Nadchodzi zima. Właściwie to już tu jest. Biała pokrywa przykryła wszystko co szarobure i bez wyrazu, wszystko co byle jakie, wszystko co brzydkie, czyli wszystko co musieliśmy oglądać jesienią jeszcze kilka tygodni temu. Tak jakby ktoś wymazał nasze otoczenie i ukazał naszym oczom nowe, oczyszczone okolice. Wraz z zimą nadeszła również zimowa edycja Ligi Snookera 12ft – i tu mamy podobny efekt. W przeszłość odeszły wrażenia jesiennej gry bez wyrazu, zapomnieliśmy o byle jakich frejmach poprzedniej edycji, nie pamiętamy już tych brzydkich listopadowych meczów. Zimowa edycja właśnie się zaczyna a wraz z nią, świeże otwarcie, czyste konto i niezapisana niczym biała kartka. Choć w ostatni weekend niektórzy już zdążyli coś na niej nabazgrać.
Przygotujcie się. Nadchodzi zima.

Pół setki. Tyle nas jest. Ani sztuki więcej ani nazwiska mniej. Pięćdziesiąt. W dzisiejszych czasach popkultury liczba ta kojarzy się głównie z erotykiem dla gospodyń domowych z Panem Szarym w tytule. Pięćdziesiąt zawodników to zgrabna sytuacja dla organizatora. Tradycyjnie trzy najwyższe poziomy gier liczą po dziesięć osób a dwudziestka pozostałych została podzielona na dwie grupy dziesięcioosobowe w czwartej lidze. W najniższej klasie gier zawody w pierwszej fazie będą się toczyć identycznie jak w ligach wyższych. Na koniec, zostanie rozegrana faza druga – czyli kolejka finałowa. Pierwszy zawodnik z grupy A zmierzy się z liderem grupy B o to kto z nich jest ostatecznie pierwszy lub drugi w czwartej lidze. Snookerzyści z drugich miejsc w grupach zagrają o pozycje 3-4 w klasyfikacji końcowej czwartej ligi. Zawodnicy z miejsc trzecich w grupach o miejsca 5-6 na koniec edycji. Itd., itp., cdn.

To właśnie czwartoligowcy otworzyli zmagania ligowe zimowej edycji Ligi Snookera 12ft. Kazimierz Czernecki ze Stanisławem Jackowskim zagrali awansem już w piątek i okazało się to dobrym pomysłem tylko dla jednego z nich. Dla Kazika. Wygrał w miarę pewnie mecz 2:0 i może uznać, że lepszego otwarcia tej odsłony Ligi nie mógł mieć.

Ale ale. Dla przejrzystości zacznijmy pisać według jakiegoś porządku innego niż chronologiczny. Tak więc w pierwszej lidze zagrano cztery mecze. W najciekawszym z nich brązowy medalista poprzedniej edycji, Tytus Pawlak, zanotował karkołomny i nieprzyjemny start w rozgrywkach. Jego przeciwnikiem był Robert Jachimowski, który ma w zwyczaju oscylować to raz w pierwszej lidze raz w drugiej. Robert postawił wymagające warunki Tytusowi i był bliski zgarnięcia kompletu punktów. Mecz mógł się podobać, gdyż w pierwszym frejmie widzieliśmy dogrywkę a pozostałe dwa były pokazem umiejętności po kolei każdego z zawodników. W drugiej partii Jachimowski zmiótł Pawlaka, by ten w ostatniej odsłonie zdołał uratować honor i wygrał tę część gry wbijając trzy notowane brejki.

Liderem pierwszej ligi został od razu Mistrz z poprzedniej edycji – Wiktor Doberschuetz. Jego ofiarą był co ciekawe wspomniany Jachimowski. Tutaj Robert nie mógł w żadnym frejmie nawet nawiązać walki. Każda partia rozstrzygała się dość szybko a Wiktor punktowo odjeżdżał zanim Robert na dobrze wszedł we frejma. 3:0, brejki Doberschuetza 46 i 42. Mecz do jednej bramki.

Druga liga to ta część rozgrywek, która najmniej grała w miniony weekend. Do formy sprzed lat wraca Maciej Śniegowski. Pięć lat temu nawet zaliczył epizod w pierwszej lidze a w tej edycji gra po raz pierwszy na zapleczu ekstraklasy od kilku lat. Czas tułania się po trzecich i czwartych ligach dobiegł jednak końca. Maciej daje wyraźny sygnał, że druga liga to tylko przystanek i już w pierwszym meczu zgarnął komplet punktów. Łatwego przeciwnika nie miał – był nim bowiem spadkowicz z pierwszej ligi – Marcin Smorawski. „Na papierze” faworytem był Smorawski, jednak mecz ułożył się wprost przeciwnie. Śniegu odniósł łatwe zwycięstwo w obu frejmach uniemożliwiając przeciwnikowi wbicie choćby 30 punktów.

W ślad Śniegowskiego podąża jego imiennik – Maciej Undrych. Zestawienie pary meczowej było identyczne – były pierwszoligowiec z byłym trzecioligowcem. Tu jednak losy pojedynku były odmienne i chyba zgodne z przewidywaniami. Mateusz Rusin nawiązał walkę, oba frejmy kończyły się dopiero na końcowych bilach, jednak to Undrych w obu odsłonach zwyciężył.

Głogowska mąciwoda w trzeciej lidze. Tomasz Leśniak wpadł na weekend do Poznania i od razu rozegrał cztery mecze. Cztery gry o biegunowo odległych rezultatach. Tomek w niedziele zbierał, ale też rozdawał punkty przeciwnikom. Najłatwiejsze zwycięstwo przyszło mu z Johnem Lennonem – oba frejmy wygrane sumaryczną przewagą 48 punktów. Najcięższy nokaut zafundował mu z kolei Jarosław Chełminiak – obie partie przegrane w sumie 102 (słownie: STU DWOMA) punktami. Efektem tych czterech pojedynków jest oczywiście pozycja lidera, ale wynikająca jedynie z dużej liczby rozegranych gier. Gdy towarzystwo trzecioligowe rozegra tyle pojedynków co Tomasz, zapewne wyląduje on gdzieś w okolicach środka tabeli.

Analizy kończymy od tematu, którym zaczęliśmy – od zmagań czwartoligowych. Na czele tabeli grupy A usadowił się zawodnik, który jest absolutnym debiutantem w rozgrywkach w 12ft. Maciej Szulczewski bez kompleksów przystąpił do zmagań i w pierwszym meczu wypunktował nie byle kogo, bo samą Anię Gruszkiewicz. Zwycięstwo to jest niewątpliwie niespodzianką, ale nie przypadkiem. Dowodem są brejki notowane, których Maciej w dwóch frejmach uzbierał w sumie pięć. Czym jest podrażniona ambicja Ani przekonał się Marcin Trurl. Gruszkiewicz nie czekała i już następnego dnia udała się w pogoń za Szulczewskim w tabeli. Marcin, który w niedzielę miał wyraźnie słabszy dzień (na trzy niedzielne mecze przegrał dwa, jeden zremisował) postawił Ani niezbyt duży opór. Gruszkiewicz zwyciężyła 2:0

Niespodzianką jest również porażka Michała Kozickiego. Zaprawiony weteran na polach drugi i trzecioligowych w tej edycji pierwszy raz gra w czwartej lidze. Na początek zmierzył się z debiutującym w Lidze Snookera a znanym z Ligi Pool Bilarda, Nikodemem Jankowiakiem. Przebieg meczu udowodnił, że Nikodem znajduje się w znakomitej dyspozycji, niezależnie której odmiany gier bilardowych się dotknie. 23 oczka – tyle uzbierał Michał. W obu frejmach. Gry przeciwnik w każdej partii zdobywa powyżej 50 punktów, to można mówić o ciężkim laniu.

W grupie B mogliśmy oglądać powracającego po czterech latach przerwy do gier ligowych Roberta Wójcika. W teorii wśród wszystkich dwudziestu czwartoligowców jest on najpoważniejszym kandydatem na wygranie całej czwartej ligi w tej edycji. Rozpoczął zgodnie z przewidywaniami – wygrał z zawodnikiem, którzy gra w kratkę, czyli z Marcinem Blachowski. W kratkę czasem w obrębie jednego meczu, jak właśnie mogliśmy zaobserwować minionej soboty.

Na czele tabeli B znajduje się dzięki wbitemu największemu brejkowi Daniel Koza. Wygrał z kim? Również z Blachowskim. Popularny „Mansell” dzięki swoim wybrykom weekendowym przy stole jest przez to ostatni. Od przyszłego tygodnia zacznie się naprawianie sytuacji.

Druga kolejka już w ten weekend. Dla kogo otwarcie będzie nadal świeże a kto już sobie pobrudzi cenzurkę brzydkimi wpisami? Tym drugim świeże opady śniegu już nie pomogą.