OMW2012Nie chciałbym się wcielać w rolę wujka, którego być może nawet i się lubi, ale woli unikać, bowiem spotkanie z nim niezmiennie kończy się tą samą anegdotą, powtarzaną obowiązkowo i bez litości. Nie żebym miał awersję do anegdot – całkiem na odwrót rzeczy się mają! – ale trudno Łaskawego Czytelnika nieustannie zaskakiwać, nie zanudzać zwyczajnie, opowiadając o jednym, krótkim turnieju. Zwłaszcza, że z poniższych wpisów wie już o nim nie mało, a i dostępna drabinka resztę tłumaczy w tzw. „mig” (czy może „Jastrząb”, nie pomnę w tej chwili).

Niedościgniony mój mistrz felietonu potrafił pisać, i to jak!, o pogodzie nawet, gdy na inne tematy nie mógł. No, ale to był Kisiel, klasa, fakt znany… Jako, że o pogodzie pisać w sposób godny uwagi nie potrafię, to spróbuję coś jeszcze z Otwartych Mistrzostw Wielkopolski przemycić do świadomości Czytelnika. Po mojemu, oczywiście.

*

Czeka się nad snookerową Wartą na te parę dni letnich, na które przypadają zawody o tytuł mistrza województwa – ach, czeka się… Chyba przez to, że się z wakacjami kojarzą, a przyznajmy: któż nie tęskni do tych dni lipcowych, nawet jeśli szkolne kanikuły to już sprawa osobistej archeologii? To także jest – jak sądzę – przyczyna nie gasnącego zainteresowania imprezą. Kilka walkowerów, niekiedy całkiem spodziewanych, nie może tego obrazu zamazać. Skoro na turniej wielki duchem, lecz mały materią (dialektyka, dialektyka!) fatygują się rokrocznie z Warszawy, Wrocławia, Szczecina, ba, Krakowa nawet, to być w tym musi jakaś metafizyka.

Bo czyż owa niepowtarzalna i nieredukowalna, nieco historią polskiego snookera trącąca, atmosfera – o której mówiła w sobotniej rozmowie Marzena Łagowska – nie oddaje znakomicie znaczenia owego tajemniczego przedrostka meta?

Jakbym się do tekstu nie zabierał, zawsze wychodzi mi tak w szkicu, że o tym co ponad grą samą, muszę napisać na początku. Tu już Czytelnika proszę o wiarę: naprawdę największym lepem nie pozwalającym się od klubu 12ft oderwać, jest panujący w te dni klimat, sport schodzi nieco niżej, a wszystko to jednak magicznym sposobem nie psuje widowiska.

Nawet zagubione portfele wracają do właścicieli na dzień po wręczeniu pucharów… Siła nieczysta, czy co?

*

Poziom sportowy. No właśnie… Cóż, deko rozczarował, bo obiecywaliśmy sobie po poprzednich edycjach, zwłaszcza ostatniej, a także zgłoszonych do startu nazwiskach, że może być porównywalnie dobrze, albo i lepiej: wielu liczyło na rewanż za niedawny finał krajowych mistrzostw do lat siedemnastu: Masłowski-Zubrzycki.

Był to więc turniej niespodzianek, choć różnego kalibru. Bezsprzecznie największą z nich było pokonanie Kamila Zubrzyckiego, wielokrotnego medalisty mistrzostw młodzieżowych, przez Piotra Słodzinkę, który sprawował jednocześnie funkcję głównego sędziego zawodów. „Słodki” zagrał zaiste bardzo przyzwoicie i przez kolejne fazy „przechodził jak przecinak”, nie tracąc nawet frejma, aż do półfinału. Gwoli sprawiedliwości, choć nie wdając się w szczegóły, zaznaczyć wypada, że Kamil nie pokazał pełni swego talentu. Może kolejny raz okażesz się szczęśliwszy...

Niemniej puchar Słodzince należał się bezdyskusyjnie, dodam, że od kilku miesięcy ma go on komu zadedykować!

Niewątpliwe także zaskoczeniem, choć nie tej skali co wyżej streszczone, jest triumf Krzysztofa Górnika nad Patrykiem Masłowskim. Obaj młodzieńcy preferujący „niegrzecznego snookera” nie wstrzelili się całkiem z formą na miniony weekend. Lepszym w meczu do trzech wygranych okazał się Krzysztof, a odprawiony z brązowym medalem Patryk nie krył rozczarowania swoją postawą. Chwilkę zajęło zanim dał się namówić na krótką pogawędkę:

  Patryk Masłowski - wywiad

I wreszcie słów parę o zwycięzcy. Paweł Rogoza zmagania rozpoczął w niedzielę od starcia z Marcinem Jamroziakiem. I niewiele brakło by sam się z zawodów wykreślił. Oto bowiem przy stanie 1:1 nie trafił był dwukrotnie z rzędu w otwartą bilę czerwoną, a zatem kolejne takie przewinienie skutkowało przegraną partii, w konsekwencji zaś meczu! W następnym zagraniu zaliczył jednak kulę za jeden punkt i uniknął blamażu. Przegrać w ten sposób nie wypada, zwłaszcza, że presję towarzyszącą tym uderzeniom ściągnął na siebie sam. Ale to już ozdobnik tylko, anegdotka. Pamiętam pierwsze potyczki turniejowe Pawła i zaświadczyć mogę, jak olbrzymi zrobił postęp. I gra taktyczna także już strawniejsza… Absolutnie najlepszy gracz zakończonych zawodów! Oddajmy mu zatem głos:

  Paweł Rogoza - wywiad

Dobrnęliśmy do końca. Wszystkim życzliwym za wszystko dziękujemy! Następnym razem też będziemy konkurować z finałami Wimbledonu i siatkarską Ligą Światową, bowiem Otwartym Mistrzostwom Wielkopolski stanąć w takie szranki nie straszno! Ha!

 

źródło: http://czerwoneiczarne2012.bloog.pl