szuautBywają w polskim snookerze turnieje jak przemówienie Waldemara Pawlaka – przesadnie długie, nudne i bez sensu (trwa to trzy dni a i tak wiadomo kto wygra). Tego lata w naszym klubie takich zawodów na szczęście nie uświadczyliśmy a zmagania z ostatniej niedzieli są ukoronowaniem tej myśli. Shoot Out zgodnie z przewidywaniami przyniósł sporą dawkę zabawy, snookerowej rywalizacji w nowym wymiarze i doświadczenia samej dyscypliny w ciekawym, atrakcyjnym wydaniu.

 

Nie stosowana nigdy wcześniej w Polsce formuła zawodów powodowała spore trudności we wskazaniu faworytów turnieju. „Na pożarcie” skazywani byli zawodnicy, którzy znani są tempa gry zbliżonego bardziej do Petera Ebdona, aniżeli do Ronniego O’Sullivana. Okazało się jednak, że również w odmianie Shoot Out największe znaczenie ma nadal jednak umiejętność wbijania, gwarantująca wygrane mecze. W tej materii najlepsi okazali się zawodnicy z dwóch pierwszych miejsc rankingu SummerTime, którzy starli się w finałowym pojedynku.

Czynniki czasu pojedynku oraz czasu na uderzenie spowodowały u kilku graczy wzbogacenie wachlarza zagrań taktycznych o manewry strategiczne rodem z koszykówki. Gdy w 30-minutowym pojedynku przyszło rozgrywać dwie, trzy ostatnie minuty, zawodnicy z lekką przewagą punktową wykorzystywali maksymalnie swój 20-sekundowy przydział czasu na uderzenie, zmniejszając w ten sposób ilość podejść do stołu przeciwnika w okresie do końca meczu. Tego typu praktyki były w opinii niektórych zagraniem poniżej pasa, zwłaszcza w odmianie snookera, która powinna się cechować dynamiką i szybkim tempem rozgrywania meczu. Zdaniem innych były to zachowania sprytnie przekalkulowane, świadczące o dojrzałości taktycznej i umiejętności szybkiej adaptacji do nowych przepisów.

Tego typu sytuacje mogliśmy zaobserwować parokrotnie. Wyrównane końcówki meczów, gdzie każde wbicie zmieniało prowadzenie wystąpiły m.in. w jedynym spotkaniu, gdzie obaj zawodnicy zdobyli powyżej 100 punktów: Krzysztof Górniak – Maciej Undrych. Jeszcze na dwie minuty przed końcem pojedynku wygrywał Undrych, by ostatecznie mecz skończył się wynikiem na jego niekorzyść 102:105. Dla Krzysztofa to był drugi łut fortuny tego dnia – dwa spotkania wcześniej szczęśliwie wygrał z Markiem Leichertem 84:81, gdzie Marek kilkadziesiąt sekund przed upływem syreny końcowej przestrzelił w miarę prostą różową. Swoją drogą Marek swój limit szczęścia wyczerpał zapewne w swoim wcześniejszym spotkaniu. Rozgrywany mecz z Fryderykiem Bukowskim był pierwszym spotkaniem tego dnia, w którym mogliśmy zaobserwować czasowo-taktyczne zagrywki. Leichert wygrał to starcie 60:56, również dlatego, że jego przeciwnik nie do końca dostrzegł prawidłowe zagrożenie wynikające z ograniczeń czasowych.

Jeszcze mniejszą różnicą zakończyło się spotkanie pomiędzy Anną Gruszkiewicz a Damianem Burzyńskim. Wygrana 51:49 omal nie doszłaby do skutku, gdyż Ania była bodajże najczęściej faulującą zawodniczką w turnieju poprzez przekroczenie czasu na uderzenie.

Niestety – nie doczekaliśmy się rzutów karnych na bili niebieskiej. Było jednak całkiem blisko do nich w spotkaniu Joanny Krawczyk z Przemysławem Poźniakiem. Joanna w swoim ostatnim podejściu w meczu po wbiciu bili za 1 punkt wpadła w skupisko czerwonych. Trudna pozycja wymusiła faul, w związku z czym Przemek wyszedł na prowadzenie 64:61, które przez kolejne paręnaście sekund się nie zmieniło i takim wynikiem zakończył się mecz. Pechem Asi jest to, że faul który popełniła był przewinieniem za 7 punktów. Gdyby zanominowała każdą inną bilę o wartości poniżej pięciu punktów, jej wykroczenie byłoby karane czteroma punktami, ku uciesze publiczności, która obserwowałaby wówczas konkurs rzutów karnych.

Również niemało szkód wyrządził niektórym graczom zapis w przepisach o konieczności zaliczenia jakąkolwiek bilą bandy, gdy żadnej nie udało nam się umieścić w kieszeni. Dotaczanie do czerwonych, przyklejanie do bili kolorowej celem ustawienia snookera – parokrotnie zawodnicy zapomnieli, że te zagrania powinni wykluczyć ze swojego repertuaru zagrań. „Brylował” w tym Tomasz Kasiński,  który pomimo paru takich wpadek pokonał o wiele wyżej notowanych w klasyfikacji SummerTime Pawła Deckerta i Rafała Zimniaka. Nie sprostał dopiero przyszłemu półfinaliście zawodów – Maciejowi Undrychowi, który w spotkaniu z nim uzyskał najmniejszy dorobek punktowy ze wszystkich swoich czterech meczów: bagatela 99 punktów.

Z niecierpliwością czekano na pojedynek toruńskiej młodej strzelby Patryka Masłowskiego oraz Tomasza Lewandowskiego – pogromcę Górniaka z zeszłego turnieju. Patryk, po ustaleniu mecz wcześniej rekordu nie pobitego do końca turnieju, w postaci ilości wbitych punktów w jednym pojedynku (149), praktycznie w ogóle nie zwolnił tempa i swojemu rywalowi zaaplikował kolejne 123 oczka. Wszystkie starania Tomka dawały efekt jeszcze gorszy niż sesje nagraniowe Feela. Jego licznik po 30 minutach pojedynku miał aż o 90 punktów mniej od zdobyczy rywala.

cisiu
Krzysztof Górniak

Na uwagę zasługuje też Paweł Rogoza i jego wyczyn w półfinałowym pojedynku z Sebastianem Wawrzyniakiem. Ograniczenia czasowe okazały się skutecznym motywatorem dla tego szczecińskiego zawodnika, gdyż będąc popędzanym przez zegar udało mu się zbudować całkiem przyzwoitego brejka 46-punktowego, który okazał się być największym podejściem punktowym zawodów i zapewne najskuteczniejszym narzędziem podcinającym skrzydła Wawrzyniakowi.

Trzydziestominutowy finał zaserwował nam całkiem obszerną historię. Paweł Rogoza idealnie wystartował z bloków startowych i już na samym początku spotkania „odjechał” przeciwnikowi brejkiem 29. W miarę upływu czasu Krzysztof Górniak zaczął niwelować przewagę Pawła, która w pewnym momencie sięgnęła ponad 40 punktów. Gdy już brakowało mu do rywala 10 punktów – nastąpił jego zdecydowany atak. Brejk 32 Górniaka oraz kilka skutecznych następnych podejść spowodowało odwrócenie sytuacji o 180 stopni. Na kilka minut przed końcem to Krzysztof już prowadził 40. punktami. Do końca spotkania próby pościgu Pawła nie przynosiły efektu. 132:86 i Krzysztof Górniak zostaje zwycięzcą pierwszego historycznego Shoot Out w Polsce!

Oczywiście zawody te nie odbyłyby się bez jego uczestników – czyli 26. nazwisk na liście startowej, czy też bez inwencji organizatorów. Nie odbyłyby się, gdyby nie osoby użyczające sprzęt na potrzeby mierzenia czasu. Jednak przede wszystkim nie odbyłyby się bez pomocy Bartłomieja Kuśnierza, który zajął się przygotowaniem oprogramowania pomiarowego, za co należą mu się podziękowania od wszystkich.

SummerTime 2011 powoli dobiega końca. Przed nami już tylko wielki finał dla najlepszej szesnastki letnich zawodów. Najprawdopodobniej nie wszyscy uczestnicy z pierwszej szesnastki rankingu będą mogli wystąpić w turnieju finałowym, więc skład końcowy turnieju, uzupełniony o zawodników z listy rezerwowej, powinien być znany do przyszłego weekendu.