omw2011Rzec chyba można, że pisanie turniejowych relacji stawia nieco relacjonującego w roli Absolutu. Ot można parę rzeczy podkreślić, uwypuklić a nawet wytłuścić, inne zaś pominąć spychając w niepamięć – nie ze złośliwości właściwie, acz z racji upodobań i zawodnej, co już atrybutem Absolutu nie jest, pamięci. Co przejdzie do kronik, co zaś w niebyt zepchnięte zostanie? O tym mam zaszczyt tutaj decydować, przejmując chwilowo, żartobliwie rzecz prostą, cechy owego Absolutu – bowiem powtarzając za Woodym Allenem, muszę się na kimś wzorować. I starając się trzymać jak najściślej metody mądrego Tacyta – sine ira et studio – pragnę w krótkim szkicu opowiedzieć o III. Otwartych Mistrzostwach Wielkopolski w Snookerze. A wszystko to było mniej, albo i więcej tak…

 

Najpierw padł rekord
 
Zapisało się do poznańskich zawodów śmiałków 46., czyli o jednego więcej niż dotąd to bywało. Do najliczniejszej grupy miejscowych klubowiczów dołączyli reprezentanci m.in. Warszawy, Wrocławia, Szczecina, Szczecinka czy Kalisza, wśród których znaleźli się tacy gracze jak Maciej Relich (aktualny numer dwa polskiego rankingu), Michał Ebert (niedawny numer jeden tegoż), Bartłomiej Zacniewski (triumfator pierwszej edycji OMW oraz młodzieżowy reprezentant Polski) czy dawno nie oglądany przy dwunastostopowych stołach, Wicemistrz Polski z 2007 roku oraz zawodnik pierwszoligowej drużyny pool-bilardowej – Jacek Walter. Najwyżej sklasyfikowanym spośród miejscowych snookerzystów był oczywiście Karol Szuba-Jabłoński, faworyt gospodarzy, aktualny numer trzy krajowej listy otwartej i brązowy medalista Mistrzostw Polski do lat dwudziestu jeden, za którego większość zgromadzonych w klubie 12ft trzymała mocno swe kciuki.
Ze względu na wzgląd, jak to miały w zwyczaju mówić tuzy słusznie minionego ustroju, mecze o mistrzostwo województwa zaczęły się już w czwartek. Oczywiście najrychlej w szranki stanęli miejscowi i to nie uległo zmianie aż do soboty. „Jak tam było, tak tam było”, zobaczy to sobie wytrawny Czytelnik w turniejowej drabince, a ja zaś sprytnym skokiem w narracji wyląduję czym prędzej w sobocie, bo wyjątkowo długa była w tym roku naszego czempionatu La Strada.
 
 
 

Sobota, jak się rzekło
 
Spośród dwunastu spotkań rozegranych w trzecim dniu zawodów z pewnością wypada skupić się na dwóch. A więc Undrych-Zacniewski: przyjezdny zawodnik był zdecydowanym faworytem potyczki, ale o przekonującym triumfie już mowy nie było. Maciej, który dobrze wszedł w mecz zagrał bardzo przyzwoitego snookera, przez co rozumiem sumę skutecznych odstawnych, mądrych decyzji i niezłego punktowania - w tym brejka w wysokości 24. punktów. Pierwszy frejm, przyznajmy że niespodziewanie, przypadł właśnie jemu. Partia druga to istny horrorshow, bowiem rozstrzygnięta na bili czarnej, którą Bartek ciął z nieprzyjemnego kąta a najwyżej punktowana kula raczyła wlecieć do spływu kieszeni dopiero po dwusekundowym zawahaniu, zaś bila rozgrywająca leniwie zatrzymała się tuż-tuż nad wlotem sąsiedniego narożnika. Trzeci frejm wygrał już pewnie znany i lubiany Zacek; pewnie choć bez fajerwerków.
Kolejny poniekąd dziwny, ale i piękny na swój sposób mecz rozegrali Olchówka z Walterem. Bartek, reprezentujący wrocławskie Fuga Mundi, przyjechał bardzo późno i jak się miało okazać, tylko po to by rozegrać wyłącznie dwa frejmy. Oba przegrał i pechowo, i trochę na własne życzenie. Dzielnie walcząc ze znacznie bardziej utytułowanym rywalem poległ dwukrotnie na bili czarnej, raz wbijając „trupa” z białą do naprzeciwległej kieszeni, raz pudłując ostatnią kulę z punktu tym samym wystawiając ją Jackowi. Niemniej, jako że miałem przyjemność grać z wrocławianinem parokrotnie, przyznać muszę, że w jego grze widać wyraźny progres i staje się on coraz bardziej wymagającym rywalem dla coraz to lepszych zawodników.
W sobotę też swój udział w turnieju zakończyła ostatnia przedstawicielka płci pięknej, a konkretniej Marta Marciniak, która uległa innemu przedstawicielowi stolicy dolnego śląska – Przemkowi Pietrzykowskiemu. Warto dodać, że i tym razem nie obyło się bez ciekawostki, bowiem Marta oddała pierwszą partię trzykrotnie nie trafiając w otwartą czerwoną, ale gwoli sprawiedliwości dodać należy, że po kilku miesięcznym rozbracie ze swoim kijem nasza międzynarodowa sędzina ugrała bardzo dużo i liczymy, że od snookera (w praktyce) się już na następny kwartał nigdy więcej nie odetnie. Pozostałe panie startujące w zawodach to Paulina Grzybowska i Gosia Kanieska oraz Ania Gruszkiewicz, która zaprezentowała się także nieźle odpadając dopiero po „desajderze” w drugiej rundzie.
 
 
 

Doomsday, tey!
 
Słów parę o meczach niedzielnych, choć nie zamierzam tutaj opisywać dostępnej cyfrowo drabinki. Zacznijmy od hitu Walter-Ebert; rzeczy potoczyły się takim oto trybem: Jacek w pierwszym frejmie miał już 50 punktów straty, gdy zaczął budować brejka w wysokości 53 po czym, partię tę… przegrał! Po „kicku” na różowej chybił bowiem czarną, a rozgrywkę na ostatniej z kul wygrał broniący tytułu Michał. Następne dwa frejmy padły już łupem kaliszanina. A nadmienię, że Jacek grał kijem poolowym! Z przegranym juniorem, który ostatnio borykał się pewnymi problemami zdrowotnymi miałem przyjemność rozmawiać po meczu.
 
 
 

                     
Obaj zapomnieliśmy o Hong-Kongu, za co przepraszamy, ale jak widać nie zapeszyliśmy…
O jedenastej do rozgrywek przystąpił Szuba-Jabłoński i w pierwszym meczu pewnie odprawił Rafała Zimniaka, który regularnie bierze udział z zawodach PORS w randze od 3* wzwyż. Rafał w meczu poprzednim ograł do zera trzynastoletniego Piotrka Artymko ze Szczecinka, który na ostatnich czterech gwiazdkach w Kaliszu zaliczył swój turniejowy debiut. Kolejnym przeciwnikiem niemniej lubianego co popularnego Szubka był Krzysztof Kubicki – następny, bardzo solidny wrocławianin, mocno punktujący poprzedniego dnia i całkowicie zasłużony ćwierćfinalista zawodów. Krzysztof zdobył pierwszego frejma i kiedy w powietrzu zaczęło pachnieć niespodzianką, poznaniak wziął się w garść, by ostatecznie zwyciężyć w trzeciej rozgrywce meczu. Po niespodziewanym walkowerze dla Jacka w ¼ - Wiktor Doberschuetz bowiem poważnie się rozchorował – półfinał Jacek-Karol zapowiadał się nader atrakcyjnie.
Tymczasem do zmagań przystąpiła reprezentacja zachodniopomorskiego, a rozpędzony tandem Relichów przeszedł szybko do następnej rundy, zostawiając w tyle odpowiednio doświadczonego Grzegorza Zbijowskiego (Maciek) i młodą strzelbę Patryka Masłowskiego (Robert). Tym samym o awans do półfinału, a co za tym idzie o puchar, medale oraz nagrody rzeczowe w postaci gadżetów i upominków, starli się ojciec z synem w okolicach godziny piętnastej. O jedną partię lepszy okazał się krócej noszący nazwisko, którego – nie bez trudu dodam, raz jeszcze dziękując za ostateczną uległość – udało mi się namówić na krótką wypowiedź.
 
 
 

                 
Czas uzupełnić ostatecznie skład last four. Ostatnim półfinalistą zawodów został Zacniewski – niestety znów bez eksplozji swego niewątpliwie dużego talentu – odprawiając parę przyjaciół z drugiej młodzieżowej reprezentacji kraju, którzy przez ostatni tydzień trenowali wspólnie, a więc kolejno Pawła Rogozę i Krzyśka Górniaka. Pierwszy wyrwał starszemu koledze frejma, drugi musiał przełknąć porażkę do zera. Trop zawiódł nas do półfinałów, a więc wszystko zgodnie z planem. Jeszcze przed tą fazą turnieju miałem przyjemność porozmawiać chwilkę z Karolem:
 
 
 

                 
Pierwsi na plac boju, otoczony bandami, wstąpili Walter i Szuba-Jabłoński. Zapowiadał się zażarty pojedynek, a skończyło się bardzo zaskakująco, bo zero do trzech na korzyść zawodnika lokalnego to jednak wynik zaskakujący. Jacek jakoś nie potrafił się wstrzelić w mecz do trzech wygranych partii i nie punktował już tak wysoko, jak to miało miejsce w poprzednich starciach. Karol zaś rozkręcał się powoli. Za to bardzo skutecznie. Dwa pierwsze frejmy jednej drugiej były nader wyrównane i zakończyły się batalią o bilę za siedem punktów – wypada tu podkreślić bardzo dobrą grę taktyczną Karola, zwłaszcza zaś fenomenalną odstawną na różowej w pierwszym frejmie, a potem perfekcyjne dojście z przedostatniej kuli na czarną pozwalające zapisać punkt na liczniku juniora. W partii ostatniej, jak się okazało, Karol wygrał osiągając większą przewagę punktową, ale trzeba uczciwie przyznać, że prócz niezłej gry sprzyjało mu nieco szczęście. Kilka razy przypadkowo zatrzymana w trudnej dla przeciwnika pozycji bila biała, skutecznie odebrała chęci do gry Jackowi. Nie umniejsza to jednak okazałego zwycięstwa polskiego „numeru trzy”, który zanotował w meczu kilka podejść powyżej 20. punktów i zebrał garść bardzo efektownych „longów”. Wiele wskazywało, że wreszcie Karol zatriumfuje w najważniejszej imprezie porsowskiej organizowanej przez jego macierzysty klub.
Druga batalia o finał również elektryzowała widzów zgromadzonych w klubie, gdyż widać było że Bartek łapie z meczu na mecz coraz więcej wiatru w żagle. Napisać w sumie można tyle, że było 1:1, a skończyło się 3:1 na korzyść gracza ze Szczecinka, w którego zagraniach zaczął się pojawiać charakterystyczny błysk. Parę świetnych kul na długim dystansie, kilka ciekawych odstawnych – to zupełne minimum do zapamiętania z tamtej potyczki.
 
 
 

Za to finał był zacny
 
Sędziujący ostatni mecz mistrzostw Piotr Słodzinka oznajmił doniosłym głosem rozpoczęcie spotkania, a widzowie zgromadzeni – tradycyjnie już – wokół stołu w dwóch rzędach, na krzesłach „zwyczajnych” i hokerach zwanych skyboxami, zamilkli oczekując efektownego zwieńczenia imprezy. I nie zawiedli się.
Pierwszy frejm dla Szubka, pewne wbicia, mądra gra, skuteczne odstawne i po kilku minutach Karol był bliżej ostatecznego triumfu. Partia druga, kilka badawczych zagrań defensywnych i… Bartek zaczyna budować brejka. Najpierw przekracza barierę 20 punktów, wkrótce 30., niedługo znów 40. i następnie 50., Jacek Walter żegna się z pucharem, za najwyższego brejka zawodów a Zacek pobija rekord w wysokości uzyskanych punktów w jednym podejściu do stołu w historii OMW, należący zresztą do niego (55), zatrzymując się ostatecznie na 65. Na setkę – pierwszą w klubie – było. Bartek pomylił się na zielonej, całkiem trudnej, choć moim zdaniem nie na nią wcale musiał wychodzić gdy na stole było jeszcze parę kul w kolorze czerwonym. Pachniało „paczką”, a Zacniewski w ciągu ostatnich dwóch turniejów mógł wreszcie przekroczyć na zawodach barierę stu oczek (w Kaliszu dotarł do 75. chybił różową, na stole mając dwie otwarte bile za jeden punkt) zwłaszcza, że parę tygodni temu wbił swojego najwyższego brejka w wysokości 118 punktów.
Pytanie jak na to odpowie Karol. Odpowiedział znakomicie znów pewnie wygrywając partię i wyprzedzając rywala o jedną rozgrywkę. Po raz kolejny uwagę przykuły fantastyczne „longi”, pewne przesunięcia i dojrzała taktyka. Było tempo, było emocje, były brejki, było ukontentowanie widzów, którzy sportową ciszę przerywali jedynie głośnymi laudacjami w postaci braw, bądź bieżących wyróżnień snookerowych w gradacji środkowoeuropejskiej (szocik, szot, szociwo, przeszot); na zaimprowizowanych trybunach zasiadł Waldemar Dębski, uznany sędzia pool-bilardowy klasy międzynarodowej znający dobrze smak profesjonalnego bilardu a prywatnie fan snookera – nasz gość zdawał się być również pod wrażeniem.
Po „regulaminowej” przerwie tytoniowo-barowej dla publiki nastał czas rozrachunków na turniejowym Strachanie. Frejm czwarty i wyrównanie stanu spotkania, prawdę mówiąc bez historii. A więc „desajder”, a więc regulaminowa przerwa tytoniowo-barowa dla publiki…
I się zaczęło, długie wbicie Zacka i brejk 33. Karol odpowiada dobrą dwudziestką. Potem chwilka przepychanki i piękne 53 Zacniewskiego. Kilka karkołomnych, ale ostatecznie skutecznych wbić, wiele razy gubiona pozycja, rzec można brejk na Alexa Higginsa, świętej już niestety pamięci, daje Bartkowi drugie w karierze zwycięstwo w historii Otwartych Mistrzostw Wielkopolski, a trzeci puchar uwzględniając najniższy stopnień podium sprzed roku. Obaj finaliści spisali się na medal. Może i wakacje, i forma jeszcze nie ta, ale dla takiego meczu warto było zajść i dzielnie wytrwać w klubie na ulicy Za bramką w mieście świętych Piotra i Pawła. Obu zawodnikom należały się brawa, którymi rzęsiście nagrodziła ich ponad dwudziestoosobowa widownia. Raz jeszcze gratulacje, raz jeszcze podziękowania! A stawka finału – nie licząc prestiżu i satysfakcji – mała wcale nie była, o czym poniżej!
 
 
 

Podium
 
Miejsce trzecie, medal, puchar oraz torbę pełną niespodzianek wywalczyli: Maciej Relich oraz Jacek Walter.
Wicemistrzem Wielkopolski w snookerze został Karol Szuba-Jabłoński, również zdobywając puchar, medal i torbę.
Mistrzem Wielkopolski 2011 został natomiast Bartłomiej Zacniewski i to on prócz tradycyjnego pucharu, medalu oraz zestawu nagród rzeczowych wygrał także nagrodę ufundowaną przez Polski Związek Snookera i Bilarda Angielskiego, czyli zniżkę 50% w opłacie startowej na turnieje PORS 4*, a także wszystkie indywidualne zawody mistrzowskie w bieżącym sezonie. Z triumfatorem mistrzostw również nagrałem małą konwersację, a rzecz to nie byle jaka, bowiem jego akurat wywiady wywoływały onegdaj potężne reperkusje…
 
 
 

                 
Zakończenie
 
Turniej, którego przebieg pozwolono mi naszkicować był pierwszym z serii SummerTime, organizowaną przez poznański 12ft. Bogaty kalendarz imprez niewątpliwie ozdabiają zawody drużynowe, rozgrywki Snooker Plus oraz Shoot Out. Całość wieńczy turniej finałowy, do którego przystąpi najlepsza szesnastka całego cyklu. Wszystkim uczestnikom serdecznie dziękujemy za przybycie, zaś wszystkich którzy dotrzeć nie mogli równie serdecznie zapraszamy na kolejne zmagania przy dwunastostopowym stole!
I last but not least, wielkie podziękowania i ukłony dla Organizatorów całego przedsięwzięcia. I za tą świetną atmosferę, dla której warto w snookerze być. Bo był to wielki turniej dla tych wszystkich, których nazwiska najpewniej nikomu w polskim światku snookerowym nie mówią i nigdy nie powiedzą zbyt wiele, ale którzy są, z którymi wspólnie przeżywaliśmy eksplozję radości po ostatniej czarnej Kacpra na Malcie, śledziliśmy wyniki naszej srebrnej drużyny, którzy wiwatowali po zwycięstwie nad Hong Kongiem i którzy przecierali oczy ze zdumienia, gdy Mistrz Świata musiał uznać wyższość piętnastoletniego Polaka; którzy dzielą swój czas między pracę, szkołę, obowiązki domowe a snookera, nawet tego najbardziej naiwnego, a którzy jednocześnie mają świadomość, że turniej ten choć jest lokalnym sportowym świętem to jest też turniejem małym, ledwie dwugwiazdkowym, ale którzy jednocześnie nie zapominają o napisie na drzwiach wejściowych do mieszkania jednego z bohaterów „Kingsajzu”: „Małe jest piękne”.