logoZa nami turniej o dość nowatorskiej formule – formule, która okazała się ciekawa i uzyskała przychylną opinię grających według niej zawodników. Idea sześciu kul czerwonych ma z założenia premiować słabszych zawodników w starciu z lepszymi – dwie czerwone wbite z dwoma czarnymi dają punktowy kapitał o zupełnie innej wadze, jeżeli na stole są już tylko jedna czy dwie czerwone, a nie np. dziesięć, jak w przypadku standardowej ilości czerwonych na początku frejma. Ten aspekt oraz fakt zupełnie losowego rozstawienia w drabince powodowały odczucie, że czekają nas ciekawe zawody. I tak było.

12121Kwestię losowego rozstawienia w drabince powierzono „sierotce” w postaci byłego ligowca – Piotra Kromera (w razie zastrzeżeń i reklamacji oraz podziękowań i „podziękowań” – nie zmienił numeru telefonu). Los rozrzucił dość ciekawie zawodników po turniejowej choince. O ile pierwszoligowcy znaleźli się w równych proporcjach na górnej i dolnej części drabinki, tak zawodników drugiej ligi mogliśmy obserwować tylko w górnej części. Dolna za to stała się domeną trzecioligowców.
Już w pierwszej rundzie trafiliśmy na pojedynki zacięte i wyrównane. Bitwa pomiędzy dwoma pierwszoligowcami Filipem Siudzińskim i Przemysławem Poźniakiem, mimo że złożona z zaciętych frejmów kończonych na ostatnich bilach, zakończyła się jednostronnym wynikiem 2:0 na korzyść Filipa. Ciekawość wzbudzał również pojedynek „demonów szybkości” - lidera gr. A w trzeciej lidze, Mateusza Bartusia oraz zawodnika pierwszej ligi - Marka Leicherta. Marek wygrał 2:0 a cały mecz zmieścił się w czasie 23 minut.
Kolejna runda przyniosła chyba największą niespodziankę – przegrana Wiktora Doberschuetza z Robertem Wójcikiem zapewne była trudna do przewidzenia dla większości osób próbujących typować wyniki meczów. Bardzo zacięty pojedynek stoczyli również Tomasz Kasiński z Martą Marciniak. Ten mecz potrzebował rozegrania trzech frejmów na wyłonienie zwycięzcy oraz największych nakładów czasowych (1h40min). Zwycięzcą pojedynku został Tomek, który tym samym został jedynym zawodnikiem z trzeciej ligi, któremu udało się dotrzeć do ćwierćfinałów.
¼ finału to kolejne zwycięstwo drugoligowca Remigiusza Augustyniaka. I to kolejne zwycięstwo nad innymi drugoligowcami. Co więcej - nad drugoligowcami, z którymi już grał mecze ligowe, w których poległ. W tym turnieju Augustyniak udanie rewanżuje się za te przegrane, najpierw Pawłowi Deckertowi (2:0) a w ćwierćfinale Robertowi Wójcikowi (2:1). W kolejnym ćwierćfinale Karol Szuba-Jabłoński zagrał z Mateuszem Rusinem. Mecz zawodnika z wysokim pierwiastkiem szczęścia przeciwko graczowi z wysokim pierwiastkiem talentu – został rozstrzygnięty na korzyść drugiego. Karol wygrał 2:0.
Ćwierćfinały w dolnej części drabinki to kolejna wygrana Marka Leicherta z wspomnianym wcześniej najlepszym trzecioligowcem tego turnieju – Tomkiem Kasińskim. W ostatnim ćwierćfinale w szranki stanęli Marcin Gdula z Piotrem Słodzinką. Marcin wygrał rundę wcześniej w meczu z podtekstami z Piotrem Wojciechowskim (przed tym spotkaniem panowie mieli remisowy bilans w oficjalnych spotkaniach przeciwko sobie). Piotr znalazł się w tej rundzie po zwycięstwie nad Marcinem Jamroziakiem, który to przegrał spotkanie na własne życzenie nie trafiając ostatniej czarnej bili w trzecim frejmie. Ostatni ćwierćfinał zakończył się zwycięstwem Gduli.
Półfinały to mecze, w których znalazło się trzech pierwszoligowców i jeden przedstawiciel drugiej ligi – Remigiusz Augustyniak. Na tym etapie zmierzył się z Karolem Szuba-Jabłońskim. Mecz wygrał Karol – wygrał i awansował do finału bez straty frejma w całym turnieju. Pojedynek ten okraszony był najwyższym brejkiem w turnieju – Karol w drugim frejmie w jednym podejściu wbił 43 pkt. (t.c.). Drugi półfinał to starcie Marka Leicherta z Marcinem Gdulą. Ci panowie spotkali się drugi raz na przestrzeni dwóch tygodni – poprzednio spotkanie ligowe wygrał Gdula. Tak też się dzieje ponownie, ponadto identycznie jak Karol Szuba-Jabłoński awansuje on do finału bez straty frejma w całym turnieju.
Dwaj niepokonani w finale. Ponadto pojedynek, który w klubie 12ft ostatnio wyrasta do poziomu „klasyka”. Mecz miał wyłonić zwycięzcę po maksymalnie pięciu frejmach. Wszystko to zapowiadało spore emocje. Oczywiście okazało się, że wszystkie pięć frejmów potrzeba było rozegrać. Po wygraniu pierwszego frejma przez Gdulę oraz po wyrównaniu przez niego pojedynku do stanu 2:2, przyszedł czas na tzw. decidera, czyli partię mającą rozstrzygnąć o wszystkim. Nie może być bardziej dramatycznej potyczki, której losy ważą się do ostatniej bili w ostatniej partii – tak było również w finale tego turnieju. Pikanterii dodaje fakt, że zwycięzca turnieju 6red o puchar ligi, wbija tą bilę przypadkowo dublem przez całą długość stołu. Tego dnia szczęście uśmiechnęło się do Marcina Gduli. To w jego ręce powędrowało trofeum należące do zwycięzcy zawodów. Gratulacje!