omw2015Niby nie chodzi o sam wynik. Niby nie chodzi nawet o styl, nie chodzi o wysoką frekwencję, o rozstawienie w drabince, ani o obsadę sędziowska. Nie chodzi o zainteresowanie mediami, czy tak rzadko na turniejach spotykanymi kibicami. Chodzi o klimat. Chodzi o atmosferę. Chodzi o to, że Otwarte Mistrzostwa Wielkopolski wyglądają na znaczący, sensowny projekt, w który na przestrzeni tych wszystkich minionych lat uwierzyło wielu zawodników, czy zwolenników polskiego snookera. Natomiast wspomniane wyniki, styl, frekwencja, arbitrzy są tak naprawdę tego skutkiem.

Nie czarujmy się. Poznań na snookerowej mapie Polski jest niczym Polska na piłkarskiej mapie Europy. Czasem może trafi się tu od święta jakiś „Lewandowski”, ale na co dzień proza dnia upływa tutaj pod znakiem szarzyzny ligowej. Może i jest tutaj spore grono fanów a nawet fanatyków snookera, którzy piorą się zażarcie w nieskończoność podczas gier ligowych, niczym zwalczające się partie w Sejmie, ale jak w polskiej piłce – nie do końca idą za tym wyniki na szerszej arenie. Aż przychodzi początek lipca. Szarzyzna znika. Od razu da się wyczuć, że w Poznaniu idzie święto snookera. Każdy, kto na Otwartych Mistrzostwach Wielkopolski był, z pewnością tę tezę potwierdzi i podpisze się pod nią obiema rękami.

Kiedy 26 marca tego roku w tropikalnych warunkach Bermudy na wyjeździe ograły 5:0 miejscową reprezentację futbolistów z Bahamów, mało kto potrafił oczyma wyobraźni uświadomić sobie, że to właśnie starcie jest pierwszym spotkaniem o to, kto wygra w oglądanym na całym świecie finale Mistrzostw Świata rozgrywanym w Rosji 2 lipca 2018. Gdy obserwowaliśmy pierwszą grę piątkową Otwartych Mistrzostw Wielkopolski, mogło nam towarzyszyć podobne uczucie, gdy uzmysłowimy sobie, jak kosmiczny finał OMW2015 przyszło nam oglądać. Piątkowe gry to rokrocznie ten sam scenariusz. Miejscowi zawodnicy, upoceni z nerwów, toczą między sobą przepychanki o to kto dostąpi zaszczytu obrony honoru miejscowych graczy w sobotnich grach  z zawodnikami przyjezdnymi oraz komu będzie dane zebrać doświadczenie w meczu z kimś dla nich nowym. Trochę to przypomina walkę o nową pulę genów w zamkniętej hermetycznie społeczności. Otwarte Mistrzostwa Wielkopolski zaczęły się meczem o 16:45 w piątkowe popołudnie pomiędzy Tomaszem Bystrzyńskim a Bartoszem Sawką. Mecz wygrał, ku swojemu zaskoczeniu, Bartosz Sawka wynikiem 2:0.

Piątek weekendu początek

sas
Sara Kwiecińska i Michał Potysz

Mimo że lokalnie, tego dnia wydarzyło się kilka rzeczy wartych odnotowania. Rozstrzygnięcie pierwszego frejma między Michałem Kozickim a Robertem Jachimowskim jest spełnieniem koszmaru osoby z klaustrofobią o zakopaniu żywcem w trumnie. Do zwycięstwa obu zawodnikom była potrzebna bila czarna, którą Robert uprzejmie ustawił między szczękami kieszeni narożnej przy punkcie bili czarnej. Dowcip sytuacji polegał na tym, że biała schowała się za narożnikiem wlotu do kieszeni narożnej przy niskich kolorach po tej samej stronie stołu. Kozicki miał jedno zagranie, po którym albo wygra (poprzez dobicie czarnej), albo przegra (przez faul na czarnej). Przez pechowo oddany frejm w ten sposób Kozickiego koncentracja rozsypała się niczym wiarygodność Komorowskiego, gdy przed drugą turą wyborów zaczął popierać JOW-y. Przegrana drugiego frejma była smutną konsekwencją porażki w pierwszym.

Osobnym rozdziałem piątkowych gier były wojaże Mateusza Rusina. To on brał udział w najbardziej zaciętych meczach tego dnia. Zarówno spotkanie z Bartoszem Sawką jak i Marcinem Smorawskim wymagały rozegrania decidera. Nie były to starcia mistrzów gry obronnej, czy snajperów w seryjnym wbijaniu kul. O zaciętości decydowała bardziej nieskuteczność na podobnym poziomie. Mateusz kończył te mecze ze zmiennym szczęściem. Pokonał Sawkę, ale Smorawskiemu życzył już powodzenia w dalszej części turnieju.

Sobota jajko dla kota

sobczak
Tomasz Sobczak

Poranek okazał się początkiem długiej drogi zawodników przyjezdnych: Krzysztofa Górniaka (Licheń Stary) i Zbigniewa Szczepańskiego (Toruń). Zaczęło się od ciężkich problemów późniejszego brązowego medalisty – Krzyśka. W trzecim decydującym frejmie Jarosław Chełminiak poczęstował przeciwnika 30-punktowym brejkiem, przez co Górniakowi zapalił się grunt pod nogami. Krzysztof głowy nie stracił – mecz zakończył się zgodnie z przewidywaniami bukmacherów. Nie zmienia to faktu, że był to zdecydowanie najciekawszy mecz pierwszej rundy OMW2015.

Zbigniew Szczepański przedzierał się przez turniejową drabinkę z większymi trudnościami. Wyrównaną walkę toczyli z nim Paweł Flanotwicz (Szczecin) oraz przedstawiciel gospodarzy Aleksander Kowalski. Obaj panowie zmusili Pana Karpia do rozegrania trzeciego decydującego frejma. Po ich pokonaniu problemy próbował robić mu jeszcze Mikołaj Stęsik, ale torunianin poradził sobie w tym meczu w dwóch frejmach. Splot wydarzeń i pech spowodował, że Szczepański nie był w stanie rozegrać swojego meczu w 1/8 finału. Ten dar od losu otrzymała Marzena Łagowska, dzięki czemu awansowała do ćwierćfinału.

Jacek Mark

Najbardziej karkołomną turniejową drogę zorganizował sobie szczecinianin Jacek Mark. Od pierwszej rundy rzucał sobie kłody pod nogi torpedując stan swojej koncentracji metodami rodem z Memoriału Billa Werbeniuka. Na jego szczęście momentami grał w snookera niczym czarni w koszykówkę. Pozwoliło mu to wygrać najtrudniejszy mecz, ostatni z sobotnich gier w 12ft, z Mariuszem Kukułką (Stargard Szczeciński). Spotkanie toczyło się w niecodziennej atmosferze a Mark, panicznie szukał strzępków skupienia jak żużlowiec skrętu w prawo na torze. Rzutem na taśmę udało mu się dwukrotnie zwyciężyć na ostatniej czarnej.

Nie udało się żadnej przedstawicielce płci pięknej zwyciężyć w meczach sobotnich. Oprawcą Małgorzaty Kanieskiej (Warszawa) i Anny Gruszkiewicz okazał się być Michał Potysz a Wiktorii Jendruszak, wspomniany już Jacek Mark. Damscy bokserzy.

Niedzielne tąpnięcie

kubas
od lewej: Konrad Kubasiewicz, Łukasz Uciechowski,
Krzysztof Górniak

Cisza przed burzą. Ostatni dzień zawodów rozpoczęli głównie poznaniacy. Wracający na tarczy z sobotnich wrocławskich zawodów Konrad Kubasiewicz, próbował szczęścia w stolicy Wielkopolski. Miał go nieco więcej, ale wciąż za mało. W Poznaniu Konradowi udało się urwać jednego frejma Krzyśkowi Górniakowi, lecz na więcej niestety go nie było stać. Dość pewnie w drugim spotkaniu Piotr Gazda pokonał Pawła Deckerta. Wynik ten może być nijaki dla większości czytających ten tekst, ale dla osób zorientowanych w poznańskich rozgrywkach, rezultat ten należy uznać za niespodziankę.

Wkrótce potem zaczęli zmagania najwyżej rozstawieni w turnieju zawodnicy – finaliści ostatniego turnieju TOP16: Paweł Rogoza (Szczecin) i Patryk Masłowski (Toruń). W meczu Rogozy blisko było niespodzianki. Finalista turnieju 6red sprzed tygodnia, Michał Potysz, po epizodzie damskich pojedynków trafił na mocniejszego rywala. Gorąco się zaczęło robić, gdy wbił ostatnią czerwoną z czarną bilą, doprowadzając do remisu. Wynik ten należało jednak skorygować, gdyż z czarną wpadła bila biała – Rogozator prowadzenia już nie oddał.

Otwierający mecz Patryka Masłowskiego był ostatnim występem Jacka Marka. Patryk rozpędzał się powoli a i Jacek sprawy mu nie ułatwiał. Mark nie zdecydował się na otwartą wymianę ciosów, gdyż z zawodnikiem pokroju Masłowskiego byłoby to tak głupie jak skaryfikejszyn à la Popek w wydaniu kaliskiego ćwierćgłówka (btw – Wielkopolska przeprasza). Gra była szarpana a po dwóch frejmach mieliśmy remis. Trzeci frejm to jednak pokaz umiejętności Masłowskiego. Przegrana Patryka byłaby nie lada niespodzianką, do której nie doszło.

Jeśli już mowa o niespodziankach - chyba największą z nich była ćwierćfinałowa porażka Rogozy. Mistrz Wielkopolski z 2012 roku i obecny lider TOP16 zakończył swoje zmagania w drugim meczu. Jego oprawcą okazał się być pochodzący z jego rodzinnego miasta Robert Czupryniak. Nie dał on szans swojemu młodszemu koledze pokonując go w dwóch frejmach. Brejk 30 Czupryniaka w drugiej partii wystarczył na wypracowanie przewagi, pielęgnowanej do końca wygrywającego spotkanie frejma.

Pojedynek ćwierćfinałowy Roberta Jachimowskiego z Marzeną Łagowska nabrał niezłych rumieńców w pierwszym frejmie. Indolencja strzelecka zawodnika z Poznania na tyle zmotywowała warszawiankę, że otwierająca partia była kończona na ostatniej bili. Druga odsłona już nie była tak zacięta – Robert jako jedyny przedstawiciel gospodarzy znalazł się w najlepszej czwórce turnieju. Kobieta w ćwierćfinale OMW? Gratulacje. Tego jeszcze nie było!

wawe
od lewej: Krzysztof Górniak i Sebastian Wawrzyniak

Półfinały to już snooker w wydaniu dość przeciwstawnym. W pierwszym z nich Robert Czupryniak bez większych problemów uporał się z Robertem Jachimowskim 3:0. Poznaniak zagrał jakby jego ambicje były spełnione poprzez samo dostanie się do półfinału – czemu zresztą nie można się dziwić, gdyż zdecydowana większość zawodników-gospodarzy z tego faktu byłaby również usatysfakcjonowana. W drugim półfinale zadziały się pierwsze rzeczy historyczne tego turnieju. Patryk Masłowski rozpędzał się coraz bardziej w trakcie trwania zawodów, więc tylko w partii otwierającej Krzysztof Górniak zdołał jeszcze przechylić fortunę na swoją stronę i wygrać tę część. Kolejne frejmy padały już łupem Masłowskiego. Dobrze się stało, że organizatorzy podnieśli modus gry od półfinałów, ponieważ ostatniej w partii wygranej na 3:1 Patryk pobił o dwa oczka najwyższy brejk w 12ft Adama Stefanowa z 2010r [sic!] i wbił 83 punkty.

Finał: prolog

Warunki zoptymalizowane w klubie 12ft tak bardzo, jak tylko się dało. Przygotowany stół, sędzia Wiktoria Jendruszak w blokach startowych przywołująca Roberta Czupryniaka i Patryka Masłowskiego, naprędce zainstalowana trybuna z podziałem na dolny sektor, górny sektor i kanapowe miejsca VIP, goszcząca w sumie 20 osób, cisza w klubie, że wydawało się, iż barowe lodówki chodzą tak głośno jak budowlane betoniarki. Kolorytu dodał oczywiście szczegół zdarzający się od święta na wszelkiej rangi turniejach od Pcimia Dolnego po Sheffield - kibic pochrapujący w oddali.

Finaliści zaczęli mecz nieśmiało. Na tyle rozluźnieni, że poznańska publiczność zaczęła wyławiać sporo punktów wspólnych z typowym meczem o miejsca 11-12 w czwartej lidze Ligi Snookera 12ft. Przestrzelone proste bile, niedokładne odstawne. Na szczęście trwało to nie dłużej jak pierwsze pięć minut.

Projekt Manhattan

Czas macanki i kalibracji celowników szybko minął. Pierwszy do poważnej roboty zabrał się Patryk. Na rozgrzewkę swojego koncertu wbijania zmontował brejk 20. Robert jeszcze nie wszedł dobrze w mecz, bo myślami pewnie odprowadzał ostatni tego dnia pociąg z Poznania, który zaraz miał mu uciec. Masłowski jednak nie czekał – zaczął hurtowe sprzątanie stołu. Publiczność oczywiście w głowach przekalkulowała, że do uzyskania jest wynik 101 w brejku, który był prawdopodobny jak nigdy, gdy sobie przypomnimy 83. z meczu półfinałowego torunianina. Na setce się niestety nie skończyło – Patryk zakończył podejście solidnym brejkiem 68 i objął prowadzenie w finale.

Czupryniak w drugim frejmie nadal spał w blokach startowych. Masłowski odpalił drugą bombę i spuscił przeciwnikowi ciężki nokaut niczym Jaruzel społeczeństwu polskiemu wprowadzając stan wojenny w ’81. Idealna cisza przerwana została wbiciem bili zielonej, przez co brejk wyniósł 100 punktów. Tradycyjne oklaski publiczności z tytułu przekroczenia setki w brejku, które po raz pierwszy w historii mogła zaserwować poznańska publiczność, trwały dłużej niż standardową chwilę. Patryk dołożył do tego jeszcze 4 ostatnie bile i wiwatów, rzęsistych braw nastąpił ciąg dalszy.

maslo122
Patryk Masłowski

Feniks z popiołów ze Szczecina

Tu słowa uznania należą się zawodnikowi, na widok którego adepci snookera, uczący się prawidłowej postawy przy stole, powinni odwracać wzrok. Tak koncertowy występ przeciwnika zdeprymowałby niejednego zawodnika. W tym wypadku jednak, brejk 122 w wykonaniu Masłowskiego na Czupryniaka podziałał jak podwójne espresso i postawił go na równe nogi. Gra zmieniła oblicze. Nie obserwowaliśmy już wielopunktowych podejść a zamiast nich zawodnicy toczyli wyrównany, szarpany bój do końca frejma. Frejma, który po ostatniej czarnej powędrował na konto Roberta.

czupry
Robert Czupryniak

Comeback’u w pełnym wydaniu jednak nie doświadczyliśmy. W partii numer cztery, mimo że styl zawodników nadal się nie zmienił, to w miarę upływu czasu coraz większą przewagę zyskiwał Masłowski. Im przewaga była większa, tym łatwiej grało się Patrykowi. Cały frejm zakończył ponad czterdziestopunktową przewagą i to Patryk Masłowski został Mistrzem Wielkopolski na rok 2015! Gratulacje!

Patryk Masłowski 3 : 1 Robert Czupryniak
(68, 20) 100 : 8  
(122) 130 : 10  
  45 : 56  
  71 : 28  

 

czaeer
od lewej: Robert Czupryniak, Wiktoria Jendruszak, Patryk Masłowski, Krzysztof Górniak

Epilog

Szybka ceremonia wręczenia trofeów, pamiątkowe zdjęcia i kolejne OMW przechodzą do historii. Chciałoby się rzec: niestety. Organizatorzy dziękują wszystkim, dzięki którym zawody te odbyły się w tak szczególnej atmosferze: zawodnikom, sędziom, kibicom. Znowu było super. Zwycięzca OMW oczywiście został wywindowany na szczyt rankingu Cyklu SummerTime. Czy zobaczymy go we wrześniowym finale? Zobaczymy.

Tymczasem już w ten weekend kolejny letni turniej – zmagania drużynowe Team Grand Prix. Zapisy przyjmowane są do czwartku do 21:00. Zapraszamy!

 

Drabinka

Lista brejków

Galeria