teamgpZaczyna coraz częściej lać się żar z nieba, środek lata, więc w Cyklu SummerTime jesteśmy niczym w przemyśle kinowym – przyszedł czas na pozycje lekkie, zabawne, czasem durne komedie, powodujące rozluźnienie a nie skupienie i podniesienie ciśnienia niczym wojenne dramaty psychologiczne. Za nami turniej jedyny w swoim rodzaju, z niesłabnącym na przestrzeni lat zainteresowaniem – Team Grand Prix.

Nic tak nie zaostrza rywalizacji, nie podnosi temperatury atmosfery współzawodnictwa, nie powoduje wzrostu zaciekawienia wśród kibiców czy obserwatorów, nie podnosi atrakcyjności turnieju, jak porażka faworyta. Zwłaszcza w pierwszym meczu. Mobilizuje to pozostałych bardziej niż zwykle, bo z jednej strony „król jest nagi” a z drugiej, zwolniło się miejsce najpoważniejszego faworyta do tytułu.

Rozgrywki grupowe – od tego zawsze zaczynamy. Gdy po zamknięciu zapisów okazało się, że obrońcy tytułu (Rogoza, Górniak, Czupryniak) nie pojawią się w Poznaniu, do najsilniejszej ekipy „na papierze” urosła drużyna zawodników po raz pierwszy pojawiających się w turnieju drużynowym -  „Poolococta dla każdego”. W jej składzie znaleźli się solidni Marek Żuchowski z Szymonem Dudą (najwyższy brejk w ostatniej edycji Ligi Snookera) oraz przede wszystkim Mateusz Śniegocki. Kim jest ten trzeci zawodnik, osobom choć trochę orientującym się w sportach bilardowych wyjaśniać nie trzeba. A jeśli ktoś nie wie, to niech sobie doczyta. Na jego stronie. Teraz. Serio.

Poolococtowcy w meczu otwarcia turnieju zmierzyli się z zawodnikami cyklicznie grającymi w Team GP, jednak po raz pierwszy w takiej konfiguracji, czyli z drużyną „Diabli nadali” (Undrych, Deckert, Kasiński). Coś co według uważnie obserwujących turniej miało się okazać demonstracją siły ognia „Poolococty” okazało się być czymś, co najlepiej określają przysłowia typu: „pierwsze koty za płoty”, czy „pierwsze śliwki robaczywki”. Dwa snookery, z pełną opcją wywołanych chybień na tyle wprowadziły zamieszanie w szeregach „Poolococty”, że „Diabli nadali” w trakcie spotkania coraz bardziej powiększali swoją przewagę. W meczu tym tempo nadawał Maciej Undrych, ciągnący diabelską drużynę do wygranej przez dwie zmiany. Zdezorientowani zawodnicy „Poolococty dla każdego” nie potrafili się odnaleźć do końca meczu i oglądali oddalające się plecy Undrycha grającego ostatnią zmianę. 121:86. Frycowe?

Sytuacja w grupie A zaczęła się przez to komplikować. Pozostałe drużyny biły się nie tylko o miejsce drugie premiowane awansem do fazy pucharowej, a być może nawet o pierwsze. Wzrost stawki jedni wytrzymali lepiej, inni gorzej. Było to widoczne w spotkaniu drużyn „Strzał z dupy” (Kuśnierz, Białek, Wawrzyniak) i „Where’s The Cue Ball Going?” (Smorawski, Gruszkiewicz, Zimniak). Marcin Smorawski wpadł w strzelecki paraliż a kolejne punkty podarował przeciwnikom po faulach. „Where’s The Cue Ball Going?” w tym meczu nawet nie uruchomili zawodnika z trzeciej zmiany (Zimniak). Tak jednostronny wynik jakim była wygrana 122:39 również z pewnością można uznać za niespodziankę.

Najbardziej zaciętym sobotnim pojedynkiem było starcie w grupie B pomiędzy „Fire Cue Wrc” (Leichert, Miężalski Hubert, Miężalski Tadeusz) i „Hajs się nie zgadza” (Jamroziak, Szuba-Jabłoński, Doberschuetz). Zawodnicy z Wągrowca rozpoczęli z animuszem – na niewielkie prowadzenie wyprowadził ich Marek Leichert. Przewaga raz wzrastała raz malała. Dopiero na czwartej zmianie Karol Szuba-Jabłoński zdołał wyprowadzić swoją drużynę na prowadzenie. Nerwy jednak udzielały się wszystkim. Karol miał prostą niebieską do wbicia do kieszeni bocznej na zwycięstwo w meczu i mimo wszystko ją spudłował. Rozbrat ze snookerem trwający od października musiał w końcu pokazać swe oblicze. Czego nie udało się bilą niebieską osiągnąć udało się kulą za siedem punktów kilka uderzeń później. 125:113 i było wiadomo, że zarówno drużyna z Wągrowca jak i AZS/AWF (Gazda, Bułatowicz, Brych) nie mają już szans na awans z grupy B.

Ostatni mecz tej grupy nie odbył się. „Fire Cue Wrc”, który musiał odczekać jedną rundę po swoim spotkaniu podjął decyzję o oddaniu go walkowerem na rzecz AZS/AWF. Fakt ten nie miał większego znaczenia dla kolejności w grupie ani nawet dla ilości punktów przyznawanych obu drużynom do rankingu SummerTime, jednak komentarze w klubie były raczej dość jednoznaczne.

W grupie A kwestia pierwszego miejsca jeszcze w sobotę się wyjaśniła. Gdy „Where’s The Cue Ball Going?” wygrali 125:95 z „Diabli nadali”, drużyna „Strzał z dupy” była już pewna awansu. W ostatnim meczu tego dnia „Where’s The Cue Ball Going?” zagrali z „Poolococta dla każdego” o to kto wyjdzie z grupy. Poolococtowcy w swoich kolejnych meczach zagrali tak, jakby grę pierwszą, którą przegrali przejechali całą na hamulcu ręcznym. Po jego zwolnieniu odnotowali serię samych wygranych. Tak też zakończył się pojedynek z ekipą pytającą, gdzie zmierza biała bila. Należy dodać, że „Where's The Cue Ball Going?” sprawili „Poolococcie” na etapie rozgrywek grupowych najwięcej problemów, gdyż przegrali jedynie 89:127.

Niedzielne gry rozpoczęły się od dwóch ostatnich meczów grupowych. „Hajs się nie zgadza” zagrali z „Nie wbijamy odstawiamy” (Gdula, Dębski, Lasota) o to kto z nich zajmie miejsce pierwsze a kto drugie. Wygrali Ci pierwsi. W drugim meczu, pewna awansu z pierwszego miejsca „Poolococta dla każdego” poprawiła dość znacznie sobie bilans małych punktów meczem z „Jestem za głupi żeby to przeczytać” (Koza, Bera Alicja, Bera Dawid) ogrywając ich 124:30.

Następnie rozegrane oba półfinały, stanowiły dwa przeciwstawne widowiska. „Nie wbijamy odstawiamy” nawiązywali kontakt punktowy z „Poolococtą dla każdego” do pewnego momentu. Na drugiej zmianie Waldemar Dębski nieoczekiwanie popadł w marazm strzelecki, powodując stratę, która w meczu do 200 punktów okazała się być nie do odrobienia. Ostatecznie „Poolococta” wygrała zdobywając prawie trzykrotnie więcej punktów od rywali.

W drugim półfinale „Strzał z dupy” podejmował „Hajs się nie zgadza”. Mecz ten przypominał przeprawę liderów grupy B w meczu wcześniejszej fazy z „Fire Cue Wrc”. Wyrównany pojedynek, który decydował się w ostatnich chwilach. Scenariusz okazał się prawie taki sam – w końcowych fazach różnicę zrobił Karol Szuba-Jabłoński, który przechylił szalę na stronę swojej drużyny. Mecz zakończony wynikiem 203:188 okazał się spotkaniem zakończonym najmniejszą różnicą punktową między rywalami.

Finał mógł być bardzo wyrównanym widowiskiem. Mógł być, ale nie był z powodu jednego zawodnika. Mecz do 240 punktów jest spotkaniem, gdzie może wydarzyć się wiele scenariuszy – na ich brak w rzeczywistości nie narzekaliśmy. Na pierwszej zmianie Jamroziak toczył wyrównaną walkę z Żuchowskim, gdy w przeciągu kilkunastu uderzeń „Poolococta dla każdego” wyszła na prowadzenie 30-40 punktowe. „Hajs się nie zgadza”, głównie za sprawą poczynań Karola Szuba-Jabłońskiego potrafili zniwelować tą przewagę praktycznie do zera. Ostateczny wynik spotkania był jednak wynikiem obecności na dwóch zmianach Mateusza Śniegockiego. To on był główną bronią i sposobem na torpedowanie planów pościgowych rywali. Gdy Mateusz był przy stole „Poolococta” odjeżdżała przeciwnikom niczym sympatia środowisk katolickich dla Agnieszki Radwańskiej po jej ostatniej sesji zdjęciowej. Całkiem dobre spotkanie zakończyło się mało atrakcyjnym wynikiem 250:142.

W Cyklu SummerTime czeka nas teraz przerwa. Najbliższy turniej to Speed Snooker, który odbędzie się 3-4 lub 4 sierpnia (w zależności od wybranego systemu rozgrywek i ilości zgłoszeń). Szczegóły, m.in. dotyczące przepisów – wkrótce. Zapraszamy!