teamgpNowa fryzura Katarzyny Cichopek. Czy Palikot po jointcie zdecydował się na ciąg eterowy? Nekrocelebrytka z Sosnowca i pierwszy hipster branży detektywistycznej. Polskie obozy i baraki Obamy. Czy Natalia Siwiec się już rozebrała? Zamach na posłankę Beatę Kęmpę zorganizowany przez tancerza Rafała Maseraka, wraz z uwiedzionym przez niego klawiszem z bazy Guantanamo. W co i za ile ubrały się Grycanki? Dody bóle kręgosłupa od jej za dużych cycków. W ten weekend te oraz wiele innych faktów nie miało żadnych szans na przedarcie się do świadomości zawodników w klubie 12ft. Warunek: musieli się oni zgłosić się do turnieju drużynowego Team Grand Prix.

27 zawodników podzielonych na 9 drużyn, rozmieszczonych w dwóch grupach. Te liczby i przede wszystkim formuła zawodów zagwarantowały zagęszczenie atmosfery turniejowej, rywalizacji w niecodziennej odsłonie, skutecznie absorbujące wszelką uwagę zawodników praktycznie przez bite całe dwa dni turniejowe. Dwa dni wycięte z życiorysu, poświęcone wyłącznie zabawie snookerem. No chyba, że się odpadło za wcześnie – wówczas to był jeden dzień.

Solą turnieju były rozgrywki grupowe. Psychiczna adaptacja do nowych warunków gry, w których nasze poczynania na stole nie mają wpływu tylko na nasze dobro, ale niestety też na dobro drużyny, u jednych przebiegała sprawniej aniżeli u drugich. Pierwsze pojedynki  odbywały się tylko w grupie A i od razu w otwierającej turniej rundzie gruchnęła sensacja. (W tym tekście tylko raz wymienię całą nazwę drużyny: ) „Romanus eunt domus.. nie, czekaj.. romani ite domum!” (Szuba-Jabłoński, Gruszkiewicz, Doberschuetz), w których upatrywano kandydatów do co najmniej finału przegrali swoje pierwsze spotkanie. Przewagą 29 punktów sensacyjnie wygrali „Niemampojęcia” (Kuśnierz, Wawrzyniak, Białek).

Wspomnianym faworytom, kolejne mecze szły równie karkołomnie, jak odpalenie starego Forda Granadę mojego wuja przed laty, zwłaszcza zimą. W drugim swoim spotkaniu wygrali rzutem na taśmę 123:115 z outsiderami „Blood Sledge Electric Death” (Kozubski, Rusin, Bystrzyński). Na ostatniej zmianie zespół uratował Karol Szuba-Jabłoński, który zniwelował wielopunktową przewagę aktualnie wówczas grającego Mateusza Rusina. Swoją drogą Mateusz miał swoją bilę meczową – tej, jak pokazała historia, niestety nie trafił. W kolejnym spotkaniu „Romanus eunt domus…” tyle szczęścia już nie mieli. Waldemar Dębski z „Witam, powodzenia, chybienie” na ostatniej zmianie wykazał się o wiele większym opanowaniem niż Rusin. Gdyby to była piłka nożna, to za rytuał wbijania „robiącej” czarnej mógłby się nawet dorobić żółtej kartki. Bila za siedem punktów wpadła, co z kolei przeobraziło faworytów grupy w sprawców sensacji – teraz oni musieli liczyć na potknięcia innych, aby awansować z grupy. A potknięcia nie nastąpiły…

Z pierwszego miejsca, z kompletem wygranych wyszła drużyna „Niemampojęcia”. Do fazy pucharowej awansował również team w eksperymentalnym składzie „Witam, powodzenia, chybienie” (Jamroziak, Dębski, Duda). Na wzmiankę zasługuje również zespół z ostatniego miejsca – „Blood Sledge Electric Death”. Powiedzieć o tej ekipie „wybrakowana” to może za dużo, ale „zespół, któremu ciągle coś brakowało” – to już jest o wiele bliższe prawdy. Zabrakło im przede wszystkim turniejowego ogrania, chłodnej głowy i trzymania nerwów na wodzy w decydujących momentach. Wszakże zanotowali komplet porażek, ale w meczach grupowych, gdzie wygrywała drużyna, która zdobyła 120 punktów, trzykrotnie przekraczali granicę setki. Byli czasem naprawdę blisko wygranej, raz zabrakło im 5 punktów, innym - tylko 3 (słownie: TRZY!). Niejako ukoronowaniem braków „Blood Sledge Electric Death” jest nazwa „Blood Sledge Electric Death”.  Przesłany sms przez kapitana Jakuba Kozubskiego z nazwą drużyny przedzielony był na dwie podstrony. Później okazało się, że pełna nazwa zespołu powinna brzmieć: „Blood Sledge Electric Death Chickens”. Gdyby nie te braki…

Grupa B liczyła jedną drużynę mniej. „Forfiter” (Górniak, Rogoza, Czupryniak) - obrońcy tytułu przystąpili tego roku w nieco zmienionym składzie. Menadżer Generalny drużyny podziałał na rynku transferowym i za Bartłomieja Zacniewskiego pozyskał Roberta Czupryniaka. Transfer okazał się udany, bo nie dość że forfiterowcy obronili tytuł, to nie odnotowali żadnej porażki po drodze do niego (w zeszłym roku popełnili jedną przegraną w grupie). „Forfiter” trochę „zepsuł” turniej. Większość spotkań wygrywali zdecydowanie i bez problemów. Chwilowe zawirowania mieli jedynie podczas meczów z Atomówkami kiedy przegrywali początkowo 29:60, czy w meczu półfinałowym, gdy odrabiali straty od stanu 29:50. Z grupy awansowali z pierwszego miejsca z kompletem zwycięstw.

Kolejność w dalszej części tabeli była absolutnie niemożliwa do przewidzenia. Koniec końców, wszystkie drużyny zanotowały jakąś wygraną. Ale mieć nadzieje na wyjście z grupy mając na koncie tylko jedno zwycięstwo? To trochę tak jakby piosenkę o umieraniu „Boso” grupy Zakopower zrobić hitem wakacji, o którym dziennikarze muzyczni mieliby powiedzieć, że „idealnie wpisuje się w wakacyjny klimat”. Można? Można. „Atomówki” (Zimniak, Smorawski, Chełminiak) z jednym zwycięstwem nad „MARHUBMARem” (Leichert, Miężalski, Dzbanuszek) na koncie i dzięki dwóm małym punktom awansowali (-ły?) do półfinału. Niestety – opinia dziennikarza mówiąca o wpasowaniu hitu, nie wyjaśnia czy chodziło mu o ofiary wypadków drogowych, czy o topielców podczas wakacji.

Wspomniany wcześniej półfinał „Forfitera” z „Witam, powodzenia, chybienie” zakończył się zwycięstwem tych pierwszych. Od momentu 21-punktowej straty, „Forfiter” wrzucił piąty bieg, wygrywając całe spotkanie niemalże ze stupunktową przewagą.

W drugim półfinale trudno było o większe emocje. „Atomówki” w meczu do 200 punktów rozpoczęli z ponad trzydziestopunktową przewagą. W trakcie upływu czasu przewaga ta topniała, aż zaczęła zmieniać się na stratę. Rafał Zimniak, który początkową dominację wypracował musiał ostatnią zmianę zacząć od odrabiania kilkupunktowej straty. Sztuka udawała mu się całkiem nieźle – doprowadził do wyniku 199:188 i brakowało mu już tylko punktu do awansu do finału. Wówczas Bartłomiej Kuśnierz zrobił TO, dzięki czemu jego koledzy z drużyny czuli się jak Leonardo DiCaprio na dziobie Titanica. To samo, co już mu wychodziło w meczach grupowych z „Witam, powodzenia, chybienie” i z „Blood Sledge Electric Death (Chickens)”, kiedy przy kilkunastopunktowej stracie tuż przed linią końcową, rzutem na taśmę wyciągał wynik i ratował drużynę.
203:199 – i „Niemampojęcia” w finale.
199:203 – i „Atomówki” tak jak o włos awansowali z grupy, tak o włos przegrali półfinał.

Ostatnie spotkanie Team Grand Prix przyniosło dość niespodziewany scenariusz. Podczas meczu czasem trudno było uwierzyć w to co tam się działo, co też niektórzy zrobili i nie uwierzyli w to co tam się działo. Gdy Sebastian Wawrzyniak wyprowadził swoją drużynę na prawie pięćdziesięciopunktową przewagę, przecierano oczy ze zdumienia. Gdy „Forfiter” przegrywał już ponad siedemdziesięcioma punktami, mając na koncie niespełna 10, „Niemampojęcia” miało już uciechę niczym onanista, który odkrył zdjęcie gołej baby w toalecie. Manewry Roberta Czupryniaka przypominały raczej poddanie 6. Armii przez generała Paulusa, niż próbę wbijania brejków. Jednak to co się stało po przekroczeniu bariery 80 punktów przez „Niemampojęcia” jest wodą na młyn dla sceptyków a także dla zwolenników spiskowej teorii dziejów. Obrońcy tytułu jakby zwolnili hamulec ręczny, o którym nie wiedzieli, że jest zaciągnięty i pognali ile fabryka dała do przodu. Przewaga poznańskiej ekipy jak „przysłowiowa forsa”, albo dostawa tanich prezerwatyw – szybko się rozeszła. „Forfiter” pędził do przodu niczym nowiutkie Ferrari, „Niemampojęcia” ścigało ich jak stjuningowany Zaporożec – czyli z lepszymi efektami, niż się można było spodziewać. Po faulu Kuśnierza końcowy wynik na tablicy to 243:200 dla teamu Górniaka, Rogozy i Czupryniaka. Gratulacje!

final

finaliści: Forfiter i Niemampojęcia
od lewej: Sebastian Wawrzyniak, Robert Czupryniak, Bartłomiej Kuśnierz,
Michał Białek, Krzysztof Górniak, Paweł Rogoza

Przez dotarcie do ostatniego meczu w Team GP i Otwartych Mistrzostwach Wielkopolski, mało prawdopodobne jest, aby Paweł Rogoza i Krzysztof Górniak spadli z dwóch pierwszych miejsc w rankingu SummerTime, zwłaszcza, że zapowiedzieli swoją obecność na kolejnych turniejach naszego letniego cyklu. Pojawiło się za to sporo nowych nazwisk w klasyfikacji, bo aż 11, i to wiele od razu z konkretnym dorobkiem punktowym. Zapowiada to zaciętą walkę o pierwszą szesnastkę w rankingu uprawniającą do wystąpienia we wrześniowym Finale SummerTime.