Z tego co słyszałem, Paweł Deckert postawił sobie cel – awansować do 1 Ligi i z niej nie spaść. Pierwszy punkt prawie osiągnięty, a jeśli grać będzie na podobnym poziomie co w tej chwili – to i z drugim nie będzie wielkich problemów.

Siedem rund ligi snookera za nami. To ostatnie chwile, kiedy pewnym można być tylko tego, że zedrą z nas podatki oraz że benzyna zdrożeje, gdyż już w najbliższy weekend mogą zapaść pierwsze stuprocentowo pewne rozstrzygnięcia kto awansuje a kto leci w dół. Sytuacja ta powoduje, że po ostatniej kolejce wielu zawodników stało się nerwowych niczym alergik na wiosnę, ponieważ znajdują się w przeddzień momentów prawdy, kiedy to okaże się czy zrealizowali swoje cele na tą edycję, przesądzające o tym, w której klasie gier będą grać w odsłonie zimowej Ligi.

Najbardziej poczytni dziś twórcy to nie wybitni literaci, którzy opis targanego wiatrem liścia potrafią poetycko rozciągnąć na dziesięć stron rękopisu. Nie są to również filozofowie rozstrzygający egzystencjonalne zagadnienia bytu i niebytu, ani mędrcy życiowi zadający sobie fundamentalne pytania (czyli pić browar czy wódkę, wieszać się czy głosować na PiS), ale autorzy, którzy napisali książki na najbardziej fascynujący ludzkość temat, czyli instrukcja jak niedorajdy mogą osiągnąć sukces w: biznesie*/miłości*/życiu*/na platformie wiertniczej*/rywalizacji*/hodowli gołębi pocztowych*. Za nami ligowy półmetek i wielu zawodnikom z dolnych części tabeli ww. lektura mogłaby poczynić wiele dobrego, gdyż umiejętności sportowych im nie brakuje, a niepowodzenia spowodowane są głównie przez nieodporną na stres meczowy psychikę.

[*-niepotrzebne skreślić]

Tytułowe określenie ukuł francuski pisarz Emmanuel Carrère, kiedy to próbował opisać Rumunię tuż po upadku dyktatora Nicolae Ceauşescu. Dla ludzi Zachodu wszystko co się tam działo, było mało przewidywalne, odbiegało od ich standardów a poniekąd przez to fascynujące. Po odpowiednim przeskalowaniu zjawiska - dyktator Krzysztof Górniak odszedł z Ligi więc samo określenie idealnie pasuje do snookerowej ligowej rzeczywistości. Bezkrólewie, niespodzianki, zaskoczenia, jaranie się, powiększająca się presja – w kolejnych dwóch rundach rozgrywek po inaugurującej kolejce mieliśmy tego wszystkiego niemal tyle ile bilonu ma w skarbcu Sknerus McKwacz.

„Jesień się już zaczęła.” Sezon urlopowy 2012 przechodzi do historii a w perspektywie kolejna dłuższa przerwa od tyrki to dopiero okres świąteczno-noworoczny. Uczniowie i studenci poznali już swój ostateczny plan zajęć, z którym będą walczyć przez najbliższe 9 miesięcy. Ale zdanie „jesień już się zaczęła” nabiera w pełni prawdy dopiero wtedy, gdy w 12ft rozegra się pierwszą kolejkę jesiennej edycji Ligi Snookera. Miniony weekend przywiózł nam całą wywrotkę emocji dawno nie widzianych w zawodach ligowych – głównie dlatego, że zdecydowana większość pojedynków odbywała się między zawodnikami, którzy nigdy jeszcze ze sobą oficjalnie nie zagrali.

Z lekcji biologii w szkole podstawowej wiemy wszyscy, że ssaki rozmnażają przez zapłodnienie, a część robactwa i partie polityczne przez podział. W tym drugim, niezbyt elitarnym gronie ku ogólnemu zaskoczeniu znajdują się również nasze poznańskie snookerowe rozgrywki ligowe. W rozpoczynającej się właśnie XV edycji Ligi Snookera 12ft po raz pierwszy w historii (o dziwo – również w skali kraju) będziemy mogli podziwiać zmagania na najniższym poziomie czwartoligowym. Kto zdobędzie unikalny puchar za 1 miejsce w 4 lidze? Przekonamy się za dwa miesiące.

 

Większość pierwszo i drugoligowców już dawno myślami albo ciałem na wakacjach. Najważniejsze kwestie i tytuły edycji Wiosna 2012 już rozdane. Jak zwykle natomiast jako ostatnia finiszowała trzecia liga a całość została na koniec spięta klamrą o nazwie baraże. Tak można podsumować dwa ostatnie weekendy na stołach do bilardu angielskiego w klubie 12ft.

Bohaterowie kultury masowej, tacy jak Hans Kloss, Waldemar Pawlak czy Batman, lubią wracać. Do tego powrotów fikcyjnych bohaterów z filmów „Och Karol 2" , „Sztos 3", „Piła 8” czy „American Pie 12” jest więcej niż comebacków do kraju naszych zdolnych studentów szorujących gary w angielskich knajpach. W Lidze snookera niczym w popkulturze – stare wraca niczym nowoopakowane cacko. Marek Leichert, Marcin Dzbanuszek, wracają do pierwszej ligi. Hubert Miężalski awansuje do drugiej, w której spędził wiele edycji. A to jeszcze nie koniec, bo przecież baraże przed nami. Jednak znów wraca aktualna nieśmiertelne filozoficzne pytanie branży rozrywkowo-gastronomicznej: co lepsze - stary kotlet niż nowy pasztet?

 

Wśród wielu przeróżnych zawołań tłumu jest wiele, które wciąż są popularne. Od lat słyszymy „Jarosław Polskę zostaw zbaw”, nacjonalistyczne „Polska cała tylko biała”, nieśmiertelne (nie wiedzieć czemu) „Precz z komuną”. Hasło, które zawodnicy, obserwatorzy, osoby postronne (nie śmiem ich nazwać kibicami) w naszej Lidze, mogą od czasu do czasu sobie w myślach powtarzać, to wszelkie personalne wariacje uniwersalnego powiedzonka, które zapewne za parę tygodni znów będzie aktualne „Polacy, nic się nie stało”. Bila wbita przez przeciwnika jakimś babolem, z którego zrobi dużego brejka, bądź co gorsza będzie to bila na frejma, niewbita kula na wygraną partię, głupie błędy skutkujące porażką – nic się nie stało. Zawsze będzie kolejny frejm, kolejny mecz, kolejna edycja. Coraz więcej takich myśli, gdyż coraz więcej ucieka szans na ostateczny sukces w tej edycji.

 

Cztery, a właściwie to trzy i pół kolejki edycji Ligi Snookera Wiosna 2012 za nami. Część zawodników po długim weekendzie najwyraźniej mentalnie nie była gotowa przystąpić do pojedynków i tak większość spotkań ostatniej rundy została przełożona. Spośród mniejszej ilości spotkań możemy jednak znaleźć parę perełek.

Lato (choć trudno w to uwierzyć, bo do kalendarzowego jeszcze sporo) zawitało nie tylko do sklepów z ciuchami, w postaci letnich kolekcji, czy na ogródki działkowe, gdzie rozpalanych majówkowych grillów było więcej niż uczestników demonstracji antyrządowych, czy też celebrytów w programach śniadaniowych. Po długoweekendowych melanżach w temperaturach po raz pierwszy zaznanych tego roku, trzeba było po przerwie ponownie stawić się przy dwunastostopowych stołach do bilardu angielskiego i wrócić do ligowej szarzyzny pasjonującej rywalizacji.

„Stoi na stacji lokomotywa, Ciężka, ogromna i pot z niej spływa…”
Wierszyk Tuwima przychodzi mi na myśl w na początku każdej edycji ligowej. Tu mecz przełożony, tu awansem, w tabelach rozgardiasz i pustki. Jeszcze nic nie wiadomo, a już wyglądamy faworytów i ewentualnych kandydatów do spadku wśród tych, którym poszło nadzwyczaj dobrze lub nadzwyczaj źle na starcie.

Żyjemy w czasach, kiedy to co chwila jesteśmy zaskakiwani faktem, że w naszym kraju jest czegoś za mało. Za mało pracy dla młodych ludzi, za mało perspektyw dla ludzi ze wsi, za mało pieniędzy dla górników, pielęgniarek albo innej jakiejkolwiek grupy zawodowej umiejącej zorganizować się na tyle, żeby powybijać szyby w sejmie albo sparaliżować blokadami duże miasto. Brakuje też dobrych lekarzy, fachowych adwokatów, skutecznych menedżerów oraz niezłych piosenek i sukcesów sportowych. Nie brakuje natomiast jak zwykle problemów, wiochy, żenuy, przegięć, pieprzenia bez sensu i nepotyzmu. Nawet ostatnimi czasy rząd Donalda Tuska, wychodząc konfrontacyjnie naprzeciw problemom rachunkowości krajowej, dokonał bilansu i okazało się, iż przede wszystkim brakuje Polsce Polaków, bo przez to, że jest tak mało młodych, ci starzy muszą przekładać o ładnych parę lat marzenia o spokojnej „EMce”. Liga Snookera po raz kolejny udowadnia, że jest krzywym zwierciadłem wielowymiarowej otaczającej nas rzeczywistości. Nam też brakuje – ściślej mówiąc jednego zawodnika.

Ostatnie dwa weekendy to zmagania, które często giną w cieniu pierwszo i drugoligowych potyczek. Ustalono (najczęściej) metodą sportową ostateczną kolejność w trzeciej lidze, prawie w ogóle nie spotykaną w tych rejonach Ligi, czyli „najlepszy z trzech”. Za nami również mecze barażowe o różnych scenariuszach: tych najbardziej zaciętych jak i tych, które odbyły się tylko na papierze.

 

Nie przypominam sobie takiej Ligi jak ta. Mógłbym rzec, że mieliśmy do czynienia z największą ilością nieprzewidzianych wzlotów i upadków, ale przecież taki właśnie jest snooker, że czasem ci potencjalnie słabsi trafiają na swój dzień i wywracają do góry nogami tabele. Utytułowanym zawodnikom klubowym, którzy standardowo zaliczani są do grona faworytów miny rzedły niejednokrotnie przez ostatnie trzy miesiące. Summa summarum na wszystkich trzech levelach wtajemniczenia tryumfowali ci, z którymi liczyć trzeba się było.