z powodów mało sportowych i godnych napiętnowania (nie chciało mu się grać, rodzinna przypadłość?). W ten oto sposób Robert meczem z ostatnim wówczas Johnem Lennonem stanął przed szansą wyrwania się ze strefy bezpośredniego spadku do trzeciej ligi i awansowania na pozycję gwarantującą mecz ostatniej szansy, czyli baraż. Pierwszy frejm tego spotkania przebiegł zgodnie po myśli Wójcika. Drugi? Już nie. Nie pomogła już w niczym sportowa frustracja i zmiecenie przeciwnika w decydującym frejmie (70:29). Wynik 2:1 dał Robertowi tylko dwa punkty. Do barażu zabrakło jednego.

Pełen emocji był również mecz pomiędzy Marcinem Dzbanuszkiem a Piotrem Gazdą. Co ciekawe stawka spotkania zmieniała się z każdym frejmem. Przed pierwszym uruchomieniem białej Marcin grał o to, by wygrać z Piotrem przynajmniej jednego frejma – to mu gwarantowało miejsce uprawniające do barażu o pierwszą ligę. Piotr grał o to by wygrać z Marcinem 2:0 – wówczas to on zajmie jego miejsce w barażu. Pierwszą partię wygrał Gazda. Sprawa się rypła w drugiej odsłonie. Tutaj Dzbanuszek zabezpieczył swoją pozycję czwartą w tabeli i mógł odetchnąć z ulgą. Odetchnąć nie mógł Gazda, gdyż porażka oznaczałaby baraż, ale ten niefajny – o utrzymanie się w drugiej lidze. Potrzebował zwycięstwa, by zająć neutralne miejsce w środku tabeli. Presja stawki chyba zdjadła Piotra Gazdę gdyż trzecią, decydującą odsłonę przegrał sromotnie, wbijając jedynie 4 punkty.

O trzeciej lidze w tej edycji można by napisać książkę. Przed ostatnią kolejką szansę na awans miała cały czas większość zawodników. Wiadomo było jedynie, że Daniel Koza awansuje wyżej (nie wiadomo było z którego miejsca) oraz że do czwartej ligi „lecą” Rusin z Sobczakiem. Cokolwiek napiszemy w telegraficznym w skrócie o sytuacji w tabeli będzie jedynie przysłowiowym zarysowaniem powierzchni w tym temacie. Dowodem jest na to, że w sobotę rano szansę na bezpośredni awans miał Przemysław Tic zajmujący wówczas siódmą pozycję.

Najbardziej nerwowe spotkanie trzeciej ligi odbyło się pomiędzy Maciej Szulczewskim a Karolem Tyszerem. Karol, zaprawiony w bojach o utrzymanie w trzeciej lidze, w barażach czy o najwyższe miejsca w lidze czwartej wiedział „z czym sie je” takie pojedynki i poradził sobie znacznie lepiej od przeciwnika. Maciej Szulczewski meczów o konkretną stawkę w swojej karierze miał bardzo niewiele i od razu tę różnicę doświadczenia było widać przy stole. Pierwszego frejma przegra sromotnie. Podczas niego było widać, że Maciej zupełnie nie radzi sobie psychicznie z tym co licznik z wynikami pokazuje. Zresztą chyba nawet tego nie próbował ukrywać. Wiadomo jak to działa – taka reakcja jest wiatrem w żagle przeciwnika i dodaje mu jeszcze wiatr w żagle. Szulczewski próbował się opanować w drugim frejmie, jednak udało się mu to tylko po części. Nawiązał walkę z Karolem, jednak ten pozostał niewzruszony i dalej grał „swoje”. 2:0 dla Tyszera i po kilku barażach o trzecią ligę pierwszy raz zagra o drugą.

adamczak
Piotr Adamczak

Ostatnie spotkanie trzeciej ligi między Przemkiem Ticem a Piotrem Adamczakiem bacznie obserwował Szymon Grewling – jedyny zawodnik denerwujący się więcej poza meczem niż podczas meczu. Zwycięstwo Adamczaka degradowało Szymona z drugiego miejsca i skazywało go na konieczność rozegrania meczu barażowego do drugiej ligi. Zwycięstwo 2:0 Tica dawało Ticowi utrzymanie w trzeciej lidze kosztem Szulczewskiego a Grewlingowi awans do drugiej. Każdy tu grał o stawkę. Stawkę mieli też Ci, którzy nie grali. Po pierwszym wygranym frejmie przez Piotra, Szulczewski mógł odetchnąć. Zdemotywowany Tic, w drugim frejmie był jedynie tłem dla Adamczaka, który zdobył ponad dwa razy więcej punktów od niego. W ten oto sposób Piotr Adamczak po OŚMIU latach wraca do drugiej ligi. Gdy ostatnio tam występował podczas edycji Wiosna 2009, za sąsiadów w tabeli miał Tadeusza Miężalskiego, Łukasza Stasiaka czy Krzysztofa Dudę. Ktoś ich jeszcze kojarzy?

Czwarta liga zakończyła pierwszy, kluczowy etap rozgrywek. Każda z trzech grup dała nam inny rodzaj rywalizacji. W grupie A do końca liczył na potknięcie rywala Michał Bartkowiak. Grzegorz Sroka jednak zagrał pewnie i w swoich dwóch ostatnich meczach zwyciężył, choć wystarczyłaby mu tylko jedna wygrana w tych dwóch spotkaniach, by utrzymać pozycję lidera. Ani Piotr Kurek ani Artur Urbaniak nie stworzyli zagrożenia w żadnym frejmie rozgrywanym z kaliszaninem.

W tej grupie na finiszu równie dobrze co Sroka zapunktował Marcin Trurl. W dwóch ostatnich grach także zdobył sześć punktów, choć trzy oddał za darmo Hubert Manejkowski drogą walkowera. Druga część weekendowej zdobyczy była już uczciwie zarobiona przy stole poprzez wyrwanie dwóch partii Arturowi Urbaniakowi, który wyraźnie nie był w formie tej niedzieli.

W grupie B rozstrzygnięcia zapadły jeszcze wcześniej. Łukasz Bartkowiak pierwszego miejsca był pewien przed ostatnim meczem. Oczywiście nie zrobiło to na nim większego wrażenia i wygrywając z Pawłem Gajdą zanotował idealny wynik w grupie z liczbą ośmiu porażek i ani jednego remisu czy tym bardziej porażki.

kozicki
Michał Kozicki

Walka natomiast toczyła się za jego plecami o miejsce drugie, które jeszcze daje szansę na mecz barażowy do trzeciej ligi. Co ciekawe – sprawa ta rozstrzygnęła się 18 listopada. Wówczas to Michał Kozicki wygrał 2:0 z Konradem Kubasiewiczem. Szansę na wtrącenie się miał jeszcze Kazimierz Czernecki, ale w koncertowy sposób ją zaprzepaścił. W piątkowym meczu z Łukaszem Tomaszykiem, wygrana dawała mu bezdyskusyjnie drugą pozycję. Tymczasem Kazik presji nie uniósł i wyraźnie przegrał w obu frejmach z młodszym snookerzystą.

Cuda działy się za to w grupie C. Przed rozpoczęciem weekendowych gier z odległości ponad stu kilometrów rozwojowi wydarzeń mógł jedynie przyglądać się ówczesny lider tabeli – głogowianin Jarosław Strugała. Tydzień wcześniej rozegrał już wszystkie swoje mecze i poszło mu niestety nienajlepiej. Pretendentów do odebrania miejsca pierwszego było kilku. Wojtkowi Ptakowi wystarczyło wygrać dwa ostatnie mecze, by usadowić się na czele tabeli. Gdy w pierwszym z tych dwóch spotkań zremisował, wiadomo było, że szanse na to znacznie zmalały a droga na fotel lidera otwarła się dla Marcina Szofera. Marcin jedynie musiał wygrać w niedzielny poranek z Łukaszem Uciechowskim i… …wygrał. Dopiero lwówczanin wykorzystał szansę na przyklepanie sobie pierwszego miejsca w grupie i walce o miejsca 1-3 w całej czwartej lidze w drugim etapie gier.

Zatem najbliższe dwa weekendy to finisz rozgrywek pierwszoligowych i drugi etap rozgrywek w czwartej lidze, który ustanowi końcową kolejność między wszystkimi 27 zawodnikami tej klasy gier.